środa, 28 sierpnia 2013

Gulasz powitalny metodą Slow Food :)

... z cyklu "Gotuję sobie"

 

 

Po dwóch tygodniach na Mazurach nasze Starsze Potomstwo właśnie jest w drodze do domu. A stęsknieni rodzice przygotowują powitalny obiad. Obiad na osiem osób, gdyż wyjazd ten był możliwy tylko dzięki Cudownej Cioci i Wspaniałemu Wujkowi, którzy oprócz dzieci własnych zabrali także i nasze, stając się na ten czas Rodziną Wielodzietną co się zowie. I dziś po południu wszyscy Podróżni i my, domownicy, zasiądziemy razem do tego gulaszu, który właśnie został ugotowany i czeka sobie spokojnie w garnku.

 


Jak gulasz, to mięso. Już dawno przestałam kupować całe kawałki w masarniach. Zwyczajnie nie chce mi się bawić w mycie, krojenie, czyszczenie blatu i deski do krojenia. Wiem, że tak jest trochę drożej, ale wolę zaoszczędzić na czym innym, a tu stawiam na wygodę i szybkość. No więc dwie takie paczki, tj. około kilograma gulaszu z szynki.



Najpierw cebula. Ile kto chce. Musi być obrana i pokrojona zanim wrzucę mięso na rozgrzany olej, bo potem muszę go pilnować, aby się przysmażyło, a nie przypaliło.


Nie kupujcie tego najostrzejszego gatunku! 


Ja już przy drugiej cebuli "złożyłam broń", czyli okulary mające choć trochę osłonić mi oczy.


I wtedy pałeczkę (czyli nóż kuchenny) przejął Mąż dyżurujący przy Maleństwie na wypadek, gdyby się obudziło.



Ja spłakałam się nawet przy robieniu tego zdjęcia :)

Mięso przysmażone ze wszystkich stron, cebulka dorzucona, wszystko doprawione solą, pieprzem ziołowym i mieloną słodką papryką. Garnek przykryty, niech się dusi przez jakieś pół godziny. 


Ja w tym czasie przygotuję pieczarki. Tylko je myję, nie obieram, bo szkoda mi czasu.


Byle jak kroję. I tak stracą "fason" w gulaszu.

 
Wrzucam je na rozgrzany olej i błyskawicznie robię fotkę, zanim mi obiektyw zaparuje :) Dodaję troszkę soli, aby pieczarki puściły sok. Początkowo ustawiam temperaturę na maksimum, a gdy się troszkę zrumienią, zmniejszam do takiego poziomu, żeby lekko pyrkały. Tak je trzymam bez pokrywki jakieś 15 minut. Co chwilę mieszam, zwłaszcza po dnie.



W międzyczasie (kiedyś mówiło się w "tak zwanym międzyczasie", a teraz już można normalnie - ha ha!). No więc w międzyczasie myję paprykę, wydobywam z niej gniazda nasienne i kroję dość swobodnie, bo i tak będzie bez formy na końcu, więc szkoda czasu. 


Czas wrzucić do mięsa i cebuli pieczarki. Szybka fotka i mieszam. Teraz zostawię to na jakąś godzinkę, wszak gulasz jest z szynki, a ona potrzebuje trochę więcej czasu niż taki na przykład karczek albo inna łopatka.


Tymczasem biorę kilka cukinii. Nie trzymam się jakiejś ścisłej liczby albo wagi. Biorę tyle, ile akurat mi "się weźmie". Tak co najmniej trzy średnie sztuki. Ale może być dwa lub nawet trzy razy tyle, bo i tak się skurczy i "przejdzie" smakiem całości.



Pokrojona dołącza do poczekalni. A ta jedna porzucona to dla mnie, czyli matki karmiącej. Cebula, papryka i pieczarki to trochę za dużo na raz jak dla mojego Malucha. Będę ją grillować na patelni, uprzednio zamarynowaną.


Po godzinie: papryka w garnku, fotka i mieszanie. Cukinia w poczekalni jeszcze przez 15 minut.


A oto i ona. Doczekała się. Mięknie najszybciej, więc dodaję ją w połowie duszenia papryki, żeby się nie rozpadła, zanim ta będzie gotowa. 


I tak to mniej więcej wygląda u mnie w garnku jakieś dwie minuty przed końcem. Ten garnek taki wielki po to, żeby mi się wygodnie mieszało wszystkie składniki, ponieważ one mają o wiele większą objętość przed niż po. 

Dziś gulasz zjemy z kaszą gryczaną, jęczmienną, pęczakiem, a także z ryżem białym i brązowym. Będzie nas sporo, a ja z racji tego Wielkiego Powrotu z Wakacji pozwolę każdemu wybrać, z czym chce zjeść. 

A, jeszcze wyjaśnię tytuł, gdyby ktoś się nie domyślił, na czym tu ma niby ten slow food polegać. Otóż w mojej kuchni polega on na tym, że zamiast brać na przykład warzywa mrożone, kupuję w zwykłym sklepie (nie na targu) świeże. I wszystkie w jednym miejscu. I nie jeżdżę po nie "do rolnika". Ani zaprzyjaźnionego, ani żadnego innego. Próbuję bowiem niespiesznie łączyć dwie - wydawać by się mogło - pokrewne idee: Slow Food i Slow Life. A że już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że jednej z drugą nie bardzo po drodze, postanowiłam to wszystko traktować na luzie i w ten prosty sposób, na swój własny użytek pożenić to, co mi w nich pasuje. Dziś pasuje mi gotowanie gulaszu, bo mój Mąż może podyżurować przy Dziecku. Inaczej stałabym przy kuchni do wieczora, co chwilę przerywając robotę, by doglądnąć, zabawić, przewinąć, ponosić, nakarmić, ukołysać do snu itd...

Może ktoś się skusi... Pamiętam, że to jest naprawdę dobre. Szkoda, że dziś jem coś innego.

wtorek, 27 sierpnia 2013

"I biegu przyspiesza..."

... z cyklu "Uroda życia"

 



Tak sobie przy stole siedzę, siedzę, siedzę... Bo moje Dziecko sobie śpi, śpi, śpi... I tak się przez kuchenne okno gapię, gapię, gapię... I niezmiennie od lat paru podziwiam zmieniające się za szybą układy chmur. 

 


 Ale to zależy od perspektywy. Bo już na przykład z kanapy widzę tylko ścianę lasu, która o tej akurat porze roku ciemną już zielenią przypomina o jesieni, co wkrótce.

I niedługo wszystko przyspieszy. I na dni parę nawet "pogna coraz prędzej" - powrót z wakacji, powrót do szkoły i do pracy. 

A ja na długim macierzyńskim. Do dziś nie mogę uwierzyć, że mi się teraz przytrafił taki rok odpoczynku przy Maleństwie. Odpoczynek to taki niezupełny, bo i Małe, i Starsze, i w ogóle wszystko to jednak jest absorbujące. Ale zawsze to inaczej, gdy nie chodzi się do pracy, gdy nie myśli się o pracy, gdy nie przygotowuje się do pracy, gdy nie wstaje się do pracy, gdy nie dostaje się obłędu od pracy. No bo pracę mam taką, że albo się w nią w pełni zaangażuję, albo źle wykonuję i nie ma środka. 

No więc psychiczny relaks - to na pewno.

Ale tymczasem... Ale póki co... Z konieczności zamieniliśmy nasze górskie weekendy na nizinne spacery. Niby chodzą ludzie z niemowlakami po górach, nas jednak nie bardzo kręci przewijanie takiego szkraba na wąskiej, stromej ścieżce, więc zdecydowaliśmy się na niezbyt długie wypady do sąsiednich miasteczek i trochę dalszych miejscowości. Zawsze z możliwością rozłożenia przenośnego przewijaczka. Tak, to bardzo ważne. Można powiedzieć - priorytet. Oto do czego Nowe Małe potrafi sprowadzić życie dwojga całkiem dużych:)

I tu dotarliśmy:












Od zawsze byłam pewna, że nie chciałabym w takich wnętrzach mieszkać. Ale też zawsze wiedziałam, że takie mi się podobają. Do oglądania. Do podziwiania. Do odwiedzenia. Na chwilę. I naprawdę czułam się tam świetnie. Przytulnie. I nieprzytłaczająco. Dobrze. Miło. Ciepło. Ktoś zgadnie, czyj portret wisi na ścianie? I w jakim mieście się mieści to miejsce?:)


I choć to moje niespieszne życie "biegu przyspiesza i gna coraz prędzej" od poniedziałku - nic to, wszak - jak mówi Carl Honore - Slow Life to stan umysłu. Tak właśnie od zawsze podejrzewałam :)) - więc spokojnie, więc powoli... Czas kończyć. Dziecko płacze.

sobota, 24 sierpnia 2013

Chocolate coffee - simply the best

...z cyklu "Uroda życia"

 
Z nadzieją na...

 

Popołudniowa drzemka Maluszka to rzecz zbawienna po całym przedpołudniu noszenia na rękach i wyśpiewywania rozmaitych piosenek zapamiętanych z dzieciństwa w celu uspokojenia szkraba. No, nie przesadzajmy, absolutnie nie pamiętam ich w całości, ale najlepsze fragmenty piosenek "Gdzie strumyk płynie z wolna..." albo "Bum cyk cyk i rata rata, nie ma to jak los pirata..." utkwiły mi w głowie już na wieki.


Popołudniowej drzemki Maluszka nie wolno zmarnować na zaległe prace domowe. W żadnym wypadku. Wszak żyję niespiesznie i na luzie, a starsze Dzieci na wakacjach, więc nie będę przejmować się niczym, tylko zafunduję sobie wizytę w Mojej Domowej Kawiarni :))

Podstawowa "trójca"

A co tam! Zaszaleję z kakao...

Najpierw dwie łyżeczki arabiki

 

Do tego dwie słodkiego kakao

Gorąca woda

Najlepszy tygodnik, leżak i mleko

Magic moment :)

"Trwaj, chwilo, jesteś piękna..."

czwartek, 22 sierpnia 2013

"Straszna" książka, czyli Nora Roberts i ja

... z cyklu "Czytam sobie..."

 

Próbuję się zrelaksować - a wychodzi ze mnie zołza

 

Nie zwykłam dzielić książek na kobiece i męskie. Ani na takie, których czytania "z góry" należy się wstydzić (dla niektórych to synonim książek "kobiecych"), oraz te, z którymi dobrze się poobnosić, a także czytać w publicznym miejscu, wysoko unosząc okładkę, aby każdy dokładnie ją widział i mógł nas, prawdziwych czytelników (he he), bez trudu odróżnić od zwykłych czytaczy kieszonkowej literatury wagonowej, kobiecej czy jak tam ją nazwać. Nieważne jak, bo zawsze i tak niesprawiedliwie.


Dlatego rok w rok w lipcu i sierpniu bez najmniejszej żenady poluję na obniżki w księgarniach, a nawet i w hipermarketach. Te ostatnie wystawiają książki jak, nie przymierzając, prawie przeterminowany towar albo zakurzoną kolekcję wymiętolonych ciuchów. W wielkich koszach, pod jednocyfrową ceną z groszami. Większość takiego asortymentu nadaje się na śmietnik, jednak, kto się postara, wśród porozpruwanych i brudnych szmat znajdzie i t-shirt z dobrej bawełny za 2 zł, i szorty dla dziecka na w-f w tej samej cenie, i wiele innych fantów, które wcześniej wisiały w alejkach za zwykłe pieniądze. Czyszczenie półek, ot co. Tak samo rzecz ma się z książkami. Pełno makulatury, ale można też znaleźć coś fajnego. Przecenionego. Na przykład na 2,50 zł - tak kupiłam w zeszłym roku świetną "babską" powieść do czytania na leżaku przy kawie. I słowo daję, nie liczyłam na wysoki poziom tejże. Nie liczyłam na żaden poziom. A było miło, słodko, jak przy jedzeniu dobrego deseru z pyszną kawą. Książka była amerykańska, polska wersja językowa nie raniła uszu, fabuła nie bardzo obrażała intelekt. Szczęśliwe zakończenie w pakiecie. Słowem - sukces, czyli w tym wypadku ukojenie zharatanych nerwów i wyjałowionego całoroczną umysłową harówą mózgu na urlopie. Całość dwa pięćdziesiąt plus wkład własny, czyli kawa z mlekiem, herbatniki i leżak. Wtedy jeszcze bez Niemowlaka, więc pełny luz o dowolnej porze dnia. Albo nocy.

Z takim właśnie dobrym i, jak się jeszcze okaże, naiwnym nastawieniem, ujrzawszy pewnego razu dyskontową ofertę książkową na wakacje, odbyłam uroczystą wyprawę do Lidla (dlaczego uroczystą i dlaczego do Lidla, pisałam jakiś miesiąc temu - Niemowlę) niby to po jedzenie, ale tak naprawdę wiadomo: po zakup czterech książek w kieszonkowym formacie. Cykl dzienny mego Dziecka pozwalał na "godzinkę-do-półtorej" oddechu, jeśli wstałam o wpół do siódmej rano, więc zachłannie rzucałam się na każde słowo pisane, jednocześnie konsumując śniadanie. I tę poranną "godzinę-do-półtorej" zamarzyłam spędzić na czytaniu takiej samej lekkiej, acz przyzwoicie napisanej powieści. Aby choć przez chwilę poczuć się jak na prawdziwych wakacjach, jak ostatnio rok temu. Kupiłam. Obejrzałam. Pogłaskałam i powąchałam. Czym dopełniłam własnego rytuału, bowiem książki to nie tylko fabuła, zbiór rozdziałów i liter. To także gładkość okładki, twardość grzbietu, zapach farby i chłód powietrza na policzkach, kiedy przepuszczam wszystkie kartki pod kciukiem tak, że twarz ogarnia mi wywołany przez ich ruch powiew. Czwarta strona okładki wabi wyliczeniem zgrabnego zestawu składników gwarantujących pełny odlot od rzeczywistości, jeśli tylko dobrze je wykorzystać. Bo i bogaty, przystojny adwokat, i stara posiadłość na bagnach, i kochanka, i tajemnica. A do tego kusząca okładka. Wiem, wiem, to szczyt głupoty, ocenianie książki po okładce, ale cóż to komu szkodzi w wakacje? Jednak w tym przypadku trzeba było zachować wstrzemięźliwość. Bo niby wszystko gra. Zniechęcony do miłości prawnik, co w dodatku umie majsterkować (ba! samodzielnie robi sobie meble odziany w jakże męski pas na narzędzia!), wielki dom owiany tajemnicą, piękna, trudna do zdobycia Angelina oraz mieszkające w posiadłości duchy! Po prostu samograj na lato! A do tego Nora Roberts, która na swych książkach zarobiła już 23 miliony dolarów, więc prawdopodobnie dysponuje przyzwoitym warsztatem, co - miałam nadzieję - wyrazi się sensowną, choć niekoniecznie realistyczną, fabułą, a także niekompromitującym pisarza poziomem językowym. 
Płonne nadzieje! Trudno stwierdzić, czy to, że bohater "podniecił się aż do wzwodu" oraz "w ciągu sześciu miesięcy (...) raz tylko miał stosunek seksualny" to zasługa samej Roberts, czy raczej "twórczy" wkład translatorki. W każdym razie słowa te padają w nader romantycznych "okolicznościach przyrody", kiedy to boski Declan (imię bohatera) z tęsknotą patrzy na bawiącą się z psem przyszłą swą kochankę. I wzdycha. I podnieca się. "Aż do wzwodu". Pogratulować wyczucia języka! Autorce bądź tłumaczce, trudno stwierdzić, nie czytając oryginału. A dalej jest już tylko weselej! Przystojny nasz majsterklepka spotyka tajemniczą nieznajomą, która okazuje się być właścicielką doskonale prowadzonego (a jakże by inaczej!) baru, i tak sobie oto z nią poczyna (próbując poderwać ową damę akurat stojącą za kontuarem - wszak ruch ogromny)): "(...) dla nas jeszcze po dwa piwa (...). A potem zadzwoń po pogotowie, Leno, bo co na ciebie spojrzę, to mi serce zamiera." Na to, uprzednio tajemniczo przez narratora przedstawiana, Lena mówi do siedzącego obok kolegi Declana: "Wiesz, Remy, twój przyjaciel jak zacznie nawijać, to idzie mu jak z płatka..." - i tak przez 371 stron kieszonkowego wydania powieści "Noc na bagnach Luizjany". Litości! Czy wydawnictwo Książnica w ramach oszczędności pozbyło się już wszystkich redaktorów? Czy ten tekst przed wydaniem ktoś w ogóle przeczytał? Czy może ktoś odpowiadający za redakcję znajdował perwersyjną przyjemność w czytaniu takich koszmarków językowych? Bo o ile można jeszcze zrozumieć, że ciała dwojga młodych bohaterów "kołysały się zgodnym rytmem gładkich jak jedwab ruchów frykcyjnych", że to "techniczne" wyrażenie w zamyśle autorki (tłumaczki?) ma tej scenie dodać pikanterii, o tyle doprawdy trudno zgadnąć, czemu w usta uroczej starszej pani, babki dziewczyny, włożono tak wulgarny tekst, którym się do swej wnuczki zwraca, udzielając jej życiowej rady (jak to babcia, która musi zastąpić jej nieodpowiedzialną matkę): "Bo widzisz... tak wygląda kobieta, na której mężczyzna położył rękę, ale nie skończył swojej roboty." (!!!) Na to wnuczka inteligentnie: "Sama potrafię tę robotę skończyć, jeśli tylko o to chodzi." Ale babcia nie da się przecież zbić z tropu: "Po cóż miałabyś się drapać w miejsce, które swędzi, jeśli ktoś może je podrapać za ciebie...? To nic, że zbliżam się do siedemdziesiątki... Wciąż jeszcze potrafię się poznać na mężczyźnie, który jest chętny i umie te rzeczy robić." Bez wątpienia wiek nie ma tu nic do rzeczy. Ja rozumiem, że autor, budując postać, chce wprowadzić jakąś rysę, coś, co nada jej trochę "głębi" i czytelnika zaskoczy. Ale doprawdy, nie trzeba wielkiego talentu, by po kontrolnej lekturze własnego "wytworu" stwierdzić, że coś tu nie gra. Że takiej żenady nie usprawiedliwia nawet konwencja literatury lekkostrawnej, niewymagającej, a nawet z założenia płytkiej. Bo kupując tego rodzaju książkę, mam świadomość, za co płacę 10 złotych i 99 groszy. I wiem, że to Nora Roberts, wszak nie samym Miłoszem żyje człowiek. Tylko po autorce bestsellerów, które przyniosły jej dotychczas majątek w wysokości około 23 milionów dolarów, mam chyba prawo spodziewać się przyzwoitego poziomu pisarskiego rzemiosła? Rzemiosła, nie artyzmu! Lecz są to, jak widać, wymagania zbyt wygórowane. I choć nie liczyłam na zaskakującą intrygę, a wręcz przeciwnie - chciałam fabuły do bólu przewidywalnej, by się zrelaksować, to jednak wypadałoby zachować przynajmniej elementarny poziom logiki (wszak chrześcijanie nie wierzą w reinkarnację, jak się w książce sugeruje). Choć nie szukałam tu językowych eksperymentów, to jednak miałam prawo oczekiwać składni i frazeologii zgodnej z powszechnie uznanymi regułami, zamiast dowiadywać się, że "to będzie wesele, o którym przez lata będzie się wspominało..." (ale to już wyłączna "zasługa" tłumaczki").

Żeby jednak nie wyjść na całkowitą zołzę, co to kupuje wiadomego gatunku książkę, a potem się czepia, chcę oddać sprawiedliwość i powiedzieć, że to był naprawdę dobry (choć mało oryginalny) pomysł na fabułę (dwutorowo prowadzona akcja, którą dzieli sto lat). Na letnią, niezobowiązującą powieść z dreszczykiem. I że miejscami można spotkać naprawdę śmieszne fragmenty dialogów ("- No cóż! Nie odczuwam braku pieniędzy, choć wiadomo, że szczęścia się za nie nie kupi" - odkrywczo wykrzykuje nasz bohater, a na to jego ukochana zalotnie: "- Ach, mój drogi, chyba chodzi ci o to, że nie wiesz, gdzie tu można robić zakupy"). Albo taki oto akapit, gdzie autorka (czy też tłumaczka) wspina się na stylistyczne wyżyny własnego pisarstwa: "Czymkolwiek były: czarną magią czy po prostu starymi butelkami, podobał mu się ich wygląd, gdy zwisały z drzew w jego ogrodzie. A kiedy znowu stuknął dwiema o siebie, spodobał mu się także ich brzęczący głos." - mowa o butelkach mających odstraszać duchy, które pragną wcielić się w główne postacie (duch żeński w postać męską i odwrotnie - nie-straszna słabizna).

No i tak naprawdę książka w znakomitej swej części jednak rozczarowuje, tym bardziej, że jej pierwszy rozdział, a w nim genialnie zmysłowo i prawdziwie uchwycony moment karmienia niemowlęcia piersią może rozbudzić apetyt na dobrą, ujmującą prozę. Widać, że Nora Roberts w tym momencie doskonale wie, o czym pisze. I choć wątpię, żeby kiedykolwiek przeżyła, opisany przez siebie równie dobrze, gwałt, jakiego na młodej matce dokonuje jej własny szwagier, to ten fragment powieści dowodzi właśnie talentu pisarki. Dlaczego wobec tego później Declan, "mając na uwadze zęby psa, (...) wolał zaryzykować dłoń niż fiuta", zaś jego dziewczyna usilnie starała się nie zasnąć i czekała na niego, "aby - jak sama czule i adekwatnie się do niego zwraca - zapewnić tym (jego) jajom gimnastykę"? To już doprawdy trudno zgadnąć.

I już zupełnie na marginesie. Nie cytuję wulgaryzmów dlatego, że mnie kręcą. Nie kręcą. A autorka - lub tłumaczka - myślała chyba, że czytelnika właśnie kręcą. Albo że czynią powieść bardziej pikantną, ja wiem... bez zahamowań, może taki styl miał się wbić w amerykańską pruderię? Może miało być bardziej sexy? Nie mam pojęcia. Wyszło żenująco. Pisanie o seksie, w erotycznym klimacie jest niezwykle trudne, zwłaszcza po polsku. I jest miarą talentu autora. Użyte tu słowa powodują najzwyklejsze błędy stylistyczne, ale nie dlatego, że są wulgarne. Dlatego, że po prostu nie pasują. A szkolne  błędy u poczytnej pisarki to naprawdę duża przesada.

środa, 21 sierpnia 2013

Po co minimalizm?

... z cyklu "Dyrdymałki"

 

Dla kogo minimum? I co to w ogóle jest? Czy to opozycja do optimum? Minimum... Optimum...     

O co chodzi? I właściwie po co komu minimalizm?

 

Prosty fragment

Może o to chodzi, że dla minimalisty minimum tak naprawdę znaczy optimum? Tylko ile to jest minimum, a ile to drugie? Czy cztery kubki i cztery talerze dla czteroosobowej rodziny to optimum czy minimum? A jak przyjdą goście? Wtedy to mniej niż minimum. Z pewnością. A może minimum to tyle, ile niezbędne, zaś optimum - tyle, ile chcemy i tylko to, co chcemy? A w takim rozumieniu optimum to jednak nie to co minimum. Bo minimalista z założenia CHCE mieć tyle, ile jest mu niezbędne, a skoro tyle akurat CHCE, to jest to dla niego optimum. Optymalnie znaczy tak, aby móc uzyskać jak najlepszy rezultat. Jak najlepszy (dla naszego "chcenia"), czyli maksymalnie satysfakcjonujący. Ergo: skoro dla minimalisty minimum oznacza optimum, bo pozwala osiągnąć maksimum, to gdzie tu logika?:)) No właśnie, to tylko słowa. A ten trywialny przykład przyszedł mi do głowy po lekturze jednego z komentarzy do prostego bloga Ajki związanego z tym tematem, gdzie Autorka tegoż komentarza chwali się, jak nakłania rodziców do pozbycia się ich ślubnego kompletu srebrnych sztućców, co to od lat zalega im w wersalce, a oni się opierają i ją za wariatkę uważają, mówiąc, że ten komplet z pewnością się przyda, chociaż tak naprawdę to od lat się nie przydał. Kto ma rację? Córka nowo nawrócona na minimalizm czy rodzice poczucie bezpieczeństwa czerpiący z trzymanych na podorędziu "przydasiów"? Racja, jak w większości przypadków, zależy oczywiście od punktu widzenia. A ten, jak wiadomo, od punktu siedzenia z kolei :) 

I tu nasuwa mi się pytanie, po co nam minimalizm? Tylko proszę mi nie mówić, że pytanie to głupie, bo bezzasadne albo nawet i bezprzedmiotowe. Więc zapytam ponownie, z jakiego właściwie powodu ludzie zwracają się w kierunku tej idei? Po co pozbywają się przedmiotów i co chcą tą drogą osiągnąć? Jaki stan uważają za docelowy i co ich ostatecznie zadowoli? No i kiedy powiedzą sobie "dość!"? Nie bardzo interesuje mnie tu stanowisko książkowych guru tej idei. Zbyt często obliczone na efekt. No więc po co? A może i dlaczego? 

Zacznę od tego drugiego. Dlaczego? Bo może dali się przytłoczyć rzeczom, sprawom i gdzieś się w tym zgubili. Stracili orientację. Poczuli, że ich samych już w tym wszystkim nie widać lub że niebezpiecznie zmieniły się proporcje i nie mają już wpływu na bieg życia. Własnego. A chcieliby czuć jeszcze, że to życie do nich należy. Wiem, co mówię, bo sama często czuję, jakbym nad głową miała górę śmieci (dosłownie!). A wtedy rozpaczliwie próbuję się spod nich wykopać i wysunąć choć czubek głowy na powierzchnię. Potem oczy, by zobaczyć cokolwiek. I to już jest dla mnie jakiś pierwszy krok, po którym mam ochotę wystawić na świat usta i wziąć przez nie głęboki oddech. Czasem mi się to udaje, a wtedy samopoczucie mi szybuje wysoko, wysoko... I jest dobrze, oj dobrze. Spokojnie. Bo ja tak mam, że się czuję bezpiecznie, gdy mam w życiu mniej więcej porządek. I poczucie, że nic mnie nie przytłacza. Ani kupa gratów na pawlaczu, ani lista spraw niezałatwionych w kalendarzu. Wtedy czuję, że panuję nad sytuacją. No w miarę. A więc spowodowane przytłoczeniem i chaosem zaburzone poczucie bezpieczeństwa bywa przyczyną, dla której niektórzy się ku minimalizmowi zwracają.

Ale po co? Że powrócę do pierwszego pytania. Ano może właśnie po to, by osiągnąć utracone poczucie pewności, poczucie panowania nad sytuacją, nad biegiem rzeczy i spraw we własnym życiu. Najpierw pozbędę się przedmiotów, które zagracają mi mieszkanie, kradną czas, bo trzeba o nie dbać, choć wcale nie są mi potrzebne, dodatkowo może jeszcze rodzą koszty. Kiedy rzeczy te wyrzucę albo oddam, zyskam czas, miejsce. Zacznę myśleć, że to ja we własnym domu rządzę. Może przez to poczuję się silniejsza. Może przez to poczuję się bezpieczniej. Zacznę kontrolować - przynajmniej w tym zakresie - własne życie. Nie dam się przytłoczyć gratom. A potem będę kontynuować: uporządkuję sprawy, znajomości, emocje. Zyskam jeszcze więcej bezpieczeństwa.

No właśnie. Bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo wynikające z umiejętności panowania nad życiem. Nad liczbą przedmiotów - tych chcianych i tych wręcz przeciwnie. Nad jakością kontaktów z ludźmi. I tak dalej. Tak to widzę.

A jak to widzi - BYĆ MOŻE! - tata Autorki wypowiedzi uznający jej zapędy w wyrzucaniu za niezbyt mądre, choć zapędy te wynikają z jak najbardziej racjonalnych z jej punktu widzenia przesłanek? Otóż to. Z jej punktu widzenia. Bo po pierwsze, dlaczego Autorka chce realizować swój własny minimalizm, wyrzucając przedmioty należące do rodziców? Ale to zupełnie inna historia... Wracając do punktu widzenia Pana Taty, co wyrzucanie nieużywanych nigdy sztućców uważa za głupie po prostu, BYĆ MOŻE chodzi o to, że jego ten przykładowy zapasowy komplet (którego jednak szkoda mu kiedykolwiek użyć) w ogóle nie przytłacza. BYĆ MOŻE jemu posiadanie takich "przydasiów" daje właśnie poczucie bezpieczeństwa. Ja tam lubię mieć więcej kubków na wypadek, gdyby wpadli goście z tego powodu właśnie.

Dobrze jest bowiem pamiętać, że minimalizm - jak każda idea - nie jest, a przynajmniej nie powinien być, w życiu celem samym w sobie. Że on ma czemuś, a może nawet KOMUŚ (człowiekowi?) służyć. I że ten człowiek sięga po ideę właśnie po to, aby swój byt polepszyć. A nie osiągnie tego, stając się tej i jakiejkolwiek idei niewolnikiem, tym samym wypaczając. Ale tu wchodzę w truizmy, jakie wielu mądrzejszych przede mną już z tysiąc razy powiedziało. 
Dlatego skończę. Żeby nie przesadzać. Bo czuję, że i tak już nadmiar słów.

wtorek, 20 sierpnia 2013

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

"Piszę" o książkach

Wodogrzmoty Mickiewicza spomiędzy szczebelków

...z cyklu "Dyrdymałki"

Czasem uda mi się coś przeczytać. Rzadko, bo rzadko, ale czasem. 


I wtedy dopada mnie nieodparte pragnienie, aby to, co mi się uda przeczytać, zaraz, już, koniecznie opisać. Wiem, wiem, żenada po prostu. Zwłaszcza w moim przypadku, ponieważ - co sobie od czasu do czasu boleśnie uświadamiam - pisać to ja nie potrafię. O czym przekonuję się regularnie, czytając cudze pisanie o książkach. Nie żeby zaraz profesjonalne. Nie żeby bardzo poważne. Ale takie po prostu. Jakiekolwiek. Jednakże kiedy tak sobie czytam, to oprócz tego i refleksje mam! Ha! A niekiedy nawet i niegłupie. A co! No i wtedy zwłaszcza koniecznie, ale to koniecznie, czuję, że MUSZĘ, po prostu MUSZĘ je zapisać, utrwalić na papierze. Grafomania w czystej postaci, ot co! Tylko że refleksje te ulotne są, bo taka już natura myśli, niestety. No więc, czytając wczoraj rano w internecie, jak "znany satyryk poleca książki na wakacje", zwierzam się Małżonkowi: "Bo ja też bym chciała tak sobie pisać o książkach... Bo ja też potrafię takie rzeczy wymyślić...". Na to Mąż: "To dlaczego nie piszesz? Pisz". A ja: "Bo nie umiem. No bo - tylko teraz powiem coś śmiesznego, więc się nie śmiej - no bo wrażliwość to ja jakąś mam. Że bym umiała to samo wymyślić. Tylko pióra takiego lekkiego nie mam". Mąż: "Nie masz pióra, to pisz na komputerze. Komputer masz". No tak. Co prawda, to prawda. Jak zwykle. I kto tu powinien pisać?

niedziela, 18 sierpnia 2013

Sunny Sunday Morning

... z cyklu "Uroda życia"

 


 

Niedziela, ósma rano. Dom śpi. Póki co. Jem śniadanie. I czytam sobie. 

 

 

Co wcale nie jest takie oczywiste, kiedy Dziecko ma trzy miesiące, a jego dni i poranki są zmienne jak pogoda w marcu. Całkiem jeszcze niedawno było tak: od dziewiątej wieczór spanie do piątej, piątej trzydzieści lub szóstej, potem jedzenie, spanie do dziewiątej albo i dziesiątej rano, znów jedzenie, a potem to dzienna norma. Ostatnio jest jednak inaczej. Codziennie inaczej. Dlatego taki zdarzający się czas pomiędzy siódmą a dziewiątą jest świętem. Chwilą ciszy na leżenie na kanapie z książką w ręku, kawą na stoliku i talerzem z kanapkami na kolanach. A przez okno oszalałe jeszcze słońce, choć to już końcówka sierpnia. I mimo niedzieli oraz wczesnej pory chce się jednak wstać i pożyć trochę samemu ze sobą.
Książka banalna, słodka jak ulepek, ale dokładnie tego mi potrzeba. Wściekłego turkusu okładki, wziętego malarza w poszarpanych dżinsach, jego ujmujących starszych braci i obiecującej romans pięknej, dumnej, niezależnej i bogatej właścicielki niewielkiej kwiaciarni w równie niewielkim miasteczku portowym. A jak portowym, to z szumem oceanu w tle oczywiście. Ach, aż sobie westchnęłam. Z takich to składników musi, po prostu musi powstać danie doskonałe. Słodkie, ale nie za bardzo, aby nie zemdliło. Zwarte, ale niezbyt mocno, by czytanie mnie rozleniwiło i pozwoliło smakować poszczególne elementy. Kruche, jednak bez przesady, wszystko wszak powinno pozostawać w związku i zawierać jakąś myśl autorki. Niekoniecznie oryginalną, niekoniecznie głęboką, raczej łatwo przyswajalną, raczej już wcześniej znajomą. Za to koniecznie ciepłą, optymistyczną. Całe "dzieło" upichcone z tak troskliwie dobranych składników powinno być lekkostrawne, by nie zalegało cały dzień na żołądku i nie psuło humoru, wszak kłopotów ci u nas dostatek...

Taaak..., tego właśnie chcę w tę słoneczną niedzielę o poranku, kiedy moje Dziecko jeszcze śpi, a ja próbuję skomponować własny przepis na Idealny Początek Dnia. Taki, który pozwoli mi przeżyć do wieczora ze spokojem, życzliwością, optymizmem...

I wszędzie to słońce!


Dobrego Dnia!

sobota, 17 sierpnia 2013

Grochola i Miłosz

... z cyklu "Czytam sobie..." 

 

 

Bo już taka na przykład Grochola to niczym się według mnie nie odróżnia od takiego na przykład Miłosza. Czesława Miłosza. Poza płcią oczywiście. 

 

I tematy te same, i refleksje podobne. Lecz nie wtórne, o nie! Z tym, że uczony Noblista już na początku swej chmurnej (oj, chmurnej) młodości zaplanował sobie dokładnie, że chce "wielkim poetą" być, a następnie konsekwentnie się tego trzymał. Konsekwentnie rzecz realizował. Kto nie wierzy, niech przeczyta jego biografię Andrzeja Franaszka. Zaplanował! Że będzie poetą, to jeszcze obleci, ale że "wielkim"! No, podziwu godne. I się przejmować wcale nie musiał żadnym tam Gombrowiczem, co to Bogu ducha winnego Słowackiego obśmiał, że "wielkim poetą był". Bo "Ferdydurke" jeszcze nie było. Kiedy Miłosz planował karierę swą świetlaną. 


No więc taka na przykład Katarzyna Grochola, jak zauważyłam, czytając przedwczoraj (święto! małżonek nie w pracy, więc Niemowlęcia pilnował!) "Trochę większy poniedziałek", nie planowała kariery wcale a wcale. O nie! Ona po prostu miała marzenie. Żeby pisać. I żeby z tego żyć, jak się już sama domyślam. I jej się to udało. Udało się udatnie, czyli bardzo dobrze się jej udaje z tego żyć. Chyba. Tak mniemam. Ale ja tu nie o tym. O tym za to, jak od lat około dziesięciu Autorka ta obrywa po głowie. Że taka literatura to w istocie "literatura" dla kobiet. Więc w istocie to "nieliteratura". Tylko co? Się pytam. No, ale skoro dla kobiet, to może rzeczywiście "nie..." - UWAGA! Sarkazm był. Że takie pisanie to żadna tam sztuka. ŻADNA, więc i tym bardziej nie WYŻSZA, rzecz jasna. Nie to co u Miłosza. Że loty nie najwyższe, że zawartość miałka. No to czytam ja "Wiersze wszystkie" Uczonego Poety i doprawdy nie widzę różnicy. A mówię o zbiorze felietonów Grocholi pod wspomnianym powyżej tytułem. I żeby była jasność: On i Ona bystrzy i utalentowani. A każde w swój własny sposób. No, ale ja nie jestem uczona. I w ogóle to się pewnie okropnie kompromituję tak obrazoburczym zestawieniem, gdyż nie godzi się porównywać takiej sobie niepozornej (ha!) kobiety pisarki (a wg niektórych "uczonych" snobów wręcz "uzurpatorki") z tak "wielkim poetą".

Tylko że ja po chwili - bardzo krótkiej - namysłu dochodzę do wniosku, że takimi jak powyższe sądami postronnych przejmować się nie muszę. I dlatego porównywać sobie bez umiaru będę. Bo mam prawo. Bo mam te dwie książki przed sobą. Jedna gruba, poetyckie dzieło życia ogromne, bardzo godnie w twardej oprawie wydane. Piękne i majestatyczne. Zachęcające. Druga chuda, w kolorowej miękkiej okładce, ze zbyt dużym marginesem, zbyt grubymi kartkami, ale jaka zawartość! Wybór felietonów z kilku lat pracy Autorki w czasopiśmie. Z których swego czasu garściami czerpała, tworząc fabuły powieści. Popularnych. Więc ją dyskwalifikujących, jak by niektórzy automatycznie powiedzieli. Ale Grochola to nie to samo, co tabun pomniejszych autorek, marnych naśladowczyń, usiłujących poodcinać kupony od nie swojego talentu i dorobku. I kompromitujących literaturę dobrą, acz przystępną. I pod względem językowym świetnie oraz świadomie napisaną, czego już o naśladowczyniach powiedzieć nie da się.

A to wszystko to tak trochę bez związku. I właściwie to nie wiem dlaczego. Czytam sobie po cichu i dumam. Co wymyślę, to mogę zapisać. Skoro sobie stworzyłam to miejsce, kto mi będzie zabraniał to robić? Nikt, dlatego odpuszczam rygory, wolno myślę, wolno mi to utrwalić... Ale dzisiaj już koniec tych bredni, choć chcieć myśleć, to chyba się chwali?

Ha, ha, ha!!! Najważniejsze to mieć dystans do siebie. Ja się staram, Grochola ma go na pewno, lecz czy "Poeta Doctus", głowy bym sobie nie dała uciąć. Ani ręki.

piątek, 16 sierpnia 2013

Tanie warzywa na patelnię na długi weekend wakacyjny

... z cyklu "Gotuję sobie..."

 


 

Niektórzy mają wakacje, inni "tylko" długi weekend. Jedni i drudzy w tak piękną pogodę najczęściej nie chcą tracić czasu na zbyt długie stanie przy garnkach. No chyba że ktoś akurat tak lubi wypoczywać. Ja nie. To znaczy lubię coś ugotować, byle to było naprawdę szybkie, zaś efekt końcowy w miarę smaczny. I w miarę lekki. A jeszcze jakby nie trzeba było wydać zbyt wiele, to już pełnia szczęścia.

No więc dziś takie właśnie wrzucanie na patelnię tego, co w lodówce zostało w takiej ilości, że nie bardzo się nadaje na oddzielne danie, a razem może stworzyć coś nawet sensownego. Do dzieła!

Zostało mi trochę ziemniaków, ale za mało dla czterech osób, więc jak znalazł do tego pomysłu.


Trzeba je obrać i w całości ugotować.


W piwnicy jakieś resztki kiszonych ogórków z zeszłego roku. Ogórki działkowe (Slow Food! Slow Food!), od Rodziców.


Wszystkich nie zużyję, ale prędko znajdzie się na nie amator. To niezła przekąska. 

Gdy ziemniaki się gotują, wyciągam z lodówki kolejne resztki (mam ją w końcu rozmrozić), czyli kilka kawałków zamrożonego pora, jedną paprykę i cztery niewielkie marchewki. Z warzyw nie zostało mi już nic.

 
 
Szykuję przyprawy: sól, pieprz ziołowy, czosnek granulowany (lub świeży, ale to nie u mnie), mielona słodka papryka i tymianek.


Nie wierzcie zdjęciom. To "prawda ekranu". Naprawdę każdy sypie przyprawy wprost z opakowań. Specjalne pojemniczki to już coś ekstra. U mnie w kuchni zwykłe torebki, w których przyprawy kupuję. Są od środka wyłożone czymś takim, co zatrzymuje aromat i da się je zacisnąć tak, aby się nie odkształcały (torebki). Pojemniczki mnie odstraszają. Pucować toto trzeba, by nie wyglądało obrzydliwie na widoku. Szkoda roboty. Wolę torebki, które trzymam porządnie ułożone w plastikowych pudełkach w szufladzie. To wszystko, na co mnie stać, jeśli idzie o kuchenne ekstrawagancje. 

Ale wracając do warzyw... 



...pora zająć się ogórkami. Mniej więcej tyle wystarczy. Choć, szczerze mówiąc, nie pamiętam, czy wykorzystałam wszystkie. Zależy, jak bardzo kwaśne są i jak bardzo kwaśne danie się lubi. Marchewka i papryka są dość słodkie, więc... Kwestia smaku.


Oto i wszystkie składniki. Plus ziemniaki w garnku.

Teraz pora wszystko pokroić.







Oprócz kiszonych ogórków, gdyż z powodu ich kwasu reszta warzyw nie zmiękłaby na patelni. Dodam je pod koniec.

Tymczasem rozgrzewam na patelni olej rzepakowy...


... i wrzucam pory, paprykę, a także marchewkę. 


Chwilę czekam, aż zaskwierczy, dodaję przyprawy, mieszam, zmniejszam temperaturę pod patelnią, przykrywam pokrywką i niech się tak duszą. Pod wpływem soli i ciepła warzywa puszczają własny sok, który, zmieszany z tą odrobiną oleju, pysznie je opływa.

Czas pokroić ogórki. Dodam je pod koniec.



Czyli za około 15 minut, podczas których ze dwa razy zamieszałam drewnianą łopatką (nie chcę uszkodzić powłoki zapobiegającej przywieraniu) w patelni. Ogórki trzymam na patelni tylko tyle, ile trzeba, aby nabrały temperatury i podzieliły się swym smakiem z całą resztą.


Z doświadczenia wiem, że nie ma sensu dusić warzyw zbyt długo, bo się rozpadają. A w końcu nawet jeśli będą trochę za twarde, to żaden problem, wszystkie prócz ziemniaków nadają się do jedzenia na surowo, a ziemniaki będą i tak ugotowane osobno.


Ostrożnie (by się nie rozpadły) je odlewam. Ostrożnie kroję w grube plastry i ostrożnie przekładam na patelnię, gdzie ostrożnie :)) mieszam je z warzywami.

Gotowe!


Całość zajęła mi jakieś pół godziny. Zamiast ziemniaków można użyć różnych rodzajów ryżu, kaszy albo makaronu. Zamiast papryki brokuła, kalafiora itd...