niedziela, 29 czerwca 2014

Wakacje w Toskanii. Tessa Capponi-Borawska

...z cyklu "Czytam sobie"

 

Nie moje wakacje oczywiście, tylko Tessy Capponi-Borawskiej. Jest taka staroć, którą kilka lat temu wybrałam sobie w dniu urodzin w krakowskiej "Bonie", która wtedy nie była jeszcze wydawnictwem, a jedynie księgarnio-kawiarnią.

 


Panowała - i chyba ciągle panuje - wtedy moda na literaturę "toskańską". A ona, Tessa znaczy, stamtąd. W całości przeflancowana do Polski w latach osiemdziesiątych, za mężem. To ja się wcale nie dziwię, że tęskni i że raz w roku miesiąc obowiązkowo spędza w rezydencji Capponich we Włoszech. Że pławi się w kurzu, w falującym od gorąca powietrzu, z kieliszkiem "domowego" wina w ręku. Domowego jest w cudzysłowie, bo jej "domowe" znaczy bardzo markowe, bardzo znane, bardzo drogie, po świecie z własnej winnicy rozprowadzane. Wciąż domowe.

"Dziennik toskański" to nie cukierkowa wizja rajskiego ogrodu ziół i wina. To obraz ziemi "surowej i twardej", wypalonej przez słońce, której trzeba "słuchać, wąchać (...) albo wręcz smakować w całkowitym milczeniu". To zapis osobistego, co rok od nowa, odkrywania florenckiej Uffizi, targowiska w Greve, arcydzieł malarstwa w kościołach Pizy, Sansepolcro, Sieny i Urbino.

I to naprawdę robi wrażenie, zwłaszcza że autorka wie, o czym pisze, a wie, ponieważ z jej własnego rodu wywodzi się kilku malarzy i świętych. Na których dzieła patrzy, kiedy budzi się w starej sypialni starej letniej rezydencji starego rodu Capponich - w miejscu spotkań rozpierzchłej po świecie rodziny, które zwie się Villa Calcinaia.

Toskania Tessy Capponi-Borawskiej pachnie bazylią, czosnkiem, oliwą i zimnym pomidorowym sosem. Ale to wszyscy wiedzą, bo oprócz "Dziennika" napisała też "Moją kuchnię pachnącą bazylią", której nie czytałam ani nawet na oczy nie widziałam, za to o niej słyszałam. Może kiedyś...

Na razie przez rok zachłannie przyglądam się okładce i marzę o gorącym lipcu, kiedy zmiksuję z oliwą surowe pomidory, czosnek i świeżą bazylię. Ugotuję al dente makaron i wymieszam go ze schłodzonym w lodówce sosem. Do tego kieliszek wina albo zwykła woda z cytryną. Winogrona. Ser. Świece. Moja rocznica ślubu. Co roku. W wakacje.

Bo z nią kojarzy mi się ta książka. Kupiona podczas urodzinowo-rocznicowej wyprawy do Krakowa. Zawsze mówię, że książka jest dobra na każdą okazję. A ta ma oryginalne toskańskie przepisy. Ilustrowane czarno-białymi zdjęciami. To nawiasem, dla niezdecydowanych:).

A moje wakacje właśnie się zaczęły. Zabieram się do czytania.

piątek, 27 czerwca 2014

Półkruche, bezglutenowe, z rabarbarem... Ciasto

... z cyklu "Gotuję sobie"


I jeszcze bez mleka i bez kurzych jajek. To dla porządku.

 

A jeśli chodzi o rabarbar, to wiadomo:

 


Edward Lutczyn rządzi!
No i ten sentyment...

Zatem zarówno Rabarbar, jak i rabarbar, w roli magdalenki sprawdzają się doskonale. A niby chwast taki...


Ale uwielbiany, ku zgrozie dentystów w cukrze maczany. Pyszny. Zapach kompotu z rabarbaru to jest zapach mojego dzieciństwa. Bo to pierwszy owoc(???) nadający się na wiosnę na ten kompot, w dodatku zachodu nie wymagający. Ciach przy ziemi, ciach, ciach na desce i do garnka.

Ale dziś ciasto. Półkruche. Z rabarbarem. Bez glutenu za to. I bez kurzych jajek. I mleka.

Na takim przepisie. Brak temperatury i czasu pieczenia, ale mama zawsze mi mówiła (a to przepis od mamy, przepisany ręką siostry, z dopiskami ręką moją), że jak nie ma w przepisie temperatury, to znaczy, że na 180 st., a jak nie ma czasu, to mniej więcej 45 minut, potem sprawdzać, zależnie od grubości do godziny się upiecze. Ale uwaga! Podane tu składniki trzeba podmienić, jeśli ma być dla alergika. Niżej pokażę na jakie i napiszę, na ile

To najpierw topię tę margarynę, żeby zdążyła przestygnąć, kiedy będę robić resztę. Kostkę margaryny. A potem do zimnego. Pomieszczenia, nie lodówki:)

Tak sobie kroję ten rabarbar, kroję... Tyle, go dam, ile mam

Bezgluteny piekę na mniejszej, kwadratowej blaszce, bo dla jednej osoby, góra dla dwóch, jeśli goście. Wtedy właśnie biorę składniki na półtorej porcji

Wykładam suchą blachę papierem do pieczenia. Wolę tak, niż smarować i czymś wysypywać

Mąka chlebowa bezglutenowa Schaar już w misce (normalna ilość, podmieniam tylko produkt bez przeliczania). Dalej czeka cukier, cukier waniliowy, proszek do pieczenia (używam zwykłego, ale jeśli w ogóle nie tolerujecie glutenu, kupcie specjalny bezglutenowy, u mnie taka ilość nie szkodzi), jajeczka przepiórcze (cztery przepiórcze za jedno kurze)

Do tego przestygnięta, ale jeszcze nie ścięta margaryna

Wszystko w misce, zaczynam zarabiać. Wystarcza mi jedna ręka, drugą wolę mieć czystą do trzymania miski. Jeśli chcecie ciastoterapię, wsadźcie obie:)

Gotowe. Ważne, żeby nie wyrabiać ciasta, tylko je zagnieść i nic więcej

O właśnie. Tylko z bezglutenem jest tak, że się ciasto strasznie do rąk lepi i muszę kilka razy płukać, żeby dało się rozłożyć. Mniej więcej centymetr grubości powinno mieć

Na ciasto układam rabarbar. Nie zakładam całej powierzchni szczelnie, bo on mięknie i puszcza sok, a samo ciasto jest cienkie i bardziej wilgotne, niż ze zwykłej mąki, więc nie chcąc mieć błotka, tak kombinuję:)

Sypię sobie, sypię... Na oko. Bo rabarbar kwaśny:((

Do pozostawionego wcześniej ciasta dosypałam mąki, cukru i proszku do pieczenia (na oko, ale mniej więcej zgodnie z proporcjami), żeby zrobiło się bardziej sypkie

I tak kruszę tę kruszonkę...

A potem wkładam do pieca. 180 st. i 45 minut. Grzanie "góra-dół" bez termoobiegu. Jeśli widzę, że się za bardzo rumieni od góry, przełączam na "dół":)

Et voilà!

Dla mnie to cudowny letni smak! Uwielbiam.

niedziela, 22 czerwca 2014

Nazywam się Jones. Bridget Jones. O tym, czy ikona ma prawo się zestarzeć lub o odcinaniu kuponów

...z cyklu "Czytam sobie"




No więc skoro nazywam się Jones, Bridget Jones, to czemu, do jasnej...  ciasnej, mówi się do mnie "droga pani Darcy"?! Aaa, wyszłam w końcu za Marca Darcy'ego, mam z nim dwójkę fantastycznych dzieci, nie mam żadnych problemów finansowych (jak nie ja, kurczę), ale... ale... ale mam ponad pięćdziesiąt lat.


I tu jest pies pogrzebany. Bo jak ja mam ponad pięćdziesiąt lat, to już nie jestem ja.

Zaiste. Idę w ageizm. Raz kozie śmierć.

Ale dlaczego się czepiam? Otóż czepiam się, gdyż, ponieważ, albowiem "droga pani Darcy" nijak, choćby nie wiem co, nawet w przybliżeniu nie brzmi jak "Bridget Jones". I nią nie jest.

Że co? Że nielogiczne? Że starzenie normalne i ludzkie? I kobiece też?

Właśnie. Ludzkie i kobiece. No niechby i męskie. Tylko że z Bridget Jones ni kobieta, ni facet, ni człowiek.

To kto? No... postać. Więcej, ośmielę się stwierdzić: ikona.

Ikona trzydziestotrzyletniej singielki z nadwagą, palącej, bezskutecznie o faceta walczącej, trochę śmiesznej a trochę zabawnej, za miłością tęskniącej, poradniki nałogowo czytającej, zjedzenia przez owczarki w samotnej starości się bojącej.

Ikona mnie. I ciebie. I ciebie też. Piętnaście lat temu. Dziś. Jutro?

No i właśnie z tym jutrem może być problem. Bo? Bo... Od kilkunastu lat dwie pierwsze części trzymam na półce z  literackimi evergreenami.


A Bridget Jones ma dla mnie twarz Renée Zellweger. Może to i głupie, ale tak bywa, kiedy się najpierw idzie do kina, a dopiero potem sięga po książkę. Tłumaczy mnie tylko fakt, że w momencie premiery książki rodziło się moje pierwsze dziecko i lekko wtedy, a także przez cały następny rok, nie było.

Minęło kilkanaście lat. Odżyłam. I na fali kampanii promocyjnej trzeciej części wpadło mi do głowy, że może by tak odpuścić sobie jakąś najnowszą z nowości nowość i odkurzyć staroć? Pogrążyć się we wspomnieniach? Wszak nie zestarzałam się tak bardzo przecież, bym się miała w mej "Bridget" nie odnaleźć...

Miałam sprawdzić. Czy czterdziestka w metryce znaczy tyle samo w głowie. W sercu. W umyśle. Bo normalnie ludzie dziesięć lat ode mnie młodsi wydają mi się okropnie naiwni w tym, co mówią, co myślą i jakie postawy przyjmują. To nieracjonalne, nieuzasadnione i nieuprawnione, wiem. Ale tak jest. Kiedy pierwszy raz czytałam "Bridget", była ode mnie mniej więcej dziesięć lat starsza. I była pełna identyfikacja. Choć ona singielka, a ja mężatka. Choć ona marząca o dzieciach, a ja po wyczerpującym pierwszym roku z najstarszym starszakiem. Dziś olśniło mnie, że teraz to ja jestem od niej mniej więcej o dziesięć lat starsza. Myślę - sprawdzę poziom identyfikacji. Przeczytam.

Nie zdążyłam. W Lidlu rzucili "Szalejąc" dużo taniej niż w normalnej księgarni, więc pokusa była nieodparta. I jej nie odparłam. Mąż nie odparł. Mi kupił.

Odłożyłam trzy inne zaczęte i czytam. No i dramat. Bo oto się okazuje (eureka, zaprawdę!), że tym razem z identyfikacji nici. Że Bridget znów ode mnie starsza. A ja, naiwnie wierząc w wiecznotrwałość ikon, myślałam, że tym razem będzie młodsza. Logiki w tym nie ma żadnej, bo niby jak ma być młodsza, skoro "drogie dzieci, czas nie stoi, tylko leci" (Konopnicka "Jasio Wędrowniczek":), a poza tym mnie także przybyło.

Z tym, że oczekiwania były jednak inne. Że moja Bridget, jak ten Bond, James Bond, przez dziesięciolecia pozostanie w tym samym, niby określonym, choć przecież umownym, wieku. Bo postrzegałam ją jako ikonę, postać uniwersalną, do której odwołam się w każdym wieku. Odwołam z różnym skutkiem i różną intencją, ale.

Była nadzieja.

Tymczasem. Czar prysł. A ikona rozpadła się na kawałki. Ponieważ mimo świadomości tego, że czas płynie i że pięćdziesiątka Bridget mnie też nie ominie, nie potrafię się z nią utożsamić. Więcej, sądzę, że nie będę umiała tego zrobić i za kolejnych dziesięć lat. Kiedy i mnie stuknie pięćdziesiąt. Po prostu obecne życie "drogiej pani Darcy" to już nie moja bajka, nie mój film. A ona nie nazywa się już Jones, Bridget Jones.

I nie w tym rzecz, że ona starsza, ja - znów! - młodsza. I nieważne, że tam wdowa, tu mężatka. To nie to.

Po prostu żal, ponieważ ikona, jak to ikona, powinna być nienaruszalna. Bo czy ktoś domalowuje Monie Lisie zmarszczki? 

Jestem wkurzona. Ponieważ tak naprawdę, gdy się jej przyglądam, to widzę, że się wcale nie zmieniła. A mimo to jest inna. Doklejona taka. Postać. Do poprzedniej. Na siłę. W celu? Macie jakiś pomysł? Bo mój jest taki, pewnie niesprawiedliwy, że trzeba te kupony poodcinać. Aż do ostatniego. Wycisnąć, co się da, aż do końca. W sumie słusznie. Jestem za. Autorka wymyśliła. Autorka sprzedaje. Autorka zarabia. I bardzo dobrze.

Tylko ja tego "nie kupuję". Mimo że zapłaciłam.

czwartek, 19 czerwca 2014

Lato w szafie piszczy:)

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Nareszcie. Z przerwami, ale jest. Nastało, zdaje się, na stałe:). Dlatego wyciągam po kolei wszystkie letnie szmatki i obnoszę. Lato.


Czwartek - 12 czerwca

Barwy narodowe na zatwardziałej kosmopolitce:). Plus na torbie mapa świata

Buraczkowa spódnica Top Secret debiutuje na blogu, choć ma już 11 lat. Była na wakacjach, trzy lata wypoczywała na dnie szafy i oto jest! Jak nowa:). Był moment, że do kostek się niczego nie nosiło, ale teraz coś mi mówi, że już można, więc zakładam. Jest sportowa, nawet ma gruby suwak na dole i różne takie detale, typu tunel na sznurek ściągający u dołu, ale trudno orzec, na co komu taki ściągacz - żeby kroku nie zrobić? Nie kojarzę wcale, ile kosztowała, w każdym razie, po ośmiu latach realnego chodzenia wiosną, latem i jesienią, trzyma się nieźle i wcale po niej wieku nie widać. Ale - jak się już nie raz chwaliłam - ja nie niszczę ubrań. Bluzka jest z Orsaya i też ma kilka lat, torba to insert kilkuletni z Twojego Stylu (promowali styl eko hasłem: Twoja Ziemia, Twój Styl - podobało mi się), buty to szmaciaki zwykłe z Reserved za niecałe pięć dych - 3. rok chodzenia (przepłacone, czubki gumowe pękły im w zeszłym roku szybciej od poprzedników takich samych kupionych za 7 złotych w Auchan, a tamte były czerwone, boskie znaczy, po trzech latach poszły na śmietnik)

Niedziela - 15 czerwca

Lato - wypadek przy pracy. Aura wczesnowiosenna. Ale ten szalik to nie dla ciepła, tylko dla zakrycia górnego wykończenia kurtki, które mi się nie podoba. Szalik - 6 lat, Tatuum, 50 złotych. Kurtka - 11 lat, Makro, 70 złotych. Spódnica - ponad 10 lat, no name, chyba 60 złotych. Baleriny - 8 lat (widać, oj widać, czas na nowe), dobry, skórzany no name, 120 lub 140 złotych. Torba - 7 lat, HO::LO, 160 złotych - zrobiona z plandek tirowych z odzysku, a pasek z samochodowych pasów. Sweter - 4 albo 5 lat, Orsay, jakieś 40 złotych. Pod nim biały golf z bawełny - 5 lub 6 lat, Camaieu, chyba 30 złotych, do wymiany, bo już nie taki biały, jak powinien. Głupio pisać o rajstopach, ale co tam, niech będzie, bo nawet one długowieczne - jak na rajstopy - mają 3 lata, są bezmarkowe, mają idealnie gładką, satynową w dotyku powierzchnię i wcale się nie zaciągają. A także nie rozciągają. I nie wypychają. Niezniszczalne.


 Wtorek - 17 czerwca

Zachciało mi się ciasta z rabarbarem (będzie o nim, bo błyskawiczne), więc wrzuciłam Małe do wózka i pomknęłam do sklepu po brakujące składniki. Po czym wróciłam i zażądałam zdjęcia od Fotografa, który w międzyczasie zdołał do domu powrócić.

No i oto rezultaty:). Bluzka kupiona rok temu w Lidlu przez Fotografa właśnie, gdyż a) kryjąca w talii, która tuż po wydaniu na świat trzeciego potomka..., b) marszczona powyżej, co nie bez znaczenia, gdy się własną matczyną piersią tegoż potomka odżywiało, c) bawełna taka lekko błyszcząca i kolor kawy z mlekiem mnie urzekł oraz d) każdy powód jest dobry, żeby sobie coś nowego kupić bez wyrzutów sumienia:). A ceny, zabijcie mnie, nie pamiętam, naprawdę. Mało co w ogóle z tego czasu pamiętam. Pod bluzką top z Odzieżowego Pola za 140 złotych na aksamitnych ramiączkach i bardzo błyszczący, co usprawiedliwia tak kosmiczną cenę za tak mizerny skrawek materiału na podszewce. Lat 8 lub 9. Dżinsy to Big Stary za 150 złotych - lat 4 lub 5. O torbie dziś było. O butach też.

 Środa - 18 czerwca

W takich okolicznościach przyrody jest "moja" piekarnia. Wiecie, że o godzinie wpół do piątej na dzień przed Bożym Ciałem ludzie jest oblężona, jakby naród szykował się na wojnę? Resztki wciąż dopiekanego gorącego chleba w jednym tylko gatunku i kolejka za drzwi. A to tylko jeden dzień zamkniętych sklepów

T-shirt za 15 złotych w Takko Fashion kupiony na pocieszenie podczas spaceru ze świeżo narodzonym dziecięciem, a więc równo rok temu. Uwielbiam ten odcień granatu. Idealny. A materiał... Idealny. Choć marka podobno obciachowa. Spodnie są dżinsopodobne, 4 lata temu w Auchan na wyprzedaży za 20 złotych kupione. Rozciągliwe bardzo, wygodne, ale nogi skracają (optycznie, ma się rozumieć:) niemiłosiernie. O balerinach szmacianych i o torbie jest wyżej

- Ale nie sadzaj mi dziecka na kolanach, bo mi spódnicę pogniecie, a jeszcze nie mam zdjęcia, Kochanie... A spódnica gniecie się niemiłosiernie


Spódnica już na blogu oklepana - kupiona w Kwadracie 4 lata temu za jakieś 90 - 100 złotych. T-shirt  - no name, 4 lata, 10 złotych, lekko się rozciągnęła dołem, więc wędruje do środka. Podoba mi się kontrast turkusu z kolorami spódnicy. Pasek - gumowy, był w komplecie z tą spódnicą, więc nie ma ceny:). Sandały chyba 5-letnie, za 120 złotych kupione; miały paski ze sprzączkami, ale wg mnie okropnie przecinały nogę w kostce, więc kupiłam sobie w pasmanterii tasiemki w takim samym kolorze i podmieniłam - uważam, że tak jest o wiele lepiej. Torba sznurkowa - też ma kilka lat, została kupiona w Carrefourze za 20 złotych

No. Kolejny tydzień projektu "Co w szafie piszczy" za mną. Mimo usilnych starań, żeby się nie potwierdziło, początkowe moje podejrzenie jednak się potwierdza: Uwaga! Uwaga! Jeśli nie jesteś blogerką z szafą sponsorowaną, będziesz co drugi, maksymalnie co trzeci dzień chodzić w tym samym:). I dobrze.

niedziela, 15 czerwca 2014

Okładka i target, czyli co sprzedaje książkę. O Elizabeth Buchan

...z cyklu "Czytam sobie"

 

Tytuły jeden "lepszy" od drugiego, prawda? Ale bardzo adekwatne, a autorka się nie kryguje, tylko pisze je po prostu. Natomiast powieści... głębokie. Chociaż zwykle nie przechodzą mi przez gardło takie "górne" słowa


Jak, Szanowna Publiczności, znajdujesz powyższe okładki? Albo tak: co powiecie o treści książek, patrząc na nie? O tematyce, o poziomie, o artyzmie(sic!), tudzież tak zwanym poziomie przyswajalności, znaczy: dla kogo one stworzone?


Nie, nie. Nie, żebym tu czytelników lepszych i lepsiejszych palcem pokazywać miała. Przeciwnie. Od początku bloga, mądrząc się o książkach, spory dystans swój podkreślam do znudzenia i bólu wobec literatury tak zwanej wysokoartystycznej(!!!), jeśli tylko ktoś próbuje mi wmówić, że jej czytelnik lepsiejszy od tego lepszego, co czytadła czytuje i się z tego raduje. Od zawsze twierdzę, że większy pożytek z czytadeł czytania radosnego, niż z dręczenia się koszmarami o wysokoartystycznych aspiracjach od sięgania po kolejne skutecznie odstręczającego.

Można - mniemam - tworzyć mądrze, na poziomie i pogodnie. Można, a nawet podejrzewam, że jest to trudniejsze od (śmieje się małe z kojca swojego w głos i wątek mi się urywa, co jest wprost cudowne, znaczy hormony matczyne jeszcze całkiem nie zwietrzały, ech:) rzewnego łez wylewania, które dla niektórych wydaje się być przepustką wyłączną do sztuki tak zwanej wysokiej, i które niektórym pozwala czuć się artystami przez naprawdę wielkie aaa z powodu tematu tylko i jedynie, choćby nawet cała reszta warsztatu, talentu, wiedzy i "tak zwanej życiowej mądrości" (że sobie polecę piosenką:) leżała i kwiczała.

Do której zatem grupy przypisalibyście książki Elizabeth Buchan? Pewnie nie czytaliście, bo dawno wydane, wcale nie promowane, mało komu znane, więc całkiem świadomie i wbrew przemądrej przestrodze (nie oceniaj książki po okładce!) proszę Was pięknie właśnie o to, byście ocenili książki po okładce.

Już?

I co?

Marne. Kobiece. Łatwe i przyjemne - fe! Słabe. Mydlane. Czytadlane. Słowem: szkoda czasu i atłasu.

A wcale że nie! Się mówiło pod blokiem, jak się kogoś do swej racji małoletniej przekonać chciało. Więc teraz powtórzę: że nie.

Owszem, kobiece. Owszem, przyjemne. Owszem, przyswajalne. A poza tym przyjemne w czytaniu, interesujące, niepokojące, niegłupie, do myślenia dające, o prostych sprawach nie tak prosto mówiące. Refleksję wzbudzające. Powiało grozą. To jest sztuka.

W czym więc problem? O co chodzi?

O to, że cztery niezłe książki wydane kilka lat temu przez nikomu nieznane wydawnictwo (nawet nie wiem, czy ono jeszcze istnieje) przeszły chyba całkiem bez echa, a w każdym razie ja o nich nie słyszałam ani nigdzie żadnej wzmianki nie widziałam, co na jedno wychodzi.

Czemu? Bo okładki zbyt słodkie i banalnością swą "ambitnego" czytelnika mylące? Chyba tak, choć jak się im bliżej przyjrzeć, wcale nie takie znowu banalne. Oryginalna grafika to jest, nie zdjęcie sztampowe i dosłowne, kupione gdzieś tam i wstawione bez pomyślunku przez wydawniczego grafika sprowadzonego przez wydawnictwo do roli technika.

Po książkę w takiej okładce czytelnik "ambitny" za żadne skarby świata nie sięgnie publicznie w księgarni, bo o co go posądzą, ani jej sobie na regale nie postawi, bo co ludzie powiedzą (pamiętacie serial o hipokrytce Bukietowej vel Kubłowej?).

Z kolei czytelnik wyłącznie w literaturopodobnej sieczce gustujący też pożytku z niej wielkiego miał nie będzie. Nie jest to bowiem w żadnej mierze produkt literaturopodobny, co się okazuje już po przeczytaniu jednej, góra dwóch stron. Choć temat przyjemny w czytaniu, nie bardzo ponury, banalnością po oczach dający, interesujący, czytelnika łaknienie ukojenia szanujący - pozornie na miano najgorszego badziewia zasługujący.

Nic z tego jednak. A dlaczego? Powtórzę: kobiece, przyjemne, dobrze przyswajalne, przyjemne w czytaniu, interesujące, niepokojące, niegłupie, do myślenia dające, o prostych sprawach nie tak prosto mówiące, refleksję wzbudzające. Sztuka.

Że inteligentnie i ze znajomością pisarskiego warsztatu napisane, wspominać już chyba nie muszę. Ponieważ wobec powyższego wydaje mi się to naprawdę oczywiste.


Kupione po 4 złote sztuka kilka lat po wydaniu, co oznacza, że w ostatniej chwili spod gilotyny taniej książce wyrwane.

Na zdjęciach ułożone według mojej prywatnej hierarchii fajności. Choć czytane w całkiem innej kolejności.

Smacznego. Gdybyście jakimś cudem trafili na nie gdzieś i zechcieli przeczytać, co szczerze polecam. Nie pożałujecie.


piątek, 13 czerwca 2014

Spodnie? Spódnica? Spódnicospodnie? O zasadności zasad

...z cyklu "Rodzicielstwo radosne" (jak kiedy:)

 

W mojej trawie rzadko koszonej:)

 

Tu i tam w tak zwanej blogosferze funkcjonuję jako "matka trojga", albowiem byłam się pochwaliłam gdzieniegdzie, że trzeciego potomka rok temu powiłam. I się tak tu od roku roztkliwiam nad szczęściem moim matczynym, które mnie po raz kolejny na czterdziestkę spotkało - tak jakbym przed najmłodszego przyjściem na świat szczęścia tego była pozbawiona, co nie jest prawdą przecież, gdyż mając dwoje starszych, już nastolatków, fajerwerków emocjonalnych się codziennie i od rana do nocy doznaje - kto ma, ten wie:)


Nastoletni wiek to ma do siebie, że - jak mówią uczeni:) - się człowiekowi wtedy  tożsamość kształtuje. A jak mu się kształtuje? Ano przez bunt, co jest tak powszechnie wiadome, że aż wstyd mi o tym pisać, lecz dla porządku i logiki tego tu wywodu wspomnieć muszę. No więc człowiek się buntuje przeciwko temu, co zastał, ale wcale nie dlatego, że zastane jest złe (bo tego jeszcze nie sprawdził), tylko dlatego, że a) biologia mu tak robi oraz b) do własnych prawd dojść musi, choćby nawet były to prawdy kropka w kropkę takie samiuteńkie, jak te na wstępie zanegowane. Bo grunt to dojść do nich na własnych nogach, a niechby i na czworaka. Nie przeskoczy się tego i rolą rodzica jest pilnować tylko, aby się bez ofiar w ludziach obeszło, a potem to już z górki. 

O tym pilnowaniu, a konkretnie o jednym jego aspekcie, się tu troszeczkę powymądrzam, ponieważ w obliczu pewnych zasad (noszenie spódnicy w stroju galowym) zastanych tu i tam (w pewnej szkole) oraz bardzo konkretnie i konsekwentnie przez niektórych (przez pewne dzieci) łamanych naszły mnie nie dające spać po nocach refleksje. I tak sobie myślę, że może "co z głowy, to z serca" (lekko powiedzenie trawestując), więc jak się tu wypiszę, to spokojnie spać będę, co oby nastąpiło, gdyż nie spać po nocach nie cierpię.

Do rzeczy. Znaczy: do zasad.
Co należy rozumieć przez zasadę? 

Może normę ograniczającą postępowanie albo narzucającą dopełnienie określonych uczynków w imię dobra wspólnoty? Czyli: w czymś tam się ograniczamy, aby nikt (w tym my) z powodu naszego nie ucierpiał, a także coś tam robimy, aby wspólnota (w tym my) jakąś korzyść z tego naszego robienia odniosła. W jednym i drugim wypadku chodzi o dobro pojedynczych ludzi składających się na ową wspólnotę.

No bo chyba o dobro człowieka chodzi? Nie wyobrażam sobie zasad, u których źródeł nie ma tej najbardziej podstawowej wartości, a nawet Wartości. Co do słowa "wspólnota", zgoda, nie każdą grupę ludzi można tak nazwać, ale umówmy się na tę umowną:) optymistyczną etykietkę.

Pytanie z gwiazdką: czyje dobro narusza złamanie zasady noszenia spódnicy do galowego stroju podczas uroczystości szkolnych, gdy definicja galowego stroju mówi, że ten strój ma być "elegancki", tj. biała bluzka (dziewczyna)/koszula (chłopak) plus ciemna spódnica do kolan [sic!] (dziewczyna)/ciemne spodnie (chłopak).

Według mnie to zwykła dyskryminacja. Ale spróbujmy przyjrzeć się źródłom. Być może zasada ta ma swoje umocowanie w myśleniu zakotwiczonym w początkach XX wieku, kiedy noszenie spodni przez kobiety było uzasadnione jedynie w sytuacjach sportowych, typu: jazda konno, jazda na rowerze - a i to nie wszędzie. W każdym razie nie było eleganckie, raczej "wywrotowe", patrz: ruchy wyzwolenia kobiet (które de facto traktowano jak własność mężczyzn).

Czym było spowodowane takie stawianie sprawy? Pewnie tym samym, co dziś powoduje, że garsonka (ze spodniami lub spódnicą) jest elegancka, a dres nie jest. To proste.

Ale tak było sto lat temu. Później spodnie weszły do kanonu eleganckich kobiecych ubrań. I tak jest do dziś.

Czym więc kieruje się organ ustanawiający zasadę, że strój dziewczęcy złożony z eleganckiej białej bluzki i eleganckiej czarnej spódnicy elegancki w całości jest, zaś zestaw: elegancka biała bluzka plus eleganckie czarne spodnie (nie dżinsy, nie dresy, nie legginsy!) już nie jest? Kieruje się płcią? Przecież jest przywilejem kobiet (w przeciwieństwie do mężczyzn) możliwość wyboru spodni lub spódnicy w wersji eleganckiej, a także casualowej lub sportowej. Zależnie od okoliczności. I skoro w regulaminie napisano "strój elegancki", to dla uniknięcia tej dyskryminacji uczennica powinna być rozliczana li tylko z tej elegancji, nie ze sposobu (spodnie czy spódnica) jej osiągania. Proste? Dla mnie tak.

Dlaczego? Ponieważ zamiana eleganckiej spódnicy na równie eleganckie spodnie jako żywo nie narusza niczyjego dobra, nikomu nie uwłacza i jeśli jest w jakiś sposób piętnowana (ta zamiana), to chyba tylko z powodu obnażenia irracjonalności samej zasady ustanowionej przez organ stanowiący szkolne prawo, a więc w pewnym sensie podważa kompetencje tegoż organu. Albo tylko wypadek przy pracy. 

Czemu o tym piszę? Ponieważ uważam, że wychowując dzieci (i w domu, i w szkole), dobrze jest unikać wprowadzania zasad dla samych zasad, czyli takich, które nikomu ani niczemu nie służą. W każdym razie ani niczyjego dobra nie chronią, ani go nie przymnażają. Jeśli się przy takich zasadach będziemy upierać, stracimy wiarygodność, która jest nam niezbędna dla wpojenia dzieciom zasad, które naprawdę mają znaczenie, ponieważ rzeczywiście dobro ludzkie chronią i dobra przymnażają.

A Wy, jak sądzicie?

środa, 11 czerwca 2014

To wciąż lato?

...z cyklu "Co w szafie piszczy"

 

Siła kobiecości:) - lat dziewięć i pół

Bluzeczki Siostrzenic:) Pozazdrościć, prawda? Lubimy pozować:)


Tak pytam, trochę retorycznie, bo kalendarzowo to jeszcze nie lato, a tymczasem - jak to zwykle u nas - czerwcowe upały miną i lato powie nam: "I to by było na tyle":), jak pewien Profesor Mniemanologii Stosowanej, co zwykł był tak właśnie mawiać.


No więc w te upały człowiek z domu nos wyściubia, gdy naprawdę musi i tylko na tyle, na ile to konieczne. Inaczej by się usmażył żywcem. Ale źle nie jest, ja tam upał lubię, a gdy jeszcze pyłki za bardzo nie szaleją, to już naprawdę lepiej być nie może, więc z radością (choć nie za często, by nie kusić pyłków i losu:) latam sobie po mieście cała w skowronkach i w słonecznych okularach. I tylko czasem ktoś na mnie trochę dziwnie spojrzy, co ja taka rozanielona, kiedy wszyscy upałem i słońcem udręczeni. Ale oni nie wiedzą, że ja miesiące całe ukrywać się przed pyłkami musiałam, więc teraz nic, po prostu nic nie jest w stanie mi przeszkodzić w rozkoszowaniu się spacerami. Nawet ta piekielna temperatura. Przy czym spacery to nie włóczenie się po lasach i łąkach w moim przypadku (alergia bowiem, to znaczy licho, nie śpi, więc lepiej go nie budzić, bo w lesie i na prawdziwej łące zawsze coś się pyli, co uczula), lecz pójście piechotką do piekarni, dajmy na to, lub do apteki. Albo na szkolne zebranie Starszaka.

I tak to było:

Nie, nie, nie! Nie tak to miało wyglądać! Bo to bluzka za szalone 79 złotych jest z Quiosque'u! Portki dżinsowe za dwie dyszki z Auchan, baleriny szmaciane za pięć z reserved, bransoletka z okropnego Zakopca, a torba z Carrefoura za 20. Najstarsza bluzka - 4 lata chyba. Sobota

Niedziela. Odwiedziny u Rodziny:). Bluzka z Lidla kupiona rok temu w dwupaku, ale nie pamiętam za ile, bo Mąż był tam "w delegacji", kiedy ja po cc dopiero co, więc potrzeba było luźnych ciuszków i pocieszenia. Ja mówię, że różowa, internet, że fuksja. Niech będzie fuksja. Brzmi, co nie? Buty kilkuletnie wiązane na koturnie za jakieś 120(?) złotych - tu o nich więcej

O, a tu kolejna bluzeczka lidlowa za 12 złotych z zeszłego roku, kupiona w dwupaku z czarną, którą kiedyś już miałam na jakimś zdjęciu, ale nie pisałam o niej. Nowa (na blogu) jest spódnica. Kupiłam ją dwa lata temu w Vögele za 30 złotych po obniżce 50%. Bo cienka, lekka, miękka, do kolan, nie na gumce i bez tego sportowego charakteru, który mają prawie wszystkie moje letnie spódnice. Długo czegoś w tym stylu szukałam i w końcu coś takiego znalazłam - nie jest to ideał, ale w tej cenie... Resztę znacie:). A był to poniedziałek

Trochę narcyzmu nie zawadzi:) - nie chodzi o to, że się sama sobie tu jakoś szczególnie podobam, bo jest wręcz przeciwnie. Chodzi o to, że mi się światło na tym telefonowym zdjęciu podoba, takie ostre słońce świeciło na mnie, że obiektyw trochę zwariował, a poza tym Małżonek-fotograf nic nie widział na wyświetlaczu, więc...

To dzisiejsze, czyli środowe. Idę sobie w świat, jak ten Jasio Wędrowniczek, tylko mi kija do tej szmacianej torby brakuje. A serio to torba jest sprzed kilku lat z Twojego Stylu. Ostatnio napisałam, że na jej drugiej stronie są krowie łatki. Myliłam się:). Tam są czarne sylwetki odwzorowujące mapę świata, gdyż hasło na stronie jaśniejszej oświeca nas: Twoja Ziemia, Twój styl! Ekologicznie było:) A torby w zeszłym roku znów były modne, co wiem z bloga Kasi Tusk (a co!), więc w tym roku, bardzo na czasie, obnoszę ją i ja! T-shirt biały taki, że razi - z Takko Fashion (co brzmi dumnie:) za 15 złotych kupiony na spacerze letnim z wózkiem w ramach pocieszania matki karmiącej, co się w nic nie mieści. Że elastyczny, to się skurczył i teraz też dobry:). A spodnie za kolanka, czy jak je tam zwą, rybaczki(?) - od Najstarszego w spadku przejęte, bo elastyczne bardzo, a jak się biedna matka w nic nie mieściła, to się Dziecię zlitowało i dało. Niby na trochę, lecz się z czasem na czerń oraz dżins stanowczo przerzuciło i od kolorów tych krzyczących bezpowrotny odwrót ogłosiło. No to mam. Sandały "górskie" kilkuletnie za 39 złotych z ccc.

No to cześć!

niedziela, 8 czerwca 2014

Czytam starocie

...z cyklu "Czytam sobie"

 

Taką sobie rzecz kupiłam, jak ją drugi raz wydawali, bo przy pierwszym wydaniu byłam mała, ale i to drugie jest wystarczająco stare

 

Co to starocie? Ano dawno, nawet i kilkadziesiąt lat temu wydane książki, co je mam w domu od zawsze, co je z domu rodziców "w posagu" przygarnęłam, gdyż się z nimi przy wyprowadzce rozstać nie umiałam, co je - latami zalegające w bibliotekach szkolnych i nie tylko - na "czyszczeniu półek" wypatrzyłam i po złotówce kupiłam nowe, choć kilkudziesięcioletnie, bo ani razu nie wypożyczone, co nie dziwi, wszak kiedyś biblioteki bez względu na typ czytelnika dostawały chyba jednakowe przydziały z rozdzielnika i tak na przykład "Głos Pana" Lemowy w podstawówce sobie mieszkał, aż w końcu ktoś stwierdził, że wypożyczanie tego trzynastolatkom to jakoś nie bardzo i zdecydował o zwolnieniu miejsca na półce przez wyprzedaż tego i kilkuset podobnych rarytasów wydawniczych po złotówce.


Czemu "rarytasów"? Temu, że - choć bardzo wiekowe - to: po pierwsze, nie czytane ni razu (o czym świadczą karty biblioteczne i "sklejone" nowością kartki - wiecie, jak "rozklejają się" czasem kartki w nowej książce, którą się pierwszy raz do ręki bierze"), a po drugie i może ważniejsze, cechuje je wysoki poziom edytorski (redakcja i korekta - praktycznie zero błędów, więc wiadomo, dlaczego kiedyś nauczyciele mówili, że "jakbyś czytał, to byś błędów nie robił", a dziś tak uczniowi powiedzieć, to jest ryzyko całkiem spore, bo uczeń po rozprawy naukowe nie sięga, zaś poziom młodzieżowych czytadeł bywa żenujący, czym stwarza ryzyko nabycia błędnych wyobrażeń o poprawności językowej; z ortografią jest raczej dobrze, ale język to nie tylko ortografia), po trzecie, zawartość, jeśli odsiać wydawnictwa "słuszne", jest sprawdzona i potwierdzona faktograficznie, co w sporej części dzisiejszych książek zwyczajnie leży, gdyż przypominają one pod tym względem tak zwane "artykuły" istniejące w tak zwanych "portalach informacyjnych" w internecie, czyli nikt się niczym nie przejmuje, bo czytelnik i tak jest głupi (w każdym razie jeszcze głupszy niż tak zwany "autor"), to się nie połapie. Istnieje oczywiście całkiem spora liczba portali na dobrym poziomie, tylko kto je czyta tak naprawdę? To jest bardzo niewielka nisza, która w żadnym razie ani nie kształtuje  gustu, ani nie wyznacza poziomu dla ogółu. Większość czyta kilka najpopularniejszych portali, a poza tym ogląda You Tube'a i tyle.

Wiem i widzę, że zrzędzę jak stara baba, że kiedyś, że za przysłowiowych "moich czasów"... Ale co poradzić, kiedy taka prawda? No i w końcu ma się te czterdzieści jeden lat, to sobie można na starcze zrzędzenie pozwolić, a co!

Zatem, prócz nowości, czytuję także starocie.

O takie:

Lewa - niepozorna, a naprawdę świetna, część trylogii. Prawa - nazwisko mówi wszystko:)

Naprawdę, jak wielki pisarz o wielkim pisarzu umie bez zawiści, to jest naprawdę coś

Na lewej każdy felietonista powinien się uczyć, jak Prusowi buty czyścić. Prawa posagowa, ale Irvinga to już zachwalać nie trzeba. Niegodnam:)

"Bardzo trudno o tym orzec...", który lepszym "opowiadaczem" jest:). I chyba nie trzeba. Ale ja i tak wielbię tego z lewej, zwłaszcza za pomieszczonego w tym zbiorze "Borsuka", którego naprawdę polecam. Zatem: Iwaszkiewicz wielkim poetą był! A autorem opowiadań jeszcze większym. I mówię to śmiertelnie poważnie. To jest liga Czechowa, jak nie wyżej. Tylko że Czechow pisał w jednym z "wielkich języków", a Jarosław "tylko" po polsku. Marzę o czytanej dawno temu "Sławie i chwale" - żeby tak na własność mieć...

Z lewej biografii Konopnickiej można naprawdę wiele smaczków wyczytać, np. dotyczących jej orientacji, co to się nie tak dawno sensacją po internecie błąkała. A tu wszystko praktycznie jak na dłoni, choć nie wprost, oczywiście. I 60. lata wydania publikacji! A rok temu ktoś straszną "amerykę" odkrywał, sensację tę "ujawniając". Albo o szanownym mężusiu, co to by w dzisiejszych czasach nawet na niego nie spojrzała, bo by sama o sobie stanowiła, a wtedy musiała swoją rację bytu potwierdzić, za mąż się wydając, za kogo, nie patrząc, bo i za bardzo wyboru nie mając. I to wszystko komunistyczną ideologią podlane, bo tak wtedy pisać biografie należało, a jednak się autorom i wydawnictwu rzecz całkiem porządną (po odsianiu soc-dodatków) wydać udało. Prawa natomiast to jest absolutne mistrzostwo świata w gatunku biografii, a właściwie monografii. No ale to mistrzostwo w wykonaniu Mistrza Juliusza Żuławskiego, w dodatku w genialnej PIW-owskiej serii "Ludzie Żywi", z której jeszcze w liceum czytałam Boya-Żeleńskiego dziełko o Narcyzie Żmichowskiej smaczne okropnie, bo to Boy był, wiadomo, co się ze słowami absolutnie nie liczył. Albo liczył. Na efekt. I słusznie! A widoczny wyżej "Byron nieupozowany" to niemal sensacyjna rzecz. I - co nie bez znaczenia - bez błędów jakichkolwiek wydana. Mniam!

.
Nooo... Tu też same smakołyki. Boy w esejach o francuskich prozaikach XIX-wiecznych, zwłaszcza cudny tekst o George Sand i jej romansach (bo Chopin jedyną jej miłością nie był, oj nie - jakby kto pytał:). Smutna książka Forstera - ale oderwać się od "Maurycego" trudno. Lema "Głos Pana" i "Kongres Futurologiczny". Ja nie lubię science fiction - z wyjątkiem Lema właśnie. Mam go jeszcze więcej, ale wrzucanie zdjęcia każdej książki byłoby jeszcze większą żenadą od tego, co tu dziś wyprawiam, prawda? I świetne tłumaczenie wyboru opowiadań o Holmesie. Czytałam już kilka razy i pewnie jeszcze nie raz przeczytam. Na emeryturze?

Makuszyński za złotówkę. W podstawówce przeczytałam wszystko: od "Awantury o Basię" po "Awantury arabskie". Ale wtedy to ja naprawdę wszystko czytałam. Z wyjątkiem lektur, ma się rozumieć. A "Bezgrzeszne lata" jakoś ominęłam. I może to dobrze... Bo dziś przynajmniej umiem docenić ich genialny początek, który na zdjęciu poniżej. A tymczasem po prawej - krótki szkic o bardzie, który nabyłam na pewnych licealnych wagarach w sąsiednim mieście, gdyż musicie wiedzieć, że wagarowałam regularnie, zawsze w celach kulturalnych (raz z kumpelą spontanicznie zarezerwowałyśmy dla całej klasy spektakl "Tanga" Mrożka, afisze przed teatrem w mieście wojewódzkim ujrzawszy, a następnie zorganizowałyśmy wyjazd, czym olśniłyśmy polonistkę, więc czułyśmy się absolutnie rozgrzeszone)

Dla mnie - bomba! Stylistyczny majstersztyk prosto "z epoki"

Newerly'ego kupiła mi mama, jak kiedyś "rzucili" do osiedlowej księgarni. Wespół z Iwaszkiewicza "Aleją Przyjaciół", Słowackiego "Poezjami wybranymi" i jeszcze paroma pozycjami, które wtedy bez zahamowań drukowano i bez trudu większego sprzedawano. I tak w pierwszej licealnej przeczytałam "Zostało z uczty bogów". Ignorancją grzesząc, bo nie wiedząc, kto zacz i z kim mam do czynienia. Się dopiero później douczyłam i zdziwiłam. "Dziennik Franciszki Krasińskiej" za złotówkę to jest autentyk z epoki. Oświecenia. Cudna mentalność autentycznej nastoletniej postaci i jeszcze cudniejsze kąski obyczajowe. No i ta szata graficzna, jakże adekwatna - modne w oświeceniu silhouettes, którą jedną widać na stronie tytułowej. Turgieniewa mam za starych złotych 12 i pół, gdyż się załapałam na "bonifikatę 50%", bo kosztowało starych złotych 25 pierwotnie.

O, i to jest książka potrójnie cenna, bo: 1-pamiątkowa (Dziadek dzień przed śmiercią dał mi kieszonkowe, jak co miesiąc, za które od razu kupiłam trzy książki, nie wiedząc, że to ostatnie), 2-autorstwa Osieckiej, która w tej niepozornej formie wydawniczej jest w najlepszej formie pisarskiej (to moja skromna opinia), 3-kojąco-kompensacyjna (czytam zawsze, gdy mi źle)

Te także z ostatniego Dziadkowego kieszonkowego. Cieszę się, że na durnoty jakieś nie przepuściłam, tylko mnie na te książki natchnęło, naprawdę...


Tu Kraszewski mało znany, za złotówę nabyty, zaskakująco interesujący, co w przypadku osoby alergicznie na przenudną "Starą baśń" reagującej jest komplementem nie lada:)

Mówiłam już, że opowiadania w prozie cenię najbardziej? Bo to najtrudniejsza i najgenialniejsza forma jest?

No właśnie. "Iwaszkiewicze" w wydaniach zeszytowych kupione za grosze. Stare grosze. Wyobraźcie sobie. "Aleja" wystana w kolejce przez Mamę w osiedlowej księgarni - o czym wyżej

Się razem studiowało! Się debiutancki tomik solidarnie nabyło. Się na tym poprzestało. Innych Kuczoków, Kobierskich czy Olszańskich książek nie kupowało. Gdyż się trochę, że to dobre, niedowierzało. A potem zaczęli zgarniać nagrody lub przynajmniej nominacje. Więc się zazdrościło. Ale się już wtedy dzieci chowało i na życie zarabiało. I tak już zostało...
 
Tydzień temu już pisałam, że Iwaszkiewicza to ja "zawsze i wszędzie..." Chociaż nie "w obłędzie":) - że się tak Stachurową frazą poratuję:). Chciałabym jeszcze jego "Listy do córek", które wyszły niedawno. Pozostaję przy nadziei:)

 To tyle:)