poniedziałek, 31 marca 2014

W krzywym lustrze telefonowego obiektywu

...z cyklu "Co w szafie piszczy"

 

Przez cały tydzień kamuflowałam się w czterech ścianach, udając przed wszechobecnymi pyłkami drzew, że mnie nie ma, że w związku z tym nie mają u mnie czego szukać, ponieważ ja po prostu nie istnieję. Średnio mi się to udało, pyłki głupie nie są, szósty zmysł mają i, mimo desperackich mych wysiłków, mnie znalazły. I dwa dni z życiorysu wycięły. Są gorsze nieszczęścia, ale i tak trudno się z tym żyje. 


Nie wyobrażam sobie tylko, jak będzie wyglądało moje życie, gdy już trzeba będzie dzień w dzień domowe pielesze opuszczać, by do pracy się udawać w celu zarobkowania na życie, jak również na emeryturę. Chociaż z wiarą w to drugie bym nie przesadzała, takie tam obiecanki-cacanki z gatunku gruszek na wierzbie, wszak wystarczy jedna inicjatywa dziarskiego a pomysłowego ministra w wieku grubo przedemerytalnym, abym w majestacie ustawy ustanowionej przez przeze mnie przy pomocy kartki i urny oddelegowanego na Wiejską ustawodawcę z dorobku życia okradziona została dajmy na to na rok przed domniemaną emeryturą, czyli, powiedzmy, w wieku lat stu siedmiu. I nic to, żem troje podatników na świat wydała - jakem wydała, to niech matkę staruszkę utrzymują, własnym potomkom i sobie od ust odejmując i bez możliwości odkładania na emeryturą swoją pozostając, bo i z czego?

Się wypuściłam w rejony od szafy odległe, ale nic nie szkodzi, bo i tak nie ma o czym pisać, sami zresztą zobaczcie: nic nowego pod słońcem - dosłownie, bo świeciło wczoraj jak głupie, a po tym świeżym, krzepiącym niektórych powietrzu tylko przemykałam, aby się go za bardzo nie nawdychać. 

No i tak - posiłkując się słynnym na całą Polskę, a może i na co więcej:) - określeniem, niniejszym na użytek tego konkretnego wpisu wprowadzam własne, równie dobre, a może nawet lepsze, kto wie:))) 

Szanowni Państwo, oto - nie po raz pierwszy (i pewnie nie ostatni) na ekranach - "Look of the week"!!!


Jako że zestaw ten pojawiał się tu już nie raz i nie dwa, zainteresowanych, o ile są jeszcze tacy, zapraszam w to oto miejsce, gdzie pod pierwszym zdjęciem w ogóle i w szczególe napisałam, co w szafie piszczy:)

Niektórzy mają w niedzielę swój "Look of the day" - w moim krzywym obiektywie telefonu - "Look of the week":( Taki gorzki żart - jakby kto pytał:(( I ogólnie mimo wiosny tak jakoś marnie jest:(((

Pozdrawiam!

piątek, 28 marca 2014

Grochówka wegańska(?) albo Brzechwy filozofia przeznaczenia

...z cyklu "Gotuję sobie"

 


No! Dziś to naprawdę popłynęłam:) Normalnie zupę ugotowałam! O ósmej rano! Nie z mrożonki! Dacie wiarę? Ja! Ha ha!


I tak się zastanawiam, jak by tu efektownie (i efektywnie:) wpis zatytułować - co dziś kulinarnie modne jest? Wszystko już było, wszystko się przejadło... Dobra, raz kozie śmierć - stawiam na weganizm. I mam nadzieję, że nie przyłożę kulą w płot. Jakby co, to ratujcie.

Wegańskie znaczy bez mięsa i bez produktów pochodzenia zwierzęcego? Jeśli tak, to moja grochówka taka właśnie jest. Jeszcze jest. Czeka w garnku na porę obiadową. Jeśli nie jest - poprawcie mnie.

A dlaczego ta zupa nie z mrożonki i czemu zimowa w klimacie grochówka? A bo Dziecię miewa coraz większe pokłady cierpliwości dla matki ekscentrycznych zachowań typu pranie, sprzątanie, gotowanie i nawet znad krawędzi kojca do działania zagrzewa, pokrzykując na mnie dziarsko oraz z zainteresowaniem obserwując moje kuchenne harce.

A grochowa, bo przednówek przecież dopiero, nie wiosna, a to znaczy, że "przed nowym" jeszcze jesteśmy i nie ma się co wygłupiać, że sałata, rzodkiewka, szczypiorek i takie tam... No, chyba że ten szczypiorek sobieśmy na parapecie uhodowali "slołfudowo" - a jakże:) Groch natomiast, cebula, korzeń marchwi, pietruszki, selera - z zeszłego roku pochodzą i spokojnie, bo tanie są. Nie wspominając o tym, że zdrowsze od "nowalijek".

Dość gadania, do gotowania!

Z tego sobie ugotowałam: pół paczki grochu łuskanego (szybko się gotuje i nie trzeba namaczać), ćwiartka selera (a to feler!), dwie rachityczne pietruszki, z których każda blada, chuda, spać nie może), trzy niewielkie, za to krewkie, marchewki, jedna spora cebula, której nie powiem: niech no pani prędzej zmyka!, bo zdrowa i smaczna w zupie, a także kawałek pora i olej rzepakowy - zamiast wędzonki. Tak mi się mięsne dodatki do kanapek przejadły w trakcie karmienia niemowlaka, że teraz unikam, kiedy tylko jest okazja.

Wstawiłam około 4 litrów wody i przystąpiłam do krojenia jarzyn. Na pierwszy ogień cebula - dość drobno, aby zginęła w zupie:)

Reszta obrana i opłukana czeka na ociekaczu, nie kłócąc się wcale:) W każdym razie ja niczego nie słyszałam:)

Dwie marchewki kroję na pół, a potem jeszcze raz na pół i na plasterki.

Woda się zagotowała, więc wrzucam pół paczki grochu (jakieś 25 dkg). I tak patrzę, że ten mój archaiczny telefon z małym wyświetlaczem, żaden tam smartfon, zrobił groszkom fotki w locie i ich nie rozmazał. Szacun po prostu:) A groch będę odtąd co kilka minut mieszać.

Przyszła kolej na pietruszkę. Ją tylko na pół przekroiłam, bo krzywa i chudsza od marchwi. Potem w plasterki.

Z selerem to samo, tylko przed plasterkami musiałam zrobić coś na kształt paluszków, żeby wyszły nie za duże kawałki.

Por też na pół, jeszcze raz na pół i na plasterki.

Wszystko to z deski zrzucałam do miski i teraz trę tę trzecią marchewkę na tarce - dla koloru zupy i dla konsystencji.

No i teraz proszę Państwa, hit sezonu! Nać pietruszki i nać selera we własnej - cokolwiek podwójnej:) - osobie! Slow food jak się patrzy - bo i prawdziwe, nie chemią faszerowane, i samodzielnie przez Tatę na działce wyhodowane. A następnie zebrane, opłukane, osuszone, posiekane i zamrożone błyskawicznie na sypko. Każde w dwa woreczki szczelnie zapakowane, dodatkowo w jeden większy zawiązane, a następnie jeszcze w reklamówkę wciśnięte - aby tylko w zamrażalniku woni nie roztaczało na wszystko pozostałe. Prawda, że dobre? Może nie nowalijki, ale - jak już mówiłam - dopiero przednówek, nie wiosna.

Dostałam, bo mam fory. Mam fory, bo mam malutkie dziecko i w lecie też miałam. W ogóle sporo dostałam i nadal dostaję. Jest dobrze.

Trzy łyżeczki pietruszki i jedną selera (trzeba znać miarę przy tym panu:) dorzuciłam do miski z poprzednio pokrojonymi jarzynami. Jeszcze chwila i dotrzymają towarzystwa grochowi. Przyznacie, że Brzechwa miał fantazję - okrutna filozofia przeznaczenia wyłożona w jakże przystępny sposób słuchającym dzieciom oraz głośno im czytającym rodzicom:)

Wnet i tak zginiemy w zupie:(

Około dwóch "na oko" łyżek stołowych oleju rzepakowego.

Cztery kulki ziela angielskiego, łyżeczka majeranku, na czubek łyżeczki papryki słodkiej, pół łyżeczki czosnku granulowanego (albo wg uznania - daje zapach wędzonki), listek laurowy, łyżeczka ziołowego pieprzu i dwie lub trzy płaskie łyżeczki soli - taką ilością takich przypraw doprawiam te wyjściowe cztery litry wody plus ćwierć kilo grochu i trzy czwarte miski jarzyn.

Doprawione, zagotowane. Teraz jeszcze jakieś pół godzinki, aż groch zmięknie. Co jakiś czas zamieszam od dna. Aha, nie daję ziemniaków. Za dużo roboty - po pierwsze. A po drugie - Druga Połowa woli bez i to jest mój dowód miłości: robię bez:)))

Gotowe!

Zasłużyłam na herbatkę:)

Pora obiadu:)

I pomyśleć, że kiedyś było to danie z gatunku "szybkie", gotowane w sobotę między sprzątaniem kuchni, łazienki oraz między trzecią a czwartą pralką:)

czwartek, 27 marca 2014

Wnętrze minimalistyczne. Plan. Praktyczne porady

...z cyklu "Slow Homing"

 

Wnętrze minimalistyczne. Plan. Praktyczne porady  

Na wnętrze dobrze mieć dobry plan. I dobrze się go trzymać. Niedobrze się do niego niewolniczo przywiązać. Dobrze go z rozmysłem korygować. Z rozmysłem nie znaczy pod wpływem chwilowych fanaberii, olśnień, wrażeń doznanych podczas wizyt w sklepach, pod wpływem oglądania pism wnętrzarskich (przydatne tylko w celu racjonalnego inspirowania się) albo wizyt u luksusowo (na pierwszy rzut oka) urządzonych znajomych. Nie mamy pojęcia, jak mieszka się znajomym, a w sklepach i wnętrzarskich stylizacjach nikt w ogóle nie żyje.


Minimalistyczna filozofia urządzania wnętrz zakłada posiadanie minimum przedmiotów. To znaczy minimum mebli, minimum ozdób (o ile w ogóle), minimum sprzętów i wszelkich pozostałych artykułów wyposażenia wnętrz.

Moja filozofia luksusu dokłada do tych założeń maksimum zastosowań tego, co do minimum zostało ograniczone. W poprzednim wpisie mówiłam o optymalizacji wnętrza, które nie powinno powodować dyskomfortu, gdyż ma być azylem i miejscem, w którym możemy wieść spokojne, proste, ale i luksusowe życie, które we własnym przypadku nie przypadkiem:) nazywam My Slow Nice Life.

Zanim jednak przystąpimy do wyposażania lokum w to, co uznamy za niezbędne, dobrze jest wpierw uczynić taki naprawdę podstawowy plan. Plan zakładający kształt (dosłownie, w sensie: obrys) całej przestrzeni, którą mamy sobie stworzyć. 

Tu napotykamy pierwsze ograniczenia w postaci planu zabudowy, wielkości działki, wysokości posiadanych środków albo w postaci już gotowego, zaplanowanego i zbudowanego bez naszego najmniejszego udziału domu czy mieszkania. Czasem jeszcze mamy do dyspozycji tak zwany "stan deweloperski", który stwarza możliwość samodzielnego zaplanowania ścian działowych, choć już nie rozmieszczenia pionów wentylacyjnych (komin) i kanalizacyjnych. 

Dobry plan to plan minimalistyczny, czyli oszczędny, ale jednocześnie racjonalny, ponieważ to stanowi o naszym późniejszym luksusie.

Jak to się robi?
Racjonalna oszczędność na poziomie planowania kanalizacji w nowo budowanym domu polega na przykład na zaplanowaniu tylko jednego pionu i umieszczeniu go w ścianie, po której jednej stronie urządzimy kuchnię, a po drugiej łazienkę. W tym samym miejscu wyprowadzamy dopływ gazu - także potrzebny w obu pomieszczeniach. Dodatkowo taki układ wymusza umieszczenie pomiędzy nimi komina, który dzięki temu może być tylko jeden. Pod warunkiem, że plan poddasza także podporządkujemy warunkom parteru. A jeśli planujemy kotłownię i pralnię w piwnicy, koniecznie umieśćmy je dokładnie pod kuchnią i łazienką - to racjonalne: warto wykorzystać istniejące piony oraz umiejscowiony tam komin. 

Co zyskamy? 
Po pierwsze: oszczędzimy pieniądze na budowę tych nietanich przecież instalacji. Po drugie: kominiarzowi zapłacimy za sprawdzenie tylko jednego komina - i tak już będzie zawsze. Po trzecie: oszczędzimy miejsce, ponieważ ściana z kominem jest zwyczajnie grubsza od zwykłej działowej, a nawet nośnej. A dobrze wykorzystana przestrzeń jest w domu minimalisty na wagę złota. Dlaczego? Ponieważ stwarza możliwości, a posiadanie możliwości jest samo w sobie luksusem.

 
Dobrze jest mieć miejsce na kojec o wymiarach metr na metr w salonie plus dodatkowy metr na przejazd wózka. A tak kusiło wstawić tam "uroczą" komódkę:)

Kolejną sprawą jest obrys budynku. Nie bardzo jest o czym dyskutować, bowiem zasada jest jedna: im prostszy na zewnątrz, tym "ustawniejszy" wewnątrz. A poza tym zakamarki generują koszty, bowiem drastycznie wzrasta na przykład długość opaski odprowadzającej wilgoć, powierzchnia elewacji do wykończenia, co za tym idzie, kształt dachu (ale to inny problem) i tak dalej. Koszty rosną w postępie geometrycznym, a praktycznych zysków za bardzo nie ma. Chyba że komuś bardzo zależy na fikuśnej bryle, gdyż taki ma akurat gust. Warto jednak pamiętać, że najbardziej funkcjonalna, elegancka i ponadczasowa jest prostota.

Nie każdy buduje dom od podstaw. Większość z nas kupuje gotowe mieszkania. W tym wypadku problem z oszczędnym rozmieszczeniem pionów i komina nie jest naszym problemem, bowiem nie mamy na niego wpływu, a jeśli już, to znikomy. Tym bardziej nie dotyczy nas problem opaski wokół budynku ani liczba spadów dachu.

W obu przypadkach warto jednak poświęcić czas na wyrysowanie (przy użyciu skali, choćby najprymitywniejszej - kartka w kratkę) całego mieszkania i "ustawienie" w nim sprzętów. 

Zaczynamy od sprzętów najważniejszych, czyli niezbędnych do życia: łóżka, szafy ubraniowe, szafa biurowa (dobrze taką mieć w domu, gdyż warto w jednym miejscu gromadzić wszystkie dokumenty), kuchnia (same szafki i AGD, żadne barki, stoliki śniadaniowe itp. na tym etapie), stół z krzesłami, kanapa, biurko dla dziecka (tylko dla dziecka, rodzic może wykorzystywać stół), prysznic i/lub wanna, umywalka, miejsce do przechowywania w łazience, muszla. Na tym proponuję na razie poprzestać. Zmierzmy to, co posiadamy i zamierzamy w nowym domu umieścić, lub dowiedzmy się o rozmiar tego, co planujemy do nowego domu kupić. I "ustawiajmy". 

Kiedy uda się nam bezkolizyjnie rozmieścić wszystkie niezbędne elementy, możemy się zastanowić, czy - uwaga! - czy (nie: co?) - możemy coś jeszcze dostawić. Teraz jest pora na rozważenie, czy - a jeśli tak, to jaki - stolik kawowy. Czy - a jeśli tak, to jaka - szafka rtv (bo może lepiej zawiesić telewizor na ścianie lub postawić na komodzie z przepastnymi szufladami - wielofunkcyjność!) - o ile w ogóle zakładamy posiadanie telewizora. W dalszej kolejności "ustawiamy" szafki nocne, stół kuchenny (tylko wtedy, gdy mamy kuchnię w oddzielnym pomieszczeniu, o ile taki mebel się tam zmieści), podobnie barek między kuchnią a salonem (planowaliśmy, nie zrealizowaliśmy - zwyciężyło pragnienie przestrzeni) lampy podłogowe, biurko dla dorosłego i ... I w zasadzie nic więcej nie przychodzi mi do głowy, ponieważ sami niczego więcej w naszym domu nie mamy. A jednocześnie niczego nam nie brakuje.

Zaoszczędziliśmy naprawdę sporo pieniędzy. Iluzorycznie, bo w rzeczywistości wcale ich nie mieliśmy. Po prostu kredyt na budowę i urządzenie był o wiele, wiele mniejszy.

wtorek, 25 marca 2014

Przegląd "tygodnia", czyli dwa powody do wyjścia z domu:)

... z cyklu "Co w szafie piszczy"


Kiedy za oknem hula wiosna, a Ty masz nie-na-żarty-alergię-na-pyłki:), starasz się na przekór naturze nie znajdować zbyt wielu powodów wychodzenia z domu. Ba, wyściubiasz nos na powietrze tylko w stanie wyższej konieczności, czyli na przykład wtedy...


Kozaki opisane są tutaj, kurtka tutaj, spódnica tutaj, top granatowy tutaj, a koszula tutaj:)

...kiedy Twój Tata obchodzi imieniny, a także wtedy...

Spódnica była m.in. tutaj, szalik tutaj, torebka tutaj - w opisie pierwszego zestawienia:)

...kiedy jest niedziela i chcesz "iść" do kościoła. Cudzysłów, bo całe to "idzenie" sprowadza się do przemknięcia od drzwi domu do drzwi samochodu, a potem od drzwi samochodu do drzwi kościoła. I z powrotem.

Tak to obecnie niewesoło wygląda, ale co tam, są gorsze nieszczęścia:)

piątek, 21 marca 2014

Śląski kołocz z makiem

... z cyklu "Gotuję sobie"

 

 

Napisałam: śląski kołocz z makiem. Nie wiem, czy wiecie, że ma on status wyrobu regionalnego chronionego, co oznacza, że trzeba mieć certyfikat, aby go pod taką nazwą wypiekać i sprzedawać. Będąc cukiernikiem na przykład.


Ja na szczęście cukiernikiem, ani nawet cukierniczką:), nie jestem, więc sobie pozwalam hulać z oryginalnym przepisem, ile wlezie. W stylu SLOW COOKING - zaiste. Czyli że namaczanie, mielenie trzykrotne, ucieranie i takie tam - nie dla mnie. Czasu nie mam aż tyle. Dwie puszki porządnej masy makowej (to znaczy takiej, w której zdecydowanie dominuje mak:) wystarczą. Za to drożdżowe ciasto na spód jak najbardziej i jak najdokładniej według tradycyjnego śląskiego przepisu. Z internetu. Jakżeby inaczej:) Kilka lat temu (kiedy jeszcze miałam czas na maku moczenie, mielenie itp.) znalazłam sobie kilka, porównałam, przemyślałam i mi wyszło, że ten. Ciasto wychodzi dokładnie takie, jak najstarsze Ślązaczki robią (a wiem, jak robią, bo czasem jadam, choć Ślązaczką nie jestem:), więc powiedzmy, że mam kołocz śląski z makiem - ekspresowo. Bo się nam zachciało słodkiego, a makowce wszelkiego rodzaju uwielbiam.

A więc to idzie tak:

Rozpuszczam około 5 dkg drożdży z łyżką mleka i łyżeczką cukru, pozwalam im lekko wyrosnąć. Na to wkładam 10 dkg margaryny, 2 żółtka, 1szklankę mleka, 3 szklanki mąki, 3/4 szklanki cukru (dokładnie 15 dkg) i jakiś zapach. Wyrabiam to i zostawiam na godzinkę do wyrośnięcia.

Po godzinie lenistwa:) wykładam ciasto na blaszkę, a z reszty układam sobie takie niby to bułeczki, ale nie polecam, to ciasto nie bardzo się do tego nadaje - nie były dobre.

Masę wykładam z miski, bo ją tam wcześniej przełożyłam, aby wymieszać.

O właśnie, staram się ją wyrównać. Nawet widać w niej bakalie. Wybrałam masę bez dodatku uzupełniaczy typu: skrobia.
 
No i tu już widać mój "oryginalny wkład twórczy" - posypka żadną miarą nie przypomina tej robionej tradycyjnie. Nie ma siły, nie umiem takiej zrobić i już. To robię, jak popadnie. Czyli: do garnka wkładam trochę margaryny, sypię mniej więcej tyle samo cukru i mąki, rozgrzewam, mieszam, a następnie usiłuję jakoś sensownie umieścić to na wierzchu.

W sumie to nawet nie wiem, czy ta posypka jest według śląskiego przepisu, ale co tam - to jest moje własne slow cooking. W sensie luźnego podejścia - ma się zgadzać mniej więcej i nie warto się przejmować szczegółami. Co nie oznacza, że nie cenię oryginału:)

Efekt po godzinie w piekarniku w temperaturze 200 stopni. Jak Wam się podoba?

Nam smakował bardzo! I do kawy, i do herbaty - bo w naszym domu kawę to tylko ja...

Dobre było, ale się skończyło. I to bardzo szybko. Drugiego dnia wieczorem było już po wszystkim.

środa, 19 marca 2014

Slow fashion - minimalizm w modzie czy mentalny freestyle?


... z cyklu " Co w szafie piszczy?"

 

„Slow fashion” nie jest nazwą kolejnego stylu ubierania się. Jest stylem myślenia o ubieraniu się. Myślenia niepodległego domom mody, projektantom, cudzym gustom ani ich ograniczeniom. 


Wełna jest dobra na każdą porę roku, prawda?:)

Z drugiej strony nie jest także próbą narzucenia sobie ograniczeń własnych. Raczej chęcią uważnego przyjrzenia się sobie, swym ubraniom, ich zastosowaniom i własnemu do nich stosunkowi. Oraz wyciągnięciem wniosków. Wniosków, które można wprowadzić w życie, przełożyć na mniej lub bardziej wiążące drogowskazy.

Warunek jest tylko jeden: nic na siłę. Bo „slow fashion” to nasz własny mentalny freestyle. I to był ostatni raz, kiedy użyłam cudzysłowu. Dalej – na znak, że wyrażenie to przyjmuję za zwykłe – rezygnuję z niego już na zawsze.

No więc… Ubieranie się w stylu slow. Pozornie bezsensowne zestawienie słów. Pozornie. Nie chodzi bowiem dosłownie o „powolne” ubieranie się – choć w sumie czemu by nie? – a raczej o swobodny, wolny od ograniczeń i napięć stosunek do mody oraz wszystkiego, co ma z nią bliższy i dalszy związek. Przy czym stosunek ten tylko na początku może zostać zaczerpnięty z zewnątrz, zainspirowany wypowiedzią, artykułem, książką. Później powinien już wypływać z wewnętrznego przekonania osoby uprawiającej modę w stylu slow. Warunkiem koniecznym – i jak się jeszcze okaże: jedynym – obecności slow fashion w naszym życiu, jest nasz własny mentalny freestyle. 


Czym on jest? Na czym polega freestyle’owe podejście do mody? Czy chodzi o ograniczenie do minimum posiadanych sztuk odzieży? O kupowanie wyłącznie ubrań pochodzących z lokalnej produkcji? Czy może – w wersji dla odważnych – o samodzielne szycie z ekologicznych materiałów? Albo o łączenie w jedno różnych stylów, czyli modowy eklektyzm? Może tak być. Jednak wcale nie musi.


Aby nie tworzyć długiej i nudnej psychologiczno-filozoficznej rozprawy, warto rzecz raz na zawsze gruntownie przemyśleć, a następnie uporządkować wnioski. 

Na przykład tak: 

·       DOBROWOLNOŚĆ „UŻYCIA”

Slow fashion uprawia się dobrowolnie, bez poddawania się jakiejkolwiek presji płynącej z gazet, książek, telewizji albo internetu (to ważny warunek, ponieważ obecnie panuje moda na slow life, poddawanie się której bez przekonania stanowi karykaturę idei samej w sobie bardzo dobrej).


·      ZMYSŁY, ZMYSŁY…

Docenić już posiadane ubrania… Zachwycić się do głębi tą jedną jedyną bluzeczką, na którą można sobie od czasu pozwolić. Zbadać opuszkami palców fakturę, mięsistość materiału. Wtulić twarz w jego miękkość. Poczuć szorstkość. Delikatność jedwabiu na skórze. Ciepło wełny. Jednym słowem – uruchomić w sobie szósty zmysł: UWAŻNOŚĆ. Która ma swoją wagę i zastosowanie w całej idei slow life. Być uważnym przy pomocy zmysłu dotyku. Ale także przy pomocy wzroku – bezwstydnie długie przeglądanie się w lustrze nie musi być przejawem narcyzmu. Podobnie jak kontemplowanie cienia własnej sylwetki wysmuklonej kątem padania słonecznego światła. Dostrzeżenie wszystkimi zmysłami tych niepozornych szczegółów pozwala czerpać satysfakcję, wzbogacać wrażenia płynące z tego, co już dziś znajduje się w szafie i uchronić się przed pragnieniem dostarczania sobie wciąż nowych doznań przez zakupy.


·         NO TRENDY

Moda w stylu „slow” nie ma nic wspólnego z sezonowymi trendami, co jednocześnie nie oznacza, że człowiek ubierający się na luzie jest niemodny. Mówi się tu po prostu o trochę innym znaczeniu słowa „moda” (tu: ubrania, ich łączenie, tworzenie w ogóle).


·         COŚ ZA COŚ

Kupowanie ubrań w celu zastąpienia nimi tych, które już się zużyły. W wersji dla bardziej pracowitych i chcących wydać więcej pieniędzy - kupowanie ubrań w celu zastąpienia nimi tych, które oddaliśmy innym, bo nam się znudziły. Są na to różne metody, znane zainteresowanym zbyt dobrze, by je tu omawiać.


·         KREATYWNOŚĆ KONTROLOWANA ALBO „NO VISITING”

Określanie odzieżowych potrzeb podczas dokonywanego raz na rok, raz na pół roku albo raz na sezon remanentu własnej szafy, a nie podczas „zwiedzania” galerii handlowych (realnych i wirtualnych). To dobra metoda dla „kreatywnych”, którzy do ujrzanej na wystawie spinki do włosów za 2 złote są w stanie w ciągu trzech minut dopasować i zakupić pięć kompletnych zestawów złożonych z ubrań, butów, dodatków i kosmetyków, które „dziwnym trafem” wyeksponowano w znajdujących się w zasięgu wzroku sklepowych witrynach. No po prostu grzech nie skorzystać i nie poprawić sobie wizerunku.


·       STOP CIUCHOWYM RUPIECIOM

Założenie rocznego, półrocznego albo miesięcznego budżetu – ale naprawdę niewielkiego, rzędu kilkunastu złotych – na szaleństwo, które każdego ma prawo dopaść. I na które – w myśl mentalnego freestyle’u – dobrze sobie czasem pozwolić. W końcu slow fashion to swobodny stosunek do ciuchów, nie żelazna kula u nogi. No więc szaleństwo - byle nie za często, ponieważ przesada w tym względzie łatwo doprowadzi do pozbycia się oszczędności oraz zapchania szafy ciuchowymi rupieciami, które po chwilowej euforii i jednorazowym użyciu okazują się brzydkie, tandetne i w ogóle do niczego.

A poza tym...
  • ponadczasowość i twarzowość wzorów oraz fasonów,
  • związane z powyższym długie życie całego inwentarza:) - praktycznie do zdarcia, zwłaszcza butów,
  • z założenia brak sztywnych założeń i nieskrępowane konwenansem kombinacje,
  • przynajmniej pobieżna wiedza o pasujących do nas i do siebie nawzajem kolorach,
  • swobodne czerpanie inspiracji,
  • dobry stosunek jakości do ceny,
  • nieprzejmowanie się metkami, tylko jakością materiału, wykończeń,
  • ciągłe wymyślanie siebie na nowo - przy pomocy starego w szafie "piszczącego",
  • bezproblemowe odstawianie na bok modowych dywagacji w niesprzyjających im okolicznościach,
  • brak wyrzutów z powodu w tym samym chodzenia do znudzenia,
  • brak wyrzutów z powodu raz na jakiś czas kilkugodzinnych wędrówek po realnych i wirtualnych galeriach modowych, jak również z powodu powstałych w efekcie list (i tylko list) "niezbędnych i koniecznych zakupów", bez których absolutnie nie można się obejść, robienie im specjalnego folderu na pulpicie (by był widoczny!), po czym zapominanie o sprawie na dobre, gdyż takie właśnie obcowanie z "modną modą" może w zupełności zaspokoić w tym względzie pragnienia (przynajmniej moje).
Jak widać, ostatni punkt rozrósł się do nieprzyzwoitych rozmiarów, przez co rozumiem, że czas kończyć tę listę. 

Można by jeszcze długo mnożyć wnioski płynące z rozmyślań nad luźnym i niezobowiązującym, więc też niezwykle wyzwalającym, stosunkiem do mody, modowych zakupów i wierności bądź niewierności aktualnym trendom.

Można by… Jednak tak naprawdę każdy pragnący podążać drogą slow fashion powinien takie wnioski poczynić na własny i osobisty użytek. Bowiem różnimy się nie tylko pod względem wyglądu, gustu czy zarobków, ale także w kwestii utrwalonych przez lata nawyków. Albo ich braku. Różni nas po prostu punkt wyjścia. A to od niego zależy nasz przyszły zbiór zasad.

Słowem – powyższe punkty i ich omówienia mają być jedynie demonstracją określonego stylu myślenia. Stylu wolnego – od presji, trendów, ograniczeń i wpływów. Ponieważ tylko taki styl ma szansę stać się naszym własnym. Ponieważ tylko jemu poddamy się z radością i z poczuciem wyzwolenia. 

Bo slow fashion to wypływająca z głębi umysłu wolność w sposobie patrzenia na modę. 

A skoro wolność, to... Sylwestrowa kreacja może wyglądać tak...

... albo tak:)
 I wszystko gra.

Jak budować relację rodzic – dziecko?

... z cyklu "Rodzicielstwo radosne"



Na ten ważki temat napisano już baaardzo wiele baaardzo uczonych psychologicznych książek. Wielu się doktoryzowało, habilitowało, a może i wyżej zaszło. Nie mówiąc o niewyczerpanych źródłach dochodów, jakimi bez wątpienia są poradniki oferowane rodzicom w sprzedaży.


Nie jestem doktorem. Habilitowanym też nie. I nie napisałam o tym ani jednej książki. Zwykły ze mnie rodzic. Taki, co to i bajkę dziecku przeczyta, i film z nim (o zgrozo!) obejrzy. 

No właśnie. Czasem z filmu dla dzieci i dorosły naukę wyciągnie. A konkretnie mam na myśli „Gdzie jest Nemo?” Idealny obraz relacji między ojcem i synem. Choć film nie należy do najnowszych, wydaje mi się bardzo na czasie. Świadczy o tym chociażby dyskusja, jaka się wokół niego odbyła podczas kursu dla rodziców na Internetowym Uniwersytecie Mądrego Wychowania. Była naprawdę ciekawa - wiem, bo się przyglądałam, a nawet lekko udzielałam:)

Coraz więcej ojców coraz chętniej zajmuje się własnymi dziećmi. Ale zajmuje się naprawdę, nie przez pięć minut dziennie, z których dwie poświęca na zgłębianie problemu „cotamwszkole?”, dwie na uczenie dziecka własnym przykładem asertywności „nieprzeszkadzajmiczytamgazetę”, a pozostałe sześćdziesiąt (aż!) sekund zostawia do dowolnego wykorzystania w zależności od tematu dnia.

No więc dla niektórych to żaden problem, ponieważ niektórzy bliskich relacji z tatą doświadczyli we własnym dzieciństwie. Większość jednak nie. Tatusiowie większości dzisiejszych ojców nawet nie to, że byli złymi rodzicami, to raczej czasy były inne i wielu rzeczy nie przyszło im do głowy robić. Inaczej rozumiano bycie dobrym ojcem. Choć zdarzały się wyjątki. Dziś synowie „wyjątków” należą to wspomnianych wyżej „niektórych”, co bez stresu i bez zastanowienia budują sobie niezłe z dziećmi relacje, po prostu z nimi będąc. Niektórzy.

Wracając do „Gdzie jest Nemo?” i do perypetii głównych bohaterów. Co to w ogóle ma do rzeczy? Bajka o rybach, które głosu nie mają. A przynajmniej nie powinny. A jednak. Film pokazuje wzorcowe, znaczy idealne, stosunki ojcowsko-synowskie, takie, że ach i och, i w ogóle. Nie do pomyślenia w rzeczywistym świecie, a w każdym razie nie do wykorzystania.

Czyżby? Naprawdę? Czy już zawsze i wszędzie tak, że tylko „Mój rower” (znacie? słyszeliście?) i nic, tylko siąść i płakać? W najlepszym razie refleksje snuć i wnioski wyciągać? Że tak źle, że tak być nie powinno, że trzeba by inaczej.

Inaczej – czyli jak? No konkretnie jak? Ktoś ma pomysł? Bo coś mi mówi, że ten pokazany w bajce ideał – jak to zwykle ideał – właśnie po to jest, żeby do niego dążyć. Bo choć życie to nie bajka, warto patrzeć w kierunku ideału, jaki prezentuje tata Nemo. Warto wiedzieć, do czego chce się dążyć. Nie chodzi przecież o to, żeby się dołować własnymi brakami, lecz by umieć je dostrzec i - po odsianiu tych wszystkich baśniowych nierealności - spróbować tak spojrzeć na własne relacje z dzieckiem, aby przynajmniej na miarę naszego życia, naszych konkretnych warunków, charakterów i możliwości zrobić to, co umiemy i poprawić to, co najbardziej nam doskwiera. Może nawet i naśladując bajkowe "nierealne" podpowiedzi, które niekoniecznie i nie do końca takie właśnie „nierealne” są. Coś da się i z baśni „wyciągnąć”, a wzór przedstawiony łopatologicznie i bez wielkiego kombinowania może nam w tym tylko pomóc - przy zachowaniu niezbędnego dystansu.

Co o tym myślicie? Ja bym traktowała "Mój rower" bardziej jako źródło refleksji, a "Nemo" - choć z przymrużeniem oka - jako źródło podpowiedzi. A Wy?

poniedziałek, 17 marca 2014

Zima - powtórka z rozrywki, czyli przegląd tygodnia:)

... z cyklu "Co w szafie piszczy?"


Zgodnie z jesiennymi przewidywaniami  - się powtarzam. Trudno, żeby nie, skoro rzecz o zwyczajnej szafie zwyczajnej osoby:)


W zasadzie do nadejścia lata wpisy będą tylko "dla porządku", bo wszystko jesienno-wiosenne już było, o zimowym nie wspominając. Ale może kiedyś faktycznie uda mi się policzyć, ile razy się jaki zestaw powtórzył.

Zestaw - bo poszczególne elementy to się bez ustanku kręcą wkółko-dookoławojtek-wkołomacieju i jeszcze raz w te i we wte.

Zatem przegląd tygodnia:

9 marca, niedziela

12 marca, środa - zebranie rodziców

15 marca, sobota - imieniny u rodziny

16 marca, niedziela - Zima. Nowy początek:(

piątek, 14 marca 2014

Płeć obowiązków

 ... z cyklu "Rodzicielstwo radosne" 



Nasze dzieci i domowe obowiązki, czyli moment, w którym każdy rodzic zaczyna mieć „pod górkę”. 


Spokojnie, nie jesteśmy „syzyfami", kiedyś ten kamyk na naszą górkę wtoczymy i - choć z początku perspektywy wydają się marne – przekonać dzieci do sprzątania kiedyś w końcu zdołamy. Kiedyś tam nasze słodkie maleństwa będą odkurzać własne pokoje, uporządkują regał z książkami, a nawet obiorą rodzinie ziemniaki - bez pogróżek, że to „wyzysk człowieka przez człowieka” albo – jeszcze weselej – „niewolnicza praca dzieci”. 

Swoją drogą, całkiem poważnie uważam, że przydałyby się już w przedszkolu zajęcia mające na celu uświadomienie nieletnim różnic między utrzymywaniem ładu i czystości wokół własnej osoby, wykonywaniem stosownych do wieku obowiązków na rzecz domu, w którym się wspólnie z rodziną mieszka, a wyzyskiwaniem nieletnich, którym „z urzędu” należy się od rodziców wikt i opierunek, a także edukacja oraz dach nad głową. Tudzież pokazanie im sytuacji, w których niewolnicza praca dzieci naprawdę ma miejsce. Ku przestrodze i dla docenienia własnych „ciężkich” warunków życiowych.

Tyle ogółem. A w szczególe – nie od dziś wiadomo, że w potocznym, zwłaszcza męskim, rozumieniu, obowiązki mają płeć! Nie będę się rozwodzić, który jaką, bo to także jest oczywiste. Dodam tylko, że oprócz płci posiadają jeszcze rangę! Zgadnijcie, który ma wyższą? Ale pamiętajcie, żeby rangi nie mylić z faktycznym znaczeniem obowiązku :)

Okey, polecę stereotypem. Ugotować obiad vs. zamontować antenę tv – jakbyście to ocenili? Oczywiście, wyższą rangę ma zamontowanie anteny. A czemu? Bo typowa kobieta tego nie potrafi! Typowa, powtarzam, żeby nie było:) Jeśli chodzi o znaczenie… Hm, pytanie, co by było, gdyby tak obiadu na stole nie było, jest doprawdy retoryczne. Nie, nie chodzi mi o awanturę z powodu braku schabowego z kapustą, aż takimi jaskiniowcami, mam nadzieję, nie jesteśmy. Raczej mam na myśli konsekwencje dotykające dzieci na przykład, którym ciepła strawa raz na dzień należy się „jak psu zupa” – wybaczcie porównanie - zaś matki lub ojca (!) psim (bez urazy:) obowiązkiem jest ją potomstwu zapewnić. No więc, wracając do znaczenia – co jest tak naprawdę ważniejsze? Ja nie mówię, że antena zbędna. Nie mówię nawet, że umiałabym ją zamontować, jednak… 

Płeć obowiązków.

Nawet najbardziej zatwardziali antydżenderyści – hehe, jak pięknie wypaczone znaczenie słowa:) – muszą się zgodzić, że podczas wykonywania zwykłych i adekwatnych do wieku obowiązków niedorosły człowiek, bez względu na płeć, ma okazję nabyć wiele umiejętności, które w życiu dorosłym okażą się bezcenne. Przynajmniej do momentu, w którym zainstaluje w swym mieszkaniu gosposię, dla niepoznaki zwaną "drugą połówką" lub "żoną". Póki co jednak musi sobie radzić sam - jeśli nie zamierza tulić się pod skrzydłami mamusi do czterdziestki.

Do rzeczy – jak to zrobić, żeby w domowych warunkach roboty „po płci” nie dzielić, ale sprawiedliwie, to znaczy „po zdolnościach”, „po chęciach”, a najbardziej to według wspólnych potrzeb?

W końcówce zeszłego roku na platformie Moodle Internetowego Uniwersytetu Mądrego Wychowania, podczas kursu dla rodziców pod nazwą „Wychowanie chłopców” (można dołączyć do trzeciej edycji), grupa całkiem fajnych uczestników przez tydzień dyskutowała na forum na temat związany z moim dzisiejszym wpisem. A dokładnie chodziło o to, jak nakłonić syna do wykonywania różnych domowych obowiązków, i to bez nadawania im płci. Uczestnicy wypowiadali się pisemnie, przygotowywali komiksy, wstawiali kolaże.

Przyglądając się ich pracy, poczyniłam takie oto obserwacje:

Po pierwsze - rola taty, który jest solidarny z mamą, tworzy z nią jeden front i jednocześnie nie poprzestaje na słowach, tylko sam zabiera się do roboty, a wraz z nim syn niemający już poczucia, że to mama zagania go do jakichś "babskich" robót, kiedy on wolałby z tatą na przykład naprawiać samochód albo coś innego, bardziej "godnego faceta", robić :) Bo kiedy sprząta, gotuje, pierze itp. tata, to jest to po prostu jeden z obowiązków domowych "bez płci". Tak to odbiera chłopiec.

Po drugie - warto zapamiętać wskazówkę dla mam, którym wydaje się, że to, co oczywiste dla nas jako kobiet, będzie tak samo oczywiste dla mężczyzn (dużych i małych). Z chłopcami trzeba jednak inaczej: wskazuj konkret, wymagaj konkretu, a na koniec chwal za konkret. Czyli: odkurz wszystkie pomieszczenia, został ci jeszcze przedpokój, wszędzie jest bardzo czysto – świetnie odkurzyłeś. Zamiast: jak tu brudno!, mógłbyś się bardziej przyłożyć!, dzięki, dzięki!

Powodzenia! Podziękują nam nasze synowe :)