środa, 27 listopada 2013

Muffiny bezglutenowe

 I jeszcze bez kurzych jajek, tylko z przepiórczymi, które nie uczulają:)

 

... z cyklu "Gotuję sobie"

 

 

Upieczone na pewne imieniny. Z tego samego ciasta, co bezglutenowe ciasto czekoladowe, tylko bez czekolady w środku, czyli bez kakao. No i w specjalnych muffinowych foremkach z pergaminu. 



Najpierw wsadzone do pieca wyrastają bardzo, ale potem padają i ja - jak dotąd - nie znalazłam na to rady.


Ze zwykłej mąki raz opadną, raz nie, a z tej zawsze. Przynajmniej mnie. Ale i tak pyszne.


Tyle ich wychodzi z podanej w przepisie porcji.

Oto przepis, ale bez zdjęć, co po kolei, bo zdjęcia są pod linkiem u góry:

Składniki 
po lewej "zwykłe" - po prawej bezglutenowe

4 jajka kurze - 16 jajeczek przepiórczych
szklanka cukru - szklanka cukru
kostka margaryny - kostka margaryny
szklanka mąki pszennej - szklanka mąki bezglutenowej Schaar do pieczenia chleba
dosypać do połowy szklanki mąkę ziemniaczaną - dosypać do połowy szklanki mąkę bezglutenową
dwie łyżeczki proszku do pieczenia - dwie łyżeczki proszku do pieczenia
zapach lub cukier waniliowy - zapach lub cukier waniliowy
około pół łyżki oleju - około pół łyżki oleju
margaryna do wysmarowania blachy - (albo papier do pieczenia) - margaryna do wysmarowania blachy
cukier puder - cukier puder
1 cytryna (na sok do lukru i na otartą skórkę) - 1 cytryna

Sposób wykonania

Wstawić margarynę do rozpuszczenia.

I w tym czasie - wbić do garnka jajka. 

Jajka ubić całe z cukrem.
  
Wlać gorącą margarynę.

Wymieszać.

Wsypać mąkę. A do wersji z glutenem mąkę kartoflaną.

 Dodać proszek do pieczenia (uwaga na gluten!).

Zapach - ja daję cukier waniliowy (pardon, wanilinowy:).

Wymieszać.

Wylać do foremek.

Piec najwyżej 30 minut w temperaturze 180 stopni, ale lepiej sprawdzać patykiem wcześniej. Ja je piekę bez termoobiegu, bo zbyt szybko ciemnieją i za bardzo schną z góry, zanim się upieką w środku.

Lukier robię, wyciskając do cukru pudru sok z cytryny. Od razu smaruję nim ciastka, posypuję skórką otartą z cytryny i już.

Mogłam zrobić na wierzch jakiś puszysty krem do dekoracji, ale nie mam tyle czasu przy Dzidziusiu ani składników, więc zostałam przy lukrze.


 

Jedna uwaga: to nie jest przepis na ciastka dla osób chorych na celiakię lub cierpiących na naprawdę ciężką postać alergii na gluten, jaja kurze lub mleko. Bo na przykład użyłam sobie zwykłego proszku do pieczenia (7 razy tańszy), margaryny zawierającej serwatkę (jest z mleka) i przepiórczych jajek. Ale spokojnie można podmienić te składniki na takie, jakich wymaga dieta.

wtorek, 26 listopada 2013

Imperatyw kategoryczny albo żenada w czterech odsłonach:)

 

Co kto woli! 

 

... z cyklu "Co w szafie piszczy"

 

Ostatnio chroniczny brak czasu plus kilka zbiegłych w tymże czasie konieczności opuszczenia własnych opłotków:)* spowodowały nagromadzenie... Nie, nie przejdzie mi przez usta słowo "stylizacji":) 

 

Stylizacje to nosiła Linda Evangelista na pokazach mody, he he! Tak, była taka modelka. Top modelka. Za moich czasów! Jeśli więc nie stylizacji, to po prostu kombinacji - czyli tego, co mi w szafie piszczy jesienią, która powoli w zimę przechodzi. Od wczoraj jakiś marny śnieg popaduje.

Do rzeczy. Cały tydzień latałam po mieście z wózkiem dziecięcym albo hipermarketowym i to sama, więc nie miał mi kto fotki pstryknąć tym swoim słynnym telefonem:))

Nic to! - jak mawiał klasyk, nadrobiliśmy w niedzielę przed obiadem na tarasie. A co! - jak często sobie tu popisuje autorka tego bloga, czyli ja. I to jest właśnie ten imperatyw z tytułu, jak najbardziej kategoryczny:). Jak się powzięło postanowienie, że się uwieczni każdą próbę ubierania bez dokupywania, to wypada sobie samej słowa dotrzymać.

Do rzeczy po raz drugi, bez dygresji, kobieto!


Ubiegła niedziela, 24 listopada. Nowy (w sensie niepokazywany tu) jest tylko sweterek kupiony za 15 zł w Auchan 3 lub 4 lata temu, bardzo "grzejący" i jeszcze szal - ale to nie mój, to Córki, która ma go od dwóch lat, bo w prezencie dostała i się jej znudził, co jest dla mnie nie do pomyślenia, ale chętnie go sobie przyswoiłam:) Reszta, czyli kozaki, kurtka, spódnica, biały golf i torebka omówione kiedyś, dziś pod linkami:) - to znaczy torebka była droga to jest jakaś tam marka, ale ma już 5 lat i kosztowała 159 zł, i to było 50% ceny.

Dzień wcześniej, czyli w sobotę 23 listopada wybrałam się na zakupy weekendowe żywnościowe w tym właśnie. Tunikę tę i szaliczek uroczy:) kupiłam w chińskim sklepie za 40 zł rok temu razem z i jeszcze tuniką, jak tylko odkryłam nowego Członka Rodziny w swoim brzuszku i postanowiłam sobie nie żałować 140 zł na cztery sztuki odzieży, która świetnie się rozciągała w ciąży i tak samo dobrze skurczyła się po. Gatunkowo świetne, cenowo też i bez obciachu - wszak ometkowane znanym nazwiskiem swetry z hm też "madeinchina" są, tylko kosztują cztery stówy, a nie cztery dychy. I choć widzę różnicę w dizajnie, to jednak bez przesady. A te moje to nawet "madeinpoland" - sprawdzałam.

Tu znów cofam się w czasie do środy 20 listopada. Też zakupy. Góra, czyli torba,  polarowa bluzka, takaż bluza z kapturem i kurtka już były, zaś na dole zimowe trapery-rekordziści ( cena 140 zł, wiek: 13 lat i naprawdę uczciwie używane, nie w szafie trzymane, kto nie chce, niech nie wierzy, trochę już podniszczone), no i dżinsy "no name" za 69 zł, wiek: 6 lat. Cudownie się starzeją, strzępią i wycierają tam, gdzie im to tylko sznytu dodaje. Może to kwestia śladowej ilości stretchu, który obecnie dodawany jest do wszystkich ubrań - i słusznie - ale w dżinsach jest go wg mnie za dużo. Dżins to dżins, ma być solidny i nie do zdarcia, mam mieć pewność, że jak gdzieś dżinsami zahaczę, to ich nie rozedrę, że mogę śmiało usiąść na pniu, na kamieniach w górach i że one to znakomicie przetrwają. Drugie moje dżinsy, te wąskie, mają w sobie tyle stretchu, że już mi w ogóle dżinsów nie przypominają.


Tu dzień przed powyższym, czyli 19 listopada, we wtorek. Biały golf jest z dzianiny, to nie ten sam, co na pierwszym zdjęciu. Ten jest na blogu po raz pierwszy. Bardzo cienki, taki jakiś rozmemłany w miejscach, które miały być ściągaczami przy rękawach i dlatego nadaje się tylko pod jakieś bluzy itp. Pochodzi z sieciówki, więc kosztował jakieś 70 zł, czyli nie tak mało, jak za takie coś. Ma chyba z 5 lat, ale dokładnie nie pamiętam. Reszta ubrań obgadana już przeze mnie wyżej.


Ten sam zestaw po raz drugi, bo okropnie dobrze się w nim czuję. Dodam tylko, że kiedyś tam usłyszałam w jakimś programie o stylu, czy coś w tym stylu:), że pod takie bluzy lub sweterki dobrze jest ubrać coś dłuższego przylegającego, to się wtedy lepiej wygląda, no więc ubrałam i voilà!

*opłotki. 1. «drewniany płot». 2. «wąskie przejście między płotami sąsiadujących gospodarstw». 3. «miejsce ogrodzone płotem». 4. «granice czegoś ... (http://sjp.pwn.pl/slownik/2495675/op%C5%82otki)

poniedziałek, 18 listopada 2013

Dno szafy

... z cyklu "Co w szafie piszczy?"

 


No i stało się. Jeśli chodzi o jesień, zaczynam się mocno powtarzać. Zobaczyłam w swojej szafie dno.

 


Ale też nie zakładałam, że będę za każdym razem wyglądać CAŁKIEM INACZEJ. Raczej, że z tego, co mam, dam radę wykombinować inne zestawienie TYCH SAMYCH ELEMENTÓW. Czyli zrobię to, co większość autentycznych kobiet robi o poranku, ubierając się do wyjścia.


I oto widać jak na dłoni, że wczoraj założyłam moją świetną ołówkową, dość elastyczną spódnicę na podszewce, którą miałam na sobie na pierwszym zdjęciu zrobionym specjalnie do tego cyklu, nie licząc zdjęć umieszczonych w pierwszym wpisie "Nowy cykl na blogu".


Kurtka to już tyle razy ubierana, że naprawdę szkoda pisać o niej kolejny raz. Ale trudno się dziwić, skoro późna jesień i chłodno, a szafa autentyczna, nie zaś specjalnie zaopatrywana do celu "produkowania" bloga.W czym innym miałabym być?

Kozaki też w stałym użyciu, bo genialnie wygodne i w miarę ciepłe. Jak na tę porę, oczywiście.

Nowy, tzn. "po raz pierwszy na ekranie":), jest szalik. Nic specjalnego, wszyscy takie mają. Dość szeroki, średnio wiotki - co pomaga mu się układać jako tako i życia mi za bardzo nie utrudniać. Ma 4 lata i kosztował dwie dychy. Kupiony byle gdzie na takim luźnym stoisku. 


Pod kurtką sweter, ciemnobrązowy golf, który też nie jest tu debiutantem, bo na wspomnianym pierwszym zdjęciu pełnił ważną funkcję uzdatniacza:)) jasnej cienkiej i dziesięcioletniej kurtki do użytku - zakrywał jej słaby, bardzo słaby kołnierz. Wczoraj schowany, bo aura wymaga kurtki cieplejszej, a taki typ golfa robi dekolt i nie otula szyi. Nadawał się do wyłożenia za pierwszym razem, gdy jeszcze było o wiele cieplej.

No to skoro dokopałam się do DNA SZAFY, pora zacząć od nowa. Chyba czas się sprężyć i postarać o całkiem nowe konfiguracje starych rzeczy:)


niedziela, 17 listopada 2013

"Poranek taki cichy...

... dzień powoli wstaje"

 

Takie zdjęcia robi moje Najstarsze, kiedy do szkoły co rano zdąża:)

 

Jak to w niedzielę, chciałoby się powiedzieć. 

 


Wstaje mgłą...


... z cyklu "Uroda życia" - "Dyrdymałki"


Co do Pawła Kukiza, to piosenka, z której tytułowy cytat zaczerpnęłam, nie mogę się nadziwić i pogodzić też nie z jego dzisiejszym wizerunkiem. Idole młodości...




A fotki pstryknęłam, kiedy wyszłam na taras po śniadanie, bo zepsuła się nam lodówka i czekamy na serwis. Dobrze, że to nie lato.

Ale o czym to ja chciałam... No tak, piszę, że poranek cichy, że wszystko powoli i w ogóle leniwa niedziela. Pomijając pobudkę o 5.30, udawanie martwych do 6.10 i żałosne próby ogarnięcia się aż do teraz - 9.28 - jest faktycznie leniwie:) A myśli gonią. Swoim torem. Zainspirowane wczoraj tym - zgroza! Wywiad z Moniką Zakrzewską, w którym głosi ona - wyraźnie zresztą podpuszczana przez redaktorki - swe kuriozalne poglądy na temat łączenia przez kobiety (i mężczyzn) pracy z obowiązkami rodzicielskimi, rozruszał dość skutecznie myśli me funkcjonujące od półtora roku w trybie "slow", aby życie w ciąży i na macierzyńskim było "nice". 

Pracuję, odkąd skończyłam studia. Mam troje dzieci. Na każde z nich przysługiwał mi innej długości urlop macierzyński. Zawsze było go zbyt mało. Zawsze wracało się do pracy z poczuciem żalu i tęskniło się za pozostawionym w domu malutkim dzieckiem. A wrócić trzeba było. By pracy nie utracić i by bieżące pieniądze były. Nie to jednak mnie szokuje we wspomnianym wywiadzie, że "ekspertka Konfederacji Lewiantan i przeciwniczka przywilejów dla matek" wraca do pracy, nie wykorzystawszy dodatkowych sześciu tygodni urlopu macierzyńskiego, a całe 36 rodzicielskiego oddaje ojcu dziecka. Nie to, że - mając dobrą i satysfakcjonującą pracę - chce ją podjąć. Bo w końcu w pracy (przynajmniej w normalnej) nie siedzi się 24 godziny na dobę i nawet pracujący na cały etat rodzic widuje dziecko i z nim przez część dnia oraz wieczór jest. 

Chodzi mi o jej kaleczący dziecko stosunek do maleństwa:

"(...)im dłużej jestem z synem, tym bardziej jest on ze mną związany, a ja z nim. Dlatego mój szybszy powrót do pracy będzie dla nas łatwiejszy do zniesienia."

Zaprawdę, więź z własnym kilkumiesięcznym dzieckiem jest czymś strasznym, należy ją jak najszybciej zerwać, w przeciwnym razie wkrótce przywiązanie malucha do swojej mamy stanie się dla niej nie do zniesienia.

Redaktorka najwidoczniej nie wierzy w to, co słyszy, więc dopytuje. Ja też nie wierzę, kolejny, tak modny dziś, lapsus językowy, przejęzyczenie po prostu, myślę, więc czytam:

"Siedząc dłużej w domu, za bardzo byś się przyzwyczaiła do dziecka czy za bardzo odzwyczaiła od pracy?
I jedno, i drugie. Widzę, że dziecko zaczęło być skoncentrowane na mnie. Coraz bardziej mnie szuka i za parę miesięcy rozstanie byłoby o wiele trudniejsze."

No więc to jest tak: dziecko dopiero co zaczyna sobie uświadamiać łączącą go z matką więź, którą nie bez przeszkód ze strony mamusi (czytaj: wywiad) buduje od narodzin. Na to mamusia jego wpada w panikę i usilnie pragnie tej więzi uniknąć, dla przyzwoitości (tak to odebrałam ja) wspominając w wywiadzie o tym, że będzie tęsknić, że oczywiście, ble ble ble...

Może w związku z moim dziesięcioletnim już zaangażowaniem w projekty Fundacji ABC XXI mam nieco zwichrowane w jedną stronę poglądy. Może. Wydaje mi się jednak, że mimo wszystko udało mi się zachować jako taki poziom obiektywizmu wobec proponowanych przez Fundację programów edukujących rodziców, a to z tego prostego powodu, że od 14 lat mam do czynienia z praktyką - zarówno w domu, jak i w życiu zawodowym. Wiem jedno: lekko nie jest. Zarabiać trzeba. Dziecko to jest człowiek, który ma swoje prawa - tak, prawa, np. do stworzenia zaspokajającej elementarne poczucie bezpieczeństwa więzi z matką oraz z ojcem, choć z nim na innych zasadach. 

Dobrze by było, gdyby każda mamusia uświadamiała sobie, że to jest dziecka prawo - nie przywilej, nie prezent, który ona mu daje - PRAWO. Bo bez stworzenia takiej więzi mały człowiek nie ma szans na prawidłowy rozwój. Taka jestem mądra, bo zamiast w bardzo postępowym Kongresie Kobiet, uczestniczyłam parę razy w jakże zachowawczej (ojej, ojej!) Konferencji "Mądre Wychowanie", gdzie doświadczeni w pracy terapeutycznej eksperci dość dokładnie wyjaśnili zebranym znaczenie więzi dla rozwoju dziecka, a także daleko idące negatywne konsekwencje powstałych we wczesnym dzieciństwie zaburzeń tejże. 

Okazuje się, że nie chodzi tylko o radosne dzieciństwo, lecz o całkiem poważne umiejętności społeczne - lub ich brak - całkiem dorosłych obywateli. Polecam szczegóły:


Linki wzięłam ze strony Internetowego Uniwersytetu Mądrego Wychowania http://moodle.iumw.pl/mod/page/view.php?id=2205, gdzie udzielam się osobiście:) Myślę, że się Uniwersytet nie obrazi, zapraszam zresztą na świetne kursy dla rodziców tam prowadzone. 

Reasumując: dla mnie taki stosunek do własnego dziecka to jest stosunek zaburzony. Wiem, radykalne postawienie to sprawy, ale moje osobiste. Żal tego dziecka. Już niech ta matka idzie do pracy, w końcu zostawienie dziecka z ojcem na część dnia to opcja najlepsza z najlepszych w tej sytuacji. Tylko niech ona nie głosi dumnie wszem i wobec, że ta więź staje się zbyt silna i że musi ją przerwać, aby się jeszcze silniejsza nie stała, bo to już będzie po prostu nie do zniesienia. Może i ona będzie spełniona i szczęśliwa, może i syn będzie ją w przyszłości podziwiał, że taka silna i ambitna. Na pewno będzie się musiał uczyć tworzyć związki od podstaw dopiero w dorosłym życiu. Z przyszłą żoną i z dziećmi. Jeśli zechce je mieć.

Koniec. Dość.10.43.



piątek, 15 listopada 2013

Torba bardzo na czasie:)

... z cyklu "Co w szafie piszczy?"

 

A oto i ona:



Z motywem kwiatowym!


Z niezwykle wygodną rączką!


Doskonała na wypad z dzieckiem do przychodni!

Szyję mamusi chroni przepłacony komin w kolorze morskiej toni z niezwykle modnej sieci sklepów polskich o kusząco-myląco-obco brzmiącej nazwie - wiek 5 lat, cena 25 złotych (chyba:).

czwartek, 14 listopada 2013

Best of the best - wygodnie

... z cyklu "Co w szafie piszczy?"

 


Zaparłam się i naprawdę zrobię zdjęcie wszystkiemu, w czym wychodzę przez okrągły rok, aby sprawdzić, czy uda mi się nic nie kupić i jednocześnie nie powtórzyć dokładnie takiego samego zestawu ciuchów. 


Trudno nie mam, bo rzadko wychodzę, ale ubrań też w szafie niewiele. 

Wczoraj po ciemku chodziłam, więc fotka "z wewnątrz" jest:



W zasadzie to samo mam na sobie, co w niedzielnym wpisie, tylko zamiast niezbyt lubianego pomarańczowego sweterka jest ulubiony dziewięcioletni golf gruby i ciepły.




I dlatego kurtka nie wymaga wcale żadnej chusty, szala ani niczego takiego. Co mnie cieszy:)

Jest to zestaw bardzo ulubiony mój, gdyż: po pierwsze kozaki na wysokich koturnach dają złudzenie elegancji, no w każdym razie nie wygląda się sportowo, ale jeszcze na luzie. Po drugie dżinsy są wąskie i rozciągliwe, a ponadto mają wysoki (naprawdę) stan, więc trzymają na miejscu brzuch, który, co tu kryć, troje dzieciąt wynosił, więc wiadomo:). Po trzecie golf, jak już kiedyś o nim pisałam, dobrze wykańcza górę kurtki i nie trzeba niczego motać wokół szyi, co bardzo ułatwia szybkie oraz dyskretne wychodzenie z miejsc, gdzie się jest z kurtką zdjętą, a musi się ulotnić, co miało miejsce wczoraj dokładnie. Po czwarte kurtka niezbyt sportowa, średnio elegancka, dość ciepła, niegniotąca i w ogóle przyjazna w noszeniu.




No to cześć!


środa, 13 listopada 2013

Jeszcze niedzielnie

... z cyklu "Co w szafie piszczy?"

 


Jakoś tak nie było miejsca na wrzucenie tu tego, w czym chodziłam po świecie w niedzielę, więc dopiero dziś. A dziś środa.




Bo dzień wcześniej, w sobotę, też się włóczyłam poza domem:), co w tych czasach jest dla mnie istną rozpustą, ponieważ Dziecię wietrzę u siebie na podwórku, gdzie chadzam po domowemu, czego nie uznaję za ubranie, ale już to kiedyś tłumaczyłam, zatem nie będę się powtarzać:)

Jak ja lubię takie zdania układać, jak to wyżej. Prawda, że śliczne? A jeśli zachodzi potrzeba, to mogę i dłuższe, co mi tam!




Do rzeczy. Jak zwykle o tej porze - listopad - jestem w mojej sztruksowej kurtce przejściowej (7 lat), która ma wystarczająco uniwersalny charakter, aby dało się jej użyć i w luźniejszym, i umiarkowanie eleganckim zestawie. No i nie zmarznąć, co ważne. Nie wiem, jak ona to robi, ale mimo dość intensywnego używania przez tyle lat (pomijając ostatni rok, który spędziłam na kanapie) w ogóle się nie niszczy. Czasem to sobie nawet perwersyjnie wyobrażam, że się wytarła, przetarła, ogólnie rozlazła i nie mam innego wyjścia, tylko kupić sobie nowe odzienie. Niby i bez tego mogę kupić, ale zawsze jest coś ważniejszego, wiadomo. 

Dżinsy, jak dżinsy, spisują się od kilku lat przez okrągły rok, więc nie ma się nad czym rozwodzić. Świetnie mieszczą się w kozakach - tych samych wygodnych na kauczuku od 5 lat.

Istotna jest chustka - bo gnieciona, a to dla kogoś, co nie potrafi malowniczo zaplątać tego wokół szyi, bezcenne. Się toto zawija i już. Samo jest. Kosztowała jakieś 6 złotych (słownie: sześć) i wcale nie rozchodzi się w rękach, na co wskazywałaby cena. Mam ją od roku, czyli nabytek z gatunku "najnowsze":)




No i pod spodem dość okropny pomarańczowy sweterek, co to został jakieś cztery lata temu zakupiony w sieciówce za kilkadziesiąt złotych (chyba z 60, o ile dobrze pamiętam). Urzekł mnie kolor i to był błąd. To znaczy nie kolor był tym błędem, ale gatunek. Obchodzę się jak z jajkiem, piorę w najlepszym płynie, w ręcznym i wełnianym programie pralki, suszę rozłożony na suszarce i nic. Z każdym użyciem wygląda na coraz bardziej zużyty, co mnie denerwuje, bo chociaż niby taka jest kolej rzeczy, że jak się ich używa, to się zużywają (ha!), ale jakoś wiele innych swetrów moich i Męża tak się nie zachowuje i mimo dłuższego stażu wyglądają na młodsze od tego o połowę, a niektóre nawet na prawie nowe.
Jeszcze wrzucam go pod kurtkę, jeszcze od biedy do pracy da się wyjść, ale już niedługo, niedługo...

I biały golf "ratunkowy", który pełni w szafie raczej funkcję pomocniczą, niż samodzielną. Też z sieciówki, też ma kilka lat - jednak starszy od sweterka - i jeszcze trzyma fason. Był już pod tą samą kurtką jako ratunek przed koniecznością wiązania chustki tu.

Do tego torba długowieczna i wielka - akurat do dżinsów. Zrobiona z recyklingowanej plandeki tirowej, a pasek z samochodowych pasów bezpieczeństwa. Robi je firma, która fasony co prawda powtarza, ale wzorów już nie, bo się nie da. I to jest fajne.

wtorek, 12 listopada 2013

W moim domu nie szanuje się książek

... z cyklu "Dyrdymałki"

 

Nie dotykaj, bo pobrudzisz! Ostrożnie! Nie rusz, po co ci ta książka, i tak nie umiesz czytać! Odłóż na miejsce! No i jak ta półka teraz wygląda? Poukładaj te książki według wielkości i nie rób w nich więcej bałaganu! Ooo! Podarłeś! Więcej nie dam ci już żadnej książki! 

 

Przecież książki trzeba szanować! 


To nie wandalizm
To efekt samodzielnego i z wielkim zaangażowaniem "czytania" z pamięci przez dwójkę Starszaków moich + samodzielne przewracanie stron:)


Podoba ci się książeczka? Tak, właśnie tak przewraca się strony... Oj, nie szkodzi, skleimy taśmą. Najpierw wytrzemy rączki z jabłuszka... Proszę, można oglądać. Pięknie czytasz! I jak ładnie pomalowałeś te obrazki! To nic, kupimy drugą, czytaj śmiało. A co tu tak popodkreślane? Najśmieszniejsze fragmenty, mogę spojrzeć? Tam, gdzie te zagięte rogi? To dobrze, łatwiej znajdę.

Jeśli tylko książka jest własnością Dziecka, może z nią robić, co zechce. Książka nie jest w moim domu relikwią. Książka służy do czytania. Oglądania. Notowania na marginesach. A nawet do zaginania rogów, jeśli taka potrzeba właściciela. Bo to wszystko świadczy o prawdziwym, żywym i bardzo myślącym kontakcie czytelnika z książką.  Zacieśnia więzi.

I dlatego egzemplarz "Brzechwy dzieciom" w naszym domu tak właśnie wygląda. Bo to książka "przejściowa". Czyli taka, co to treść ma odpowiednią do wieku, gdy dziecko już rozumie i uwielbia te wiersze, ale jeszcze nie bardzo potrafi samodzielnie kartki cienkie przewracać. A im mniej potrafi, tym więcej przewraca. Samo. Z widocznym powyżej skutkiem. 

A ja nie zamierzam dziecku w tym przewracaniu wcale przeszkadzać. Bo w moim domu książek się nie "szanuje". W moim domu książki się czyta. O książkach się rozmawia. I na kanapie, i podczas posiłku przy stole. Co chwilę ktoś się zaśmiewa. I co chwilę ktoś inny pyta, z czego. I czasem się książkę pobrudzi, pochlapie. Co z tego? Jeśli własna, to nic. Gdy wypożyczona, to nigdy brana do stołu. 

"Szanowanie" książek polegające na stawianiu ich w roli relikwii na ołtarzu regału to nie dla mnie. Nie dla moich dzieci. Niech czytają, niech przewracają, niech notują, podkreślają i nawet rogi (choć serce boli) zaginają. Nie zamierzam im tego zabraniać. 

Bo gdy już te książki tak na zabój pokochają, to same zaczną je jak świętości traktować. A póki co, dobrze jest jak najbardziej skracać dystans. Między dziećmi i książkami. Reszta sama przyjdzie. Sprawdzone.

Reasumując: jeśli widać, że to, co małe dziecko robi z książką, nie ma na celu jej zniszczenia, a jest jej adekwatnym do wieku "używaniem", należy mu pozwolić to robić. Nawet wtedy, gdy w efekcie książka ulegnie zniszczeniu, nawet gdy rozpadnie się na strzępy. 

Pod jednym warunkiem - powtarzam - gdy darcie kartek nie jest dla dziecka celem samym w sobie, lecz jedynie "skutkiem ubocznym" obcowania z książką rączek niewprawnych w przewracaniu stron. Co więcej, zabranie tak zaangażowanemu czytelnikowi książki poskutkować może w jego umyśle jak najgorzej pojętym "szacunkiem" - dystansem: książki nie są dla mnie, nie umiem się z nimi obchodzić. 

W starszym wieku, kiedy ręce dziecka być może będą w stanie bezszkodowo przewracać strony, pewnie nie będą już chciały. Bo wcześniej nabrały dystansu i niezbyt dobrych skojarzeń. 

Niektórzy co prawda rodzą się czytelnikami i nic nie jest w stanie ich do książek zniechęcić, ale to niektórzy. Większość z nas na czytelników trzeba było wychować. Przez czytanie dzieciom - a nie przez zmuszanie do czytania dzieci. Przez stwarzanie okazji do bycia sam na sam z książką - nie przez wpajanie źle pojmowanego "szacunku", czyli dystansu (nie dotykaj, bo pobrudzisz!, uważaj!, za mały jesteś! nie potrafisz!). Przez budowanie jak najlepszych skojarzeń niemalże od urodzenia - a łączenie negatywnych bodźców z książką dobrych skojarzeń nie zrodzi. 

Powiem więcej. Uważam, że nawet w sytuacji, gdy małe, nierozumiejące wiele dziecko, celowo niszczy książkę, należy mu ją jedynie zabrać, podsuwając w to miejsce zabawkę, na której może się wyżyć. Nie powinno się go za niszczenie książki karać. Ponieważ najsłuszniejsza nawet kara spowoduje niechęć do przyszłych książek. Tak rozumuję po obserwacji dzieci ukaranych słusznie za celowo popełniony zły uczynek. Po analizie zachowania dorosłych - przecież nie lubimy ludzi, którym zrobiliśmy coś złego i słusznie ponosimy konsekwencje. Wiemy, że nam się te konsekwencje należą i przyjmujemy, że źle postąpiliśmy, ale i tak nie lubimy obiektu, który doznał od nas krzywdy, prawda?

W przypadku książek i niszczących je (nawet celowo) dzieci może być tak samo. A stawka jest zbyt wysoka. Bo tu nie chodzi o ten jeden konkretny egzemplarz, czyli trochę papieru, tektury i farby drukarskiej. Tu chodzi o CZYTANIE. I jeśli dzieciak ma znielubić książki i z tego powodu w przyszłości NIE CZYTAĆ, to już ostatecznie jestem nawet skłonna złożyć na ołtarzu przyszłych zysków (CZYTANIA) te kilka podartych (nawet celowo) egzemplarzy. Gdy zawiodą inne środki, czyli podmiana niszczonej książki na zabawkę do wyżycia cię, tłumaczenie itp. 

A na marginesie: celowe wyżywanie się na książkach polegające na darciu ich i ogólnie niszczeniu to jest wg mnie wyraz jakiejś skrywanej przez dziecko frustracji, objawiającej się agresją wobec książki - bo wobec na przykład ludzi ta agresja jest tłumiona w obawie przed konsekwencjami. I tym należałoby się zająć - przyczynami frustracji rodzącymi u dziecka agresję. Bo zajadłe i celowe niszczenie Bogu ducha winnych książek to może (choć nie musi) być objaw głębszego i poważniejszego problemu.

CZYTANIE natomiast - CZYTANIE z własnej woli, z radością, z zaangażowaniem, z miłością do książek - prędzej czy później (raczej prędzej:) poskutkuje umiejętnością myślenia, bogatą wyobraźnią, empatią, właściwym systemem wartości, umiejętnością selekcji informacji, większą wiedzą, szerszymi horyzontami, niedawaniem sobą manipulować ani się omamić. 

Dziecko stanie się kiedyś dorosłe. Dobry świat to świat zaludniony przez ludzi odznaczających się takimi jak powyższe cechami. Dominacja ludzi bez wyobraźni, samolubnych, egoistycznych, za nic mających system wartości, etykę, słowem bliźnich - to piekło, które trudno sobie wyobrazić.

Powie ktoś, że przecież bywają miejsca bez książek, gdzie całkiem niedawno królował analfabetyzm i mimo to trudno porównać je do piekła. Tak. To miejsca, gdzie żyli ludzie nieznający alfabetu, bez dostępu do książek. Warto jednak mieć na uwadze, że dawniej, a pewnie i dziś, w takich miejscach literatura (!) istnieje w formie mówionej, w formie opowieści ustnych, które są przekazywane z pokolenia na pokolenie i w ten sposób starsi formują umysłowość, wrażliwość i system wartości młodszych. A wszystko różni się tylko "nośnikiem" - w jednym przypadku to zadrukowany papier, w drugim słowo mówione. Które i dziś coraz częściej wraca do łask - ja lubię audiobooki:)

Więc doprawdy, handryczenie się o pojedyncze potargane przypadkiem albo i nie egzemplarze to chyba zbytnia małostkowość.





Książka zawsze jest najlepszym prezentem - to na pół roczku:)

poniedziałek, 11 listopada 2013

Święto Niepodległości...

...świętem osobistej wolności! - czyli nie gotuj obiadu, kup mrożonkę!:)


Tak naprawdę to zapasy na cały pracowity tydzień:)

A będziesz mieć czas na wyższego rzędu przyjemności:

Zdjęcie po fakcie, więc kawa wypita już:)

Ręka do góry, kto w mijającym tygodniu (miesiącu/półroczu/roku)* tzn. niepotrzebne skreślić:) przeczytał cztery... trzy... dwa... no chociaż jeden wiersz? Ja nie. Odkąd nie chodzę do pracy, wiersze widuję - nie czytam. Widuję - znaczy przebiegam wzrokiem, jak mi się na oczy nawiną w gazecie albo w jakiejś książce. Na przykład tej, którą mam już od kilku miesięcy. To co, że cegła. Jak wiersze wszystkie, a poeta dożył twórczo dziewięćdziesiątki z okładem, to cegła.

No więc spora to przyjemność, spokojnie wziąć do ręki poezji tomisko i niespiesznie zerkać to tu, to tam, podczytywać po wersie, po zwrotce, po utworze...

Normalnie, przy karmieniu dzidziusia, przy jedzeniu to się raczej prozę czyta, prasę dobrą, w której trafia się i publicystyka na literackim poziomie - tak, tak, istnieje taka prasa:) Normalnie właśnie takie rzeczy, ale już wiersze... Bo do nich nie da się tak z doskoku. Przynajmniej ja nie umiem. Zresztą to się trochę mija z celem, bo poezji nie czyta się "informacyjnie", jak publicystyki, a nawet i prozy literackiej. Do poezji trzeba się przysiąść jak do najlepszego deseru. A najlepiej połączyć ją z dobrą kawą, ciasteczkiem i przynajmniej kilkoma chwilami absolutnego spokoju. 

I mnie się to udało dziś po obiedzie. Dzięki temu, że Święto Niepodległości, Mąż w domu, Dzidziuś z nim, to ja hulaj dusza! Do garów - radośnie. Dziwne? Nie. Gotowałam bigos. Nie żebym specjalnie umiała. Chodzi o to, że ja uwielbiam gotować bigos. Lubię, jak mi kiszona kapusta w garnku bulgoce, jak białą kroję, podsmażam kiełbasę i mieszam ją z mięsem. Ostatnimi czasy krucho u mnie z czasem na kuchnię, stąd te mrożonki na pierwszej fotce, więc taki dzień, kiedy mogę bez strachu, że mi się Małe rozwrzeszczy, rozłożyć się z garami i poczuć ciut bardziej domowo, no więc taki dzień jest wielką rzadkością i dlatego bezcennym LUKSUSEM.


W połowie zjedzony...

Aha! ... to jest z cyklu "Dyrdymałki" albo "Uroda życia", a może i "Czytam sobie"

I "Gotuję sobie" też:)

niedziela, 10 listopada 2013

Zakupy

... z cyklu "Co w szafie piszczy"

 

Nie, nie będzie to wpis o sobotnich zakupach w galerii. Znaczy nie kupowałam ciuchów. To będzie zapis kolejnego dnia, kiedy wychynęłam poza własne podwórko i udałam się na zwykłe, nudne zakupy domowe, aby w ten przedłużony weekend nie zabrakło żadnego dobra w naszej lodówce i spiżarni:)

 

No więc tak: przez cały dzień zimno, ciemno, ponuro i leje. Normalnie to ja taką pogodę lubię. Jednak od czasu do czasu przy tak niskim ciśnieniu dopada mnie migrena. A wtedy albo uda mi się ją zdusić w zarodku, zanim na dobre się rozkręci, albo nie istnieję w świecie żywych przez trzy dni. Wczoraj udało mi się to połowicznie. Dlatego wybrałam się do pewnego wielkiego sklepu, by jak najszybciej nawrzucać do wózka jedzenia.




Na siebie natomiast narzuciłam to, co było miękkie i elastyczne (polarowa bluzka na spód), ciepłe i z kapturem (polarowa bluza na wierzch) oraz nie wymagało żadnych przygotowań typu prasowanie, dopasowywanie itp. (wielokrotnie już pokazywane wąskie dżinsy - jedyna konkretnie ometkowana rzecz na mnie). Buty kupiłam sobie kiedyś, że niby będę w nich biegać, choć nie są do tego przeznaczone, ale nie są też wizytowe, ale truchtać się w nich trochę da, no i da się je też włożyć tak normalnie do dżinsów i iść.

Zgodnie z tym, co ta "odnoga bloga" ma na celu, napiszę teraz, ile co ma lat i ile mnie kosztowało. 

Otóż dżinsy mają chyba ze 4 lata, kosztowały 150 zł po przecenie. 

Za ciemnobrązową bluzkę polarową pod spodem dałam jakieś 3 lata temu dokładnie 9,99 zł w Decathlonie - to była promocja tego konkretnego koloru. Oprócz brązu był też neonowy róż, takiż żółty oraz biały - po 30 złotych! Ja nie wiem, jak kto, ale wg mnie to ten brąz był kolorem najsensowniejszym, a trzech dych bym za tę bluzeczkę nie dała. A jest świetna - jak latem idę w trochę wyższe góry, zwijam ją w rulonik i w ten sposób prawie nic nie waży i prawie nie zabiera miejsca w plecaczku. Do tego biorę zwiniętą w przewieszoną przez głowę torebeczkę 20 cm na 10 kurtkę przeciwdeszczową i nic mnie nie rusza. Bluzka jest bardzo cienka i bardzo ciepła.

No a polarowa bluza w kolorze kawy z mlekiem i z ciemnobrązowym dnem kaptura kupiona chyba z 8 lat temu w jakimś "cash and carry" za niecałe 30 złotych. Nie używam bardzo często (ale też nie przesadnie rzadko), więc nieźle się trzyma.

Buty z tego samego miejsca, ale to już aż 70 złotych. Bez groszy, wiadomo - takie ceny są:)

A więc ciepło otulona i skutecznie zakapturzona ruszyłam z moją 7-letnią torbą HO::LO (160 zł - przyznaję się bez bicia:) w teren, abyśmy do wtorku z głodu nie umarli. 

Niektórzy lubią się do galerii wystroić. Ja także, ale nie wtedy, gdy mam wypełnić sklepowy wózek jedzeniem. Noszenie - jak by napisała "rasowa blogerka modowa" - "stylizowanego seta":) wymaga jednak kondycji zarówno psychicznej (a u mnie ból głowy), jak i fizycznej (jakieś obcasy, żakiety, spódniczki wąskie itp.).




I dlatego ciężkie czasy dobrze jest przeczekać w takim ciuchowym schronie:))

czwartek, 7 listopada 2013

Lektury "półroczniaka"

... z cyklu "Czytam sobie", a właściwie "Czytam dziecku"



Oto one - książki mojego Dzidziusia, które aktualnie są "w użyciu". I to dosłownie. Niedawno pisałam na blogu o pierwszej książeczce mojego dziecka i kryteriach jej wyboru, a dziś...

Sami widzicie - jest ich całkiem sporo. Jak na sześciomiesięcznego czytelnika, oczywiście.

 



Nowo kupiona jest ta o małej kaczuszce. Reszta to spadek po starszym kuzynostwie. Świetnie się sprawdzają, tzn. potrafią naprawdę sporo zabiegów "czytelniczych" wytrzymać i prawie wcale tego po nich nie widać:)

Z obserwacji. Taka książka na przykład to dobrze, jak ma formę ciut udziwnioną. 


Jak ta pt. "Jesienny dzień".


Albo ta z zegarem - "Pierwszy dzień w szkole".


Zegar ciągle w użyciu, co widać po jego wskazówkach:)


"Jesienny dzień" ma dziury w różnym kształcie i na razie moje Dziecko tych dziur się boi i nie chce robić "a kuku", za to bardzo lubi wodzić paluszkami po okładce, kiedy książka jest złożona i ta okładka nie jest płaska, tylko "wyboista". 


Tę przestanę czytać, gdy Dziecko zacznie więcej rozumieć, bo ciut dyskryminująca, ale na teraz ma świetne obrazki i dobry rytm

To jest tak, że Najmłodszy Czytelnik chce mieć czytaną jedną książeczkę jeden raz dziennie. Najlepiej po zjedzeniu swojej kaszki i popiciu mleczkiem mamy tuż po wstaniu z łóżeczka po swojej pierwszej dziennej drzemce. Uwielbia być na kolankach i już po przywitaniu książeczki języczkiem i nowo wyrosłymi ząbkami zamienia się w słuch. I wzrok. Bo patrzy pilnie na wszystko, co się przy czytaniu dzidziusiową rączką pokazuje. A to krówkę (+ przeciągłe Muuuu!), a to żabkę (+ jakże przekonujące Re re kum kum!), a to owieczkę (i tu pojawia się problem, czy owieczka robi Mee czy Bee - zdania w rodzinie podzielone, ale kto czyta, ten ma władzę, więc robię Meee!). I tak dalej... Zwierzątek w książeczkach pod dostatkiem.


No więc na początku (w wieku trzech i pół miesiąca) Dziecię wg mamusi nie wykazywało tak pożądanego zainteresowania książeczką, tylko się na nią gapiło. I dlatego mamusia (czyli ja) postanowiła Dziecię wdrażać w nieco bardziej aktywny kontakt z lekturą. Czyli pokazywać małą rączką żabkę (re re kum kum), kurkę (ko ko dak), kotka (miauuuu), pieska (hau!) i inne takie. Rączka za posłuszna nie była i machać tylko chciała, więc pokazywanie było w rzeczywistości stukaniem piąstką w różne miejsca na tekturowych kartkach. 

Zwróćcie uwagę na rękę:) syrenki i jej wizerunek Barbie:)

 A dziś... Dziś, a ściślej do wczoraj, czytająca mama nadziwić się nie mogła, co też temu Dziecku dolega, że na widok książki zaczyna bić ją bez opamiętania, krzycząc i zawodząc w sobie tylko znanym języku, aczkolwiek z dobrze słyszalnym entuzjazmem. A już zwłaszcza wtedy, gdy zaczyna czytać mama. Jakby starało się mamy głos zagłuszyć. Wczoraj doszło do mnie, że przecież Niemowlę moje tak sobie CZYTA. Naśladuje dokładnie to, co robiliśmy razem przez te z górą dwa miesiące. Ja głośno - ono głośno. Ja rączkę na obrazek naprowadzam i stukam nią kilka razy, żeby dotarło, gdzie kotek, a gdzie kaczka - i ono tak samo. 

Stosik czytelniczy Najmłodszego Członka Rodziny - pod stolikiem do kawy. Z boku widać fragment mojego:)

Teraz czytamy równolegle. Dziecko startuje równo ze mną i tak codziennie jeden raz  jedną książeczkę. Inne też są w obrocie, ale w grę wchodzi "tylko" oglądanie. I na widok książeczek tych moje Dziecko, moja duma, zaprawdę, wypuszcza z rąk wszystkie zabawki, wyciągając je ku temu, czym lubi się bawić najbardziej - ku książeczkom! 
Starsze moje też tak robiły, ale już zapomniałam, bo to dawno było. Mówię Wam, strasznie fajne to uczucie, kiedy dziecko tak od małego do książek się uda przekonać. 

Te dopiero na nas czekają - i doczekają się! Już niedługo!


A gdy się już raz dziecku książkę da do ręki, nie tak łatwo mu ją z niej wyjąć, nawet gdy już za duże na stronice tekturowe, a za małe na te z cienkiego papieru. 

O tym, jak to się potem kończy, następnym razem:))