niedziela, 29 grudnia 2013

Zwykła ściema albo zaczynam się powtarzać

... z cyklu "Co w szafie piszczy?"


Ta "odnoga bloga" ma takie założenie, aby przez rok ubierać się prawie:) codziennie w ciuchy, co już w szafie piszczą:), starać się tak kombinować, aby zawsze mieć przynajmniej "jedno coś innego", niczego nowego nie kupować, czyli tak łopatologicznie sobie samej unaocznić, ile normalna, zwykła, nieszalejąca w sklepach kobieta da radę ciągnąć bez tych powtórek. Założenie to poczyniłam TU, czyli w pierwszym wpisie z tego cyklu. Co gorsza, obiecałam, że w przypadku całkowitych powtórek zwinę wątek. 


A zatem... 
Skończyła się kalendarzowa jesień, trwa klimatyczna wiosna:), zimowe ciuchy zimują w szafie. No, może poza kilkoma mroźnymi dniami. Słowem: zaczynam się powtarzać:((
Ale póki co, nie skończę pisania o tym, co udaje mi się wykombinować z moich skromnych zasobów. Póki co... Przecież zawsze znajdzie się jakiś jeden, przynajmniej jeden, element różniący cały zestaw od tego, co poprzednio, a podobnie.
No i chodzi mi po głowie myśl taka, raczej mało odkrywcza, że nawet jak się z tych samych elementów udaje ułożyć kilka sensownych całości do ubrania na różne okazje (spacer z dzieckiem, randka z mężem, imieniny cioci, zakupy i praca:), to i tak przecież na każde z tych wyjść mam tylko JEDEN zestaw. I niewiele zmienia, że z niewielkimi odstępstwami powstały z tych samych puzzli. A taka metoda komponowania szafy to popisowy numer każdego światłego stylisty czasopismowego, gazetowego, blogowego itp. Psu na budę, bo:
  • spacer z dzieckiem - codziennie (teoretycznie:) - tydzień dni ma siedem, miesiąc średnio trzydzieści, pora roku... itd.
  • randka z mężem - raz na pół roku?, raz na miesiąc?
  • imieniny cioci - zależy, ile ma się cioć:), ale w sumie rzadko
  • zakupy - raz w tygodniu
  • praca - raz dziennie, niestety:( - tydzień dni ma pięć, miesiąc średnio dwadzieścia, pora roku... itd.
Teoretycznie rozwiązaniem byłoby tu skompletowanie całej szafy wg dokładnego oszacowania potrzeb i od podstaw w taki sposób, aby wszystko do wszystkiego pasowało i o każdej porze roku ze wszystkim nosić się dało. Czyli od zera. Gdyż normalnie nie znam człowieka (znaczy kobiety), co by taką zawartość szafy choćby w połowie posiadał. Czyli że ja też nie. A ubierać się, dopasowując ciuchy jeden z drugim próbuję. Bo muszę. Na różne okazje, temperatury, pogody i niepogody też. I jeszcze żeby było wygodnie, ciepło oraz adekwatnie. Niekrępująco, niekompromitująco, ładnie (???).

To wszystko, o czym mówię tuż wyżej, robi większość kobiet, robię ja, szafy idealnej nie mając, funduszy skąpiąc albo ciekawsze:( dla nich zastosowanie znajdując. Nie jest lekko. Nie jest. I jeszcze jest tak, że niektóre z ubrań rzadko używane głównie leżakują, tudzież wieszakują:), a inne eksploatuje się ciągle, udając, że zestawy nowe się z nich tworzy przy pomocy szaliczka, apaszki, chusty i innych bzdetów, chociaż i tak przecież widać, że to samo jest. A jak na dokładkę pogoda i okoliczności trafią się szczególnie wymagające, to po prostu nie da się ułożyć takiego kompletu, żeby jednocześnie był odpowiedni do temperatury, aury, wygodny, ładny, fajny, dobre samopoczucie produkujący:) i niepowtarzalny. U mnie zwykle kończy się to tak, że, nie zważając na nic, wskakuję w dokładnie, kropka w kropkę identyczny zestawik, w którym zawsze na taką okazję, w taką pogodę i gdy chcę wyglądać super, paraduję. I się z tego cieszę, bo się świetnie czuję, a to, jak wiadomo, połowa, a nawet trzy czwarte, sukcesu, jeśli idzie o wygląd, jest. 

Czyli że co? Że lepiej się powtarzać i dobrze czuć? Wygląda na to, że tak. Chociaż oczywiście lepiej byłoby mieć takich "dobrzerobiących" zestawów więcej. Ale pewnie i tak, jak znam życie i siebie, znalazłabym sobie wśród nich lepsze i "lepsiejsze", a nawet "najlepsiejsze" i co wtedy? Się pytam!

Zresztą, jałowe to dywagacje, bo kto ma tyle pieniędzy, aby szafę od zera skompletować?! I to na już, nie na za rok, na za półtora. Nie stopniowo. Bo stopniowo to szczytne założenie, tylko nierealne. Gdyż ubierać człowiek musi się już. Nie za rok, nie za półtora, nie stopniowo, cokolwiek to znaczy. Bo takie "stopniowe" kompletowanie idealnej szafy nie bardzo jest według mnie możliwe, ponieważ z biegiem miesięcy zmieniają się pory roku, a z nimi potrzeby. Mieszanie natomiast nowych ze starymi skutkuje tym, że na etapie przejściowym nic nie pasuje do niczego. Nie mówiąc o tym, że nowe się niszczy, że w ogóle nie ma efektu, że jak się raz nowego spróbuje, to wrócić do starego się nie chce, bo się po prostu nie jest w stanie zaakceptować starego wyglądu. Poza tym zmienia się zawartość sklepów, a z nimi nasze "masthewy", "chcęto" czy jak to jeszcze nazywają blogerki - pozdrawiam! A jak się fundusze ograniczyć musi, a w międzyczasie dopadnie nas okazja, gdy się ubrać jakoś musimy, a elementu zestawu odpowiedniego (nieważne - modnego czy nie) brak, to go natychmiast dokupić musimy i to całkiem niezależnie od sporządzonej wcześniej w pocie czoła listy, którą przecież z takim trudem, sukcesywnie i nie bez wyrzeczeń (ech, te śliczne kozaczki od czapy i ta niepasująca do niczego, za to zupełnie odlotowa czapa z czterema pomponami:) zrobiłyśmy.

Poza tym wiele razy widziałam na różnych portalach rady i przykłady tak skompletowanych szaf. Oraz ich właścicielek podawanych za wzory posiadające minimalną ilość ubrań i tworzące z nich maksymalną ilość zestawów. O, proszę, oto siedem części garderoby, z których właścicielka tworzy siedemdziesiąt siedem zestawów na siedemset siedemdziesiąt siedem okazji metodą "góra do dołu - dół do góry", jak - nie przymierzając - Madzia Karwowska usiłująca się oszczędnie wystroić na wizytę do ministrostwa Zawodnych:). Widziałam i zdanie sobie wyrobiłam: to zwykła ściema. Osoba taka wygląda za każdym razem tak samo, bo: 
  • po pierwsze - zegarek, pasek, buty i apaszka także sporo (jak nie najwięcej) kosztują, a musi być ich po kilka z każdego,
  • po drugie - takie elementy tak naprawdę wiele nie zmieniają,
  • po trzecie - kiedy prać, skoro w kółko należy chodzić w tym samym, zmieniając tylko "górę do dołu - dół do góry":)?

Się wyżyłam, a teraz do rzeczy. Tak paradowałam w święta i przed nimi. Wcześniej także bywałam "w świecie", czyli na zakupach na przykład albo w kościele, ale się nie wysilałam i wskakiwałam w rzeczy, których w identycznych lub prawie identycznych zestawieniach używałam.

Pierwszy dzień świąt i kojarzy mi się refren: "Ale to już było...:)" - kliknijcie, prawda, że prawie tak samo?

A tu nieśmiertelna kurteczka i złoty szal!:)) - kliknijcie sobie i porównajcie:)

Drugi dzień świąt - rodzinne spotkanie. Góra, i dół "po raz pierwszy na ekranie":) - spódnica lat 5 (sieciówka, 6 dych po przecenie), bluzka lat 5 (sieciówka, 3 dyszki), buty lat 7, ale widzę, że do wymiany - jak to dobrze czasem pstryknąć fotkę obuwiu:))

piątek, 27 grudnia 2013

Po świętach

... z cyklu "Uroda życia" albo "Gotuję sobie"


Jeszcze lenię się świątecznie, więc tylko kilka szybkich zdjęć, zwłaszcza ciast bezglutenowych, na które przepisy podałam tutaj.

 

Makowiec na drożdżowym kruchym spodzie

Nawet fotogeniczny jest:)

Papier do pieczenia już nie taki ładny, ale za to bardzo fajnie wyjmuje się z blachy

Piernik - najprawdziwszy z prawdziwych, czyli miód i korzenie

Już na talerzu w dobrym towarzystwie makowca i czekoladowca

Czekoladowiec w całości, czyli Gluten-free chocolate cake

Tym razem zapadł mi się wyjątkowo malowniczo, prawda?:)

A poza tym było miło...

 

Stroik powędrował na okno...

Dostał nową świecę - prezent świąteczny

Iglasty "bukiet" pomiędzy anioły:)...

Herbatniki korzenne - prawie pierniczki, też fajnie wyglądają w słoiku:)

Po wigilijnej kolacji...

Dostałam taki piernikowy dzwonek, bo Niektórzy umieją je piec. Dziękuję:))

Dzieci w łóżkach, wczesna noc, nastrojowo...

W kuchennym oknie odbija się trochę tego naszego "nastroju":)

A tak się go robi:) Uwielbiam ten parapet, mogę na nim cuda ustawiać:)

Wigilijne światełko już na stole

 

Było miło, szkoda, że się skończyło...

 

 

Niedługo sylwester!

wtorek, 24 grudnia 2013

Wigilijne słowa, czyli Składam... życzenia

... z cyklu "Uroda życia"


Wszystkich Stałych Bywalców - Już Prawie Przyjaciół, 

Zaglądających Od Czasu Do Czasu 

i Tych, Co Po Raz Pierwszy Może Nie Ostatni:)...


Ten stroik dziś rozświetli nasz wieczór

... tym światełkiem w Wigilijny Wieczór chcę pozdrowić, podziękować za wszystkie ciepłe słowa oraz przesłać wiele, wiele serdecznych życzeń: 
Wiary - także w ludzi, Nadziei - by nigdy nie opuściła, Miłości - do innych i siebie:))

Wesołych Świąt!


niedziela, 22 grudnia 2013

"Rockn' Around The Christmas Tree", czyli Składam sobie święta - cz. 5

... z cyklu "Uroda życia"

 
Jedna "żywa" poprzedniczka rośnie już przy płocie. Na drugą nie ma miejsca, więc ta wróciła do łask:)

Wczoraj mieliśmy Wielki Dzień! Oprócz tego, że doczekaliśmy się dwóch kolejnych ząbków i mamy w buzi całkiem ładną symetrię góra - dół, to jeszcze - Tadam! - ubraliśmy choinkę! Dla jasności: Pierwszą w Życiu Choinkę Naszego Najmłodszego Dziecka. Słowem - jest o czym pisać:) 

 



Pierwszy raz usłyszałam tę piosenkę kiedyś w wykonaniu Kim Wilde. Ale ta wersja też mi się podoba, choć oczywiście wykonanie Brendy Lee jest nie do podrobienia:)

Choinko, piękna jak las... - kto pamięta, ręka do góry:)


Anioły mają już parę lat. Nie wiem, kto wymyślił, żeby miały knotki na główkach! Jak mam je zapalić? No jak?

A to mi Google takie migotanie zrobił:) Normalnie to takie rzeczy wydają mi się okropnie tandetne, ale co tam, w końcu są święta:) Dzięki, Google'u:)
 
Takie sobie sopelki trzy wieszam na trzech lampach naszego kuchnio-jadalnio-salonu:)
 
I to już wszystkie moje świąteczne ekstrawagancje. W Wigilię dojdzie jeszcze stroik - świeca Wigilijnego Dzieła Pomocy Dzieciom otoczona gałązkami jodły w okrągłym wiklinowym koszyku, tylko tyle.


piątek, 20 grudnia 2013

Wigilijno-świąteczne menu bez glutenu, czyli Składam sobie święta - cz. 4

... z cyklu "Gotuję sobie"

 

Bez tych składników trudno coś upiec w wersji "gluten-free"

 

Kiedyś wydawało mi się, że ugotować albo upiec bez glutenu, a jeszcze bez mleka, jest niemożliwe albo graniczy z cudem. 

Ale! Czeka nas przecież wigilijna noc cudów, więc do roboty!


Zdjęć potraw nie będzie, gdyż - w przeciwieństwie do innych blogerów oraz blogerek - nie robię wigilijnych dań "na próbę". Za drogo (bezglutenowe i bezmleczne zamienniki!) i czasu brak. Ale przepisami na "bezgluteny" się podzielę:)

W poprzednim wpisie mówiłam, że warto tak kombinować, aby nie musieć gotować dwóch wersji - z glutenem i bez. A jednocześnie to jest tak, że mąka bezglutenowa kosztuje ponad 16 złotych za kilogram, jajka przepiórcze prawie 6 za 18 sztuk (odpowiednik niecałych pięciu kurzych), litr napoju "rice dream" mogącego niekiedy stanowić zamiennik mleka krowiego to już około 12 złotych. Tanio nie jest i nie da się tak gotować oraz piec dla osób pięciu, kiedy potrzeba dla jednej.

Można jednak starać się po prostu celować w takie potrawy, w których mąka, jajka albo mleko nie muszą występować. Tak zrobiłam kapustę z grzybami, gdzie pominęłam zasmażkę z mąki, a pektyny z jabłek zapewniły jej odpowiednią zawiesistość. Z korzyścią i dla smaku, i dla zdrowia, i dla figury:)

Wigilia - spis potraw i "sposobów na bezgluten":
  1. Barszcz czerwony - jedna wersja, po prostu jej nie zabielam, a na święta nawet dodaję świeży zgnieciony czosnek:), a naszym rodzinnym sposobem jest gotowanie go z niewiarygodnej wręcz ilości buraczków, nawet z trzech lub więcej kilogramów, zależy od liczby osób na Wigilii.
  2. Uszka do barszczu - nie da się bez mąki, więc dwie wersje (mój sposób: zwykłą mąkę zamieniam na bezglutenową do pieczenia chleba (bread mix) marki Schaar, w poprzednim wpisie te uszka są na zdjęciu, wyglądają zwyczajnie i robi się je zwyczajnie); druga, zwykła wersja to uszka kupione w sklepie:)
  3. Pierogi z kapustą i grzybami - jak wyżej, czyli podmieniam mąkę (robi je mój Tata i umie!, więc Wy też nie będziecie mieli z tym problemu; zdjęcie zamrożonych jest w poprzednim wpisie).
  4. Pierogi ruskie - też jak wyżej:)
  5. Pierogi z suszonymi śliwkami - i jak wyżej:))
  6. Kapusta z grzybami, śliwkami i kminkiem - przepis dałam przedwczoraj, a sposób na "bezgluten" podałam na górze tego wpisu:)
  7. Ryba smażona w panierce - tu muszą być dwie wersje, bo panierka to i mąka, i jajka, i bułka tarta, ale bez paniki, zamieniacie zwykłą na bezglutenową, jajka kurze na przepiórcze (wcale nie uczulają), zaś bułkę tartą najlepiej utrzeć sobie samemu, bo kupiona w sklepie zawiera kurze jajka albo nawet mleko (zależy, z czego jest zrobiona), natomiast bezglutenowe pieczywo każdy sobie kupuje o takim składzie, jakiego wymaga jego dieta. I spokojnie - taka panierka smaży się identycznie jak zwykła, więc naprawdę no problem:).
  8. Kompot z suszu - wielką pakę mieszanki suszu na ten kompot już mam kupioną! To jest pyszne!
Święta - spis dań:

  1. Pieczony schab - naturalnie bez glutenu:) - nacieram olejem z solą, ziołowym pieprzem i tymiankiem, nacinam dziurki w wkładam w nie plasterki świeżego czosnku, wkładam do foliowej torebki i na noc do lodówki, potem w rękaw do pieczenia (rękaw nakłuwam w paru miejscach, super się w nim piecze, bo mięso zostaje w środku soczyste, nic na piekarnik nie pryska i ma się pyszny sos własny) i do piekarnika na 200 stopni na pół godziny, potem schodzę do 180 stopni i jeszcze godzina. Gotowe!
  2. Pieczone fileciki z udek kurczaka - :)) - nacieram olejem z solą, ziołowym pieprzem, słodką papryką, dodaję kilka cebul pokrojonych w ćwiartki i do woreczka na noc do lodówki, rano w rękaw  i do piekarnika na 180 stopni na jakąś godzinkę tylko, bo to delikatne mięso.
  3. Pieczony karczek - :))) - znów marynata na bazie oleju, soli, pieprzu ziołowego i może jakichś ziół ułatwiających trawienie (jakkolwiek to brzmi:) - chodzi o oregano albo coś w tym stylu, a zresztą można przyprawić, czym się chce i będzie dobrze, rano w rękaw i do pieca na 180 stopni na godzinę do półtorej, zależy od wielkości kawałka - ważne, aby rękaw ponakłuwać, bo gotów pęknąć.
  4. Ze dwie jakieś naprawdę szybkie sałatki - bez majonezu i bez jajek (tym razem z mojego, a raczej z karmionego przeze mnie Małego, powodu:) - jeszcze nie wiem, jakie, pewnie powstaną z improwizacji, jak zwykle. Się zobaczy, co tam będzie w lodówce i szafce, po prostu.
Bo i tak najważniejsze są...

Ciasta!
  1. Piernik - dwie wersje (bezglutenowa domowa i ta druga - z gotowca robiona).
  2. Keks - dwie wersje, obie domowe.
  3. Makowiec drożdżowy - dwie wersje (bezglutenowa na drożdżowym spodzie i zwykła - strucla makowa zamówiona w świetnej piekarnio-cukierni:), gdzie są rewelacyjne, ze sporą ilością maku i bakalii oraz niedrogie).
  4. Ciasteczka korzenne - wiem, że to przesada, tu je uwzględniać, bo zostały kupione, a nie upieczone przeze mnie, i czekają na swój moment ukryte przed naszym łakomstwem.
Tak patrzę na tę listę słodkości i wychodzi mi, że mam do upieczenia trzy ciasta bez glutenu, jedno zwykłe "nie z gotowca" i jedno z gotowca (ale też jednak trochę pracy wymaga). W sumie 5 ciast. Uważam, że to sporo, jak na mnie.

Przepisy na niektóre bezglutenowe potrawy

Makowiec drożdżowy + wersja bez glutenu
Spód:
Niecałe pół kostki margaryny ucieram z cukrem pudrem (2 łyżki), dodaję 1 szklankę mąki bezglutenowej Schaar (lub zwykłej), 1/5 szklanki napoju ryżowego (lub mleka), 25 gramów drożdży rozrobionych z łyżką napoju ryżowego (lub mleka) i wyrabiam, aż zniknie cała mąka i "mleko". Rozkładam ciasto na blaszkę (małą) i daję mu chwilę, żeby sobie trochę podrosło. W tym czasie robię mak.

Mak:  
Kupuję sobie mak mielony (jest taki BackMit), od razu gotowy do użycia, bez namaczania. Biorę dwie paczki po 200 gramów (lubię mieć dużo maku w makowcu, a 40 deko jest w sam raz). Wsypuję go od razu do garnka, dodaję 400 ml napoju ryżowego (lub mleka), 20 deko cukru, torebkę cukru waniliowego, 2 lub 3 łyżki stołowe miodu, aromat rumowy albo migdałowy (co mi się przyśni:), jakieś bakalie (np. rodzynki). To wszystko mieszam i gotuję, aż mi się ładnie połączy i napęcznieje. Potem studzę i do chłodnej masy daję jeszcze powidła śliwkowe - to makowi dobrze robi, bo nie wysycha i nie sypie się, tylko jest mięciutki. Cukiernicy mają na to trochę inny sposób - dodają grysik albo kleik ryżowy, ale powidła brzmią lepiej, prawda?
Wykładam masę na podrośnięte ciasto drożdżowe. Na wierzch można zrobić kruszonkę (3 łyżki margaryny lub masła, 3 łyżki mąki i 3 łyżki cukru - takie są proporcje kruszonki najprostszej). Można też nic nie robić, tylko po upieczeniu (prawie godzinę w 180 stopniach, ale trzeba pilnować, bo każdy piekarnik jest trochę inny) polać lukrem (cukier puder+sok z cytryny lub jakiś inny sok) a na niego jeszcze jakieś orzechy mielone czy płatki migdałów, bo ja wiem... skórka pomarańczowa - co kto lubi:), ale zanim lukier zastygnie. Jest super!   

Piernik bezglutenowy - bez kurzych jaj - bez krowiego mleka

Szklankę miodu, płaską łyżeczkę margaryny, paczkę przyprawy do piernika razem gotuję i studzę. Do chłodnego daję niepełną szklankę cukru, szklankę napoju ryżowego (lub mleka), łyżkę kakao (ale niekoniecznie), 16 przepiórczych jajeczek (albo 4 kurze żółtka, a ubite białka na koniec delikatnie wmieszać w gotową masę - ja nie umiem oddzielić białek w tych maleńkich przepiórczych jajeczkach, więc daję je w całości, ewentualnie całe ubijam na puszystą masę z tą wcześniej wymienioną szklanką cukru i wtedy nie daję go wcześniej), 3 szklanki mąki na chleb Schaar (lub zwykłej pszennej) wymieszanej z łyżką sody oczyszczonej. Uwaga: po każdym dodanym składniku wszystko dokładnie (na wolnych obrotach) mieszam mikserem. Potem można dosypać bakalie i delikatnie wmieszać je łyżką, ale w "bezglutenie" jest spore ryzyko, że opadną na dno i zrobią z piernika jeden wielki zakalec:)
Piekę go mniej więcej godzinę w 170 stopniach.

Keks bezglutenowy - bez kurzych jaj - bez krowiego mleka

Ucieram kostkę margaryny, dodaję 20 przepiórczych jajeczek (lub 5 żółtek kurzych + na sam koniec ich białka ubite na pianę) po kolei podczas tego ucierania. Potem stopniowo sypię podczas ucierania szklankę i jeszcze ćwierć cukru pudru, półtorej szklanki mąki chlebowej bezglutenowej Schaar (lub zwykłej), łyżkę stołową proszku do pieczenia, opcjonalnie łyżkę spirytusu i najwyżej pół kilo bakalii namoczonych i obtoczonych w mące. Delikatnie mieszam, wykładam na wąską blachę i do pieca na 50 minut i 170 stopni.

Jeszcze wczoraj pasteryzowałam moją kapustę z grzybami, aby nie zepsuła się do świąt

środa, 18 grudnia 2013

Warsztat Świętego Mikołaja - Składam sobie święta - cz. 3

... z cyklu "Uroda życia"


W zeszłą sobotę biegaliśmy po mieście w poszukiwaniu "darów losu", czyli świątecznych upominków za symboliczną kwotę, którymi Dzieciaki obdarowują wylosowane osoby z klasy w ostatni przedświąteczny dzień nauki szkolnej. W tym roku wypada on w najbliższy piątek. To miły zwyczaj, a Mikołaj ma okazję poćwiczyć ładne pakowanie:) 

 

A takich klasyków lubię sobie posłuchać przed świętami, kiedy na prawdziwe kolędy jeszcze za wcześnie... Byle w szlachetnym wykonaniu:)



Do dzieła więc!


W sekrecie mogę tylko napomknąć, że adresatem jednego upominku jest Dziewczynka, a drugiego Chłopiec. Mikołajowe Elfy dyskretnie nam doniosły, czego młode te Osoby pragną...

Popatrzmy...

Anioł...
... musi mieć godne i bezpieczne posłanie:)



Przyszła Właścicielka Anioła też musi mieć coś od życia...  najlepiej coś słodkiego









Tu umówili się na 5 - maks 7 złotych. Wydaje się Wam, że się nie da? Otóż da się, jak najbardziej się da. Torebka i opakowanie z odzysku:), czyli przechodnie.


Ktoś lubi kangury:)


... a słodycze mogą być dobrą bazą:)



A tu na około 20 złotych. Większe pole do popisu, ale wcale niekoniecznie łatwiej. Bo jak za kilka złotych, to wiadomo, że drobiazg symboliczny. Natomiast dwie dyszki to już nie tak bardzo symbolicznie, ale jeszcze i nie konkretnie, więc paradoksalnie więcej tu kombinowania, niż tam:)




A jeśli chodzi o to ładne pakowanie... Nie ja. Nie umiem, jak widać, choć bardzo się staram. Ten problem wspominała już na swoim Marteczniku Mamani, że niektórzy to szary papier, sznurek i plasterek cytryny zamieniają w sztukę:) Ja tak nie potrafię. Robię jednak, co mogę, a efekty bezwstydnie fotografuję i pokazuję. Ku pociesze tych, co też mają takie kompleksy:))

Zawartości pozostałych paczuszek Mikołaj zdradzić nam nie może, ponieważ blog czytają i oglądają Dzieci bardzo chcące poznać jego sekrety jeszcze przed Pierwszą Gwiazdką:)

A kapustka się pichci drugi dzień...


A sarenki pod płot podchodzą... Tuż po siódmej rano:


Okropna jakość, ale nie mogłam się oprzeć. Naliczyłam ich w sumie siedem:)

wtorek, 17 grudnia 2013

Kapusta z grzybami, czyli Składam sobie święta - cz. 2

... z cyklu "Gotuję sobie" i "Uroda życia" 

 

 

Jeśli chodzi o Wigilię, to nie mam jakiegoś stałego, żelaznego zestawu dwunastu potraw i nic z tych rzeczy, że o nie, ani jednej mniej, ani więcej, bo tradycja rzecz święta i tak dalej w ten deseń:)


Tak sobie luźno wybieram, co mi akurat w duszy gra co roku.

Kiedyś w naszym domu rodzinnym nie było na przykład nigdy pierogów ani uszek w barszczu, ani temu podobnych pracochłonnych luksusów. Było nas troje i byliśmy mali, więc nic dziwnego. Dorośliśmy. I zaczęliśmy sami te pierogi, uszka itd. lepić, mrozić, gotować całymi setkami. Żeby starczyło, żeby nie brakło. Przez całe święta i po też.

A kapusta to była z grochem. Ja tam ją nie bardzo lubię.

No to robię z grzybami. O, tak:

Najpierw, dzień wcześniej wieczorem, grzyby zalewam wodą, ale niezbyt wielką ilością.


To prawdziwki, czyli borowiki. I nie, nie zbierałam ich sama, w żadnym wypadku, ani nikt z rodziny, ani krewnych i znajomych wiadomo kogo:) Ani do siebie takiego zaufania nie mam, ani do znajomych, którzy nie są certyfikowanymi grzyboznawcami. Komuś jednak zaufać trzeba, więc kupuję niewielką paczuszkę z atestem, który potwierdza jadalność tych konkretnych grzybów i wskazuje konkretnego grzyboznawcę, co je obejrzał i puścił.




 Potrzebne mi będą cztery jabłka...


...kilo kwaszonej kapusty (kupuję taką bez dodatku konserwantów, bez octu, tylko w naturalnym kwasie) i dwie spore cebule:


...przyprawy: sól (dwie łyżeczki), pieprz (ja daję ziołowy, więc łyżeczkę), kminek (pół łyżeczki), ziele angielskie (4 kulki) i dwie łyżki stołowe cukru:



Cukier musiałam wydobyć z czeluści mojej kuchennej spiżarnianej szafy bardzo głębokiej, bo nie używamy go normalnie, ale na święta do ciast kupiliśmy.


Mam w tym "pudle skarbów" także dwie paczki piernika - gotowca, wszak sama skupię się na pieczeniu bez glutenu, a te zwykłe zrobię szybkim sposobem. Z malutkim dzieckiem na dwa dni przed Wigilią każda zaoszczędzona chwila jest na wagę złota. Kiedyś już robiłam taki piernik (to porcja na dużą blachę) i był niezły.

A wracając do kapusty... Jeszcze idę po śliwki suszone do innego pudła, co to je ukryłam w innej szafie, a nawet w innym pokoju, gdyż zawiera ono same bakalie, które bez ukrycia mogłyby zostać przed czasem wyjedzone:)


Zużyję tylko kilka śliwek do tej kapusty, a reszta będzie nadzieniem do pierogów, których kilkanaście ulepię już w Wigilię, bo Druga Moja Połowa Wieczerzy sobie bez nich nie wyobraża i gotowa jest je nawet samodzielnie ulepić, ale to już naprawdę wolę ja. No wiecie. Za to Dzidziusia z rąk własnych oddam chętnie.

A więc namoczone grzyby na kuchenkę i godzinka delikatnego pyrkotania. Przelałam wszystko do innego garnka, bo tamten się nie nadaje na płytę.

 
Widać, że kupiłam paczkę tych jak najgrubiej krojonych. Lubię widzieć, co przyjdzie mi jeść:) Pokroję sobie sama.

A tymczasem kroję grubo dwie cebule...


Wrzucam je do brytfanki na gorący olej...



Grzyby się zagotowały, więc zmniejszam temperaturę i czekam jakąś godzinkę - bez przykrycia.

Mam sporo czasu, żeby odcisnąć i pokroić kapustę wzdłuż i w poprzek...



Umyć sobie cztery jabłka...


Pomieszać w cebuli, żeby się nie zrumieniła, ale tylko zeszkliła...


Obrać i pokroić w ćwiartki jabłka - aż żal tej apetycznej czerwonej skórki... A swoją drogą, wiecie, jak się trudno zdjęcia lewą ręką robi? Bo prawą mieszam:)


No, cebulka miękka, szklista, to kapusta do gara!


Na nią ćwiartki jabłek...


...i pokrojone śliwki suszone - są miękkie, nie trzeba ich obgotowywać, nadadzą taki dymny aromat, ale nie wędzony! No i słodycz.



Teraz ugotowane osobno (w kwaśnej kapuście nic nie zmięknie, więc to ważne, aby osobno, ale każdy to wie przecież:) grzyby suszone razem z wywarem...


Ups! Zapomniałam pokroić. Naprawdę. I wiecie co? Paluchami wyjęłam je z powrotem na deskę i z grubsza pociachałam. Teraz lekko się pisze, ale wtedy wesoło mi nie było - brytfanka na gorącej płycie, a na spodzie cebula - wiadomo, czym grozi każda zbędna zwłoka:)


O, właśnie tak je pokroiłam. Okey, powiedzmy jakieś 70 procent z nich, nie wyjęłam z garnka wszystkich, bo nie chciałam maczać palców w kapuście, na której już i jabłka, i śliwki... Włożyłam je już pokrojone do garnka i wymieszałam - tak z grubsza:)


Czas na przyprawy: dwie łyżeczki soli, łyżeczkę ziołowego pieprzu (lub kilka ziarenek prawdziwego, ale zapomniałam kupić), cztery kulki ziela angielskiego, pół łyżeczki kminku i dwie stołowe łyżki cukru...


Gotowe. A teraz dolewam wody - tyle, żeby przykryć wszystkie składniki...


 
Wymieszałam, zaraz przykryję i zaczekam, aż się zagotuje. Wtedy zmniejszę temperaturę pod garnkiem i niech pyrka, ile chce. Co najmniej do zmięknięcia kapusty. I całkowitego rozpadnięcia się jabłek. Bo jeśli chodzi o jabłka, to świetnie zagęszczają całość, która robi się zawiesista. Taka potrawa nie wymaga już potem zasmażki z mąki, więc jest bezglutenowa naturalnie, a to dla mnie ważna sprawa.


Żeby nie było mi za fajnie, mam do uprzątnięcia pobojowisko:


Posprzątałam, a Dziecię jakimś cudem ciągle śpi, więc zafunduję sobie szybki przegląd pozostałych "slow stylowych" składników, z których "składam sobie święta".

Po pierwsze bezglutenowe uszka do barszczu zrobione przez Moją Siostrę Genialnie Utalentowaną w tej dziedzinie (i nie tylko:). Genialnie, bo naprawdę nie jest prosto ulepić uszka z bezglutenowej mąki. Nawet jeśli to mąka do marki Schaar, czyli jedyna, z której w ogóle możliwe jest zrobienie takich rzeczy. Choć inne marki też mają podobną mąkę w ofercie, nie sprawdziła się nam wcale a wcale. Siostrze wielkie dzięki!


Po drugie bezglutenowe pierogi z kapustą i grzybami. Te z kolei ulepione przez Tatę, a wypełnione farszem przygotowanym przez Mamę. Także dzięki!


Po trzecie (i nieostatnie:) wigilijne pierogi ruskie oraz oczywiście z kapustą i grzybami - w wersji ze zwykłej mąki. Wyroby Rodziców, jak powyżej:) Teraz my mamy małe dziecko, przy którym trudno wkładać ręce w ciasto bez ryzyka, że trzeba będzie je co chwilę z tego ciasta myć - kto lepił pierogi, wie, że to nie takie proste, zwłaszcza przy bezglutenowych.


Jak widać powyżej, wszystkie zostały zamrożone. Kiedy uruchamia się produkcję na trzy cztero i pięcioosobowe rodziny, trudno czekać do Wigilii:) Trzeba sobie jakoś radzić! Mrozi się ułożone pojedynczo, można warstwowo, ale wtedy trzeba warstwy rozdzielić folią. Nie papierem, bo do pierogów przymarznie i po ptakach:)


No to nachwaliłam się, a teraz pora przyznać się do pójścia na łatwiznę, ale usprawiedliwiałam się już wcześniej i drugi raz nie będę, a to jest kilo uszek jak najbardziej z glutenem. Choć wolałabym z samymi grzybami (czyli z pieczarkami po prostu), to kupiłam te z dodatkiem kapusty, bo firma sprawdzona, a robi tylko takie. Przy okazji - ta dam! - po raz pierwszy na ekranie Wnętrze Mojej Lodówki:)

Minęły dwie godziny...


Kapustka gotowa! Pyszniutka! Wiem, jak to brzmi, ale uwielbiam ją po prostu. I dlatego - pragnąc zachować jej wyjątkowość - robię ją tylko jeden raz w roku. 

Jeszcze jutro podduszę ją z pół godzinki na malutkim "ogniu" (czyli na trójce najwyżej), może i pojutrze. Bo ona jak bigos, z każdym dniem lepsza. 

A potem - jako że przesada jest niewskazana i kapusta może się zepsuć - gorącą zapakuję do słoików, zakręcę, aby zaciągnęły wieczka, wystudzę i do lodówki! Niech czeka na Wigilię. Ja na pewno będę czekać bardzo niecierpliwie.