środa, 30 lipca 2014

Mrożona kawa. Po mojemu

...z cyklu "Gotuję sobie"


Ale nie, nie gotuję. W żadnym razie. Choć umieszczam wpis w tym cyklu, gdzie wszystkie pozostałe o jedzeniu.

 

 

Było już o kawie mrożonej u jednej Takiej Niezaradnej:), było na MLE, a teraz i u mnie, bo robię tak od dawna. Konkretnie od jednej wizyty w kawiarni i wypicia tam takiego właśnie kawowego deseru.

Tylko u mnie, rzecz jasna, nie z ekspresu (ale poczekajcie, poczekajcie, dorobię się jeszcze ekspresu:), tylko z esencji, którą robię sobie z dwóch łyżeczek rozpuszczalnej arabiki i studzę. Później, wzorem nieocenionej jednej takiej, co się zgrywa na Niezaradną:), do słoika wlewam zimne mleko, trzęsę nim, aż się całe spieni i błyskawicznie przelewam do jednej z moich pięknych:) szklanek z ikei po jeden złoty i dwadzieścia groszy kilka lat temu kupionych i sami widzicie, że się opłaciło, bo są w każdym polskim serialu, to się przynajmniej człowiek światowo czuje za te grosze, a co! Aha, słoik to najpierw zakręcam. Serio mówię. A przelewam błyskawicznie, bo piana właśnie błyskawicznie opada i dobrze jest zdążyć z esencją, zanim zniknie. Robią się piękne wzorki (których nie udało mi się sfotografować, gdyż się oczywiście nie naszykowałam, tylko mi pomysł przyszedł na zdjęcie, jak już wszystko było w szklance, więc w ogóle nie ma ostrości i tylko jest wspomnienie pyszności tej kawy). Najlepszy widok jest z góry, bo na piance osiada resztka esencji, ale, jak mówiłam, nie zdążyłam:).

Dodaję swoje trzy grosze w sprawie mrożonej kawy dość śmiało, bo widzę, że sposobów na nią może być tyle, ilu spragnionych orzeźwienia w to piękne, upalne lato.

Bo ja upały uwielbiam.

niedziela, 27 lipca 2014

Na śniadanie - Toskania. Michał Paweł Markowski

...z cyklu "Czytam sobie" albo "Uroda życia"


Setki książek o sielskim i anielskim życiu w Toskanii potrafią do tego miejsca i do takiej literatury skutecznie zniechęcić. Do miejsca - bo ileż można oglądać "toskańskich" okładek atakujących z księgarnianych witryn w internecie i w realu?

 


Kiedy więc mąż triumfalnie mi pokazał w papierowym "Tygodniku Powszechnym" esej "Toskania, kochanka wszystkich" popełniony przez Michała Pawła Markowskiego (którego pisanie wielbię po prostu, bo inaczej się nie da) - zasapałam. Z radości. Albo i ze szczęścia. Bo czytać o Toskanii dobre rzeczy lubię. Te trochę gorsze też. A na złe jestem zła. Że psują idealny obraz idealnego miejsca próbami uczynienia go jeszcze bardziej idealnym i oderwanym od rzeczywistości. Do mdłości. Ale jeśli temat podejmuje bardzo dobry i bardzo znany eseista, poeta prozy (opinia prywatna), profesor uniwersytetu, polonista(!!!) - w ogóle nie ma o czym mówić, nie ma się nad czym zastanawiać.

Bo odkąd trochę przypadkowo przeczytałam Tessy Capponi-Borawskiej dziennik z wakacji w jej rodzinnej Toskanii, czuję, że to nie miejsce tandetnie i kiczowato sielskie, lecz mistyczne. Choć - jeśli chodzi o wakacje - przed sielskim kiczem najmniejszego oporu nie czuję:)). Gdzież by tam!

Natomiast dziś dzięki esejowi M. P. Markowskiego i dzięki owocom uzbieranym przez starszaki na działce Rodziców miałam śniadanie idealne.


SLOW READING, SLOW FOOD - SLOW LIFE!
I cudowna zapowiedź upału...

wtorek, 22 lipca 2014

Ulubione letnie ciuchy. Długa spódnica, krótka sukienka

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Jak ulubione, to wiadomo, że muszą być: a) wygodne, b) wyględne:), c) ponadczasowe, d) niezniszczalne (no, prawie:).


Na początek osobiście:
Bardzo moich Stałych Czytelników za te mnóstwo KLIKÓW przepraszam. Wiem, że widzieliście, a może nawet czytaliście:).
To jest mój ukłon w stronę Czytelników Nowych, którzy dotarli tu w ostatnich dniach - Witajcie i czujcie się tu chciani i lubiani! 

Ale do rzeczy!

Gołym okiem widać, że do "ulubionych" dostać się nie jest łatwo i konkurencja duża. Zalicza się do nich także "słynna pasiasta" oraz "z kokardami sportowa", co tylko potwierdza, że kryteria są wyśrubowane, a o tym, w jaki sposób one je spełniają, rozwodziłam się już tu: KLIK i tu: KLIK:).


Pierwsza jest długa jasnobłękitna spódnica z makro (lat 9, złotych 30) - ge-nial-na! Dlaczego? Bo się nie "znasza", a gdyby nawet trochę chciała na lekko znoszoną wyglądać, to tym lepiej dla niej. Przypomina pod tym względem dżinsy. Ale takie dobre, w starym stylu, pancerne, niezniszczalne dżiny KLIK (pisownia oryginalna - przyp. red.:). Drugi powód genialności jest taki, że sportowa w stylu, się nie gniecie, a jak nawet, to "szlachetnie", nie tandetnie, więc nawet po wyjściu z samochodu wygląda okej. Powód trzeci - długość. Bo? Bo kto podczas przeciągających się upałów, z trójką dzieciaków, domem i pracą na głowie ma co dzień idealnie gładkie nogi - niech pierwszy rzuci kamieniem:). Niby można spodnie, ale w te upały każdy powiew wiatru na wagę złota jest. A czasy staropanieństwa dawno minęły i czasem o dziesiątej na wieczór człowiek pada na kanapę z kolacją na kolanach, usiłując nie zasnąć, a niekiedy nawet usiłując udawać, że ogląda tv. Albo czyta. Ha! Lub nie usiłując. Tylko zasypiając po prostu. Zamiast siedzieć w łazience i "dbać o swoją kobiecość". Obciach, wiem, zgadzam się. Trudno. Life is brutal. Co stwierdzono dawno WŁAŚNIE KLIK TU. Czwarty powód to kieszenie: dwie wpuszczane (i wygodnie głębokie) z przodu i dwie z patkami (wyłącznie ozdobne) z tyłu. Te z przodu są naprawdę dobrze wszyte, bo wcale nie odstają, gdy się coś - na przykład paczkę chusteczek - do nich włoży. Albo klucze. Albo grzechotkę.
Nad spódnicą czarny (jakby kto nie zauważył:) top na ramiączkach z lidla (ma roczek z okładem i kosztował w przeliczeniu na sztukę złotych 10; w przeliczeniu, bo kupiony w dwupaku za 2 dyszki razem z kolorem tym - KLIK).
O balerinach, torbie i pamiątce znad morza szumnie zwanej bransoletką z bursztynków też już kilka razy było. TU i TU, i na przykład TU.

Jeśli natomiast chodzi o ulubioną sukienkę na lato...


Tak wygląda z tyłu. A TAK - KLIK z przodu:). O sandałach na koturnie pisałam TU - ZAPRASZAM:). Jeśli kliknęliście w link wyżej, widzieliście już ich opis.

Sukienka z gęsto tkanej bawełny, takiej, co nie "rozchodzi się" pod palcami, tylko wizualnie i realnie daje poczucie stabilności. A jednocześnie jest przewiewna. Wykończona pod szyją błyszczącą lamówką, dobrze się dopasowuje, nie krępuje ruchów, wygodnie się w niej siedzi, co przy tego typu dopasowanych fasonach nie jest wcale takie oczywiste. Świetnie się sprawdza na trochę bardziej oficjalne, lecz "upalne" okazje. A historię jej kupna, cenę i wiek znajdziecie pod linkiem powyżej.

piątek, 18 lipca 2014

Slow food. Lato w pełni

... z cyklu "Uroda życia"


Właśnie sobie przypomniałam, o czym równo rok temu pisałam, na czym tak naprawdę polega idea Slow Food. Że najlepiej z własnego ogródka, że od lokalnego dostawcy, że świeże, że prawdziwe, że dopiero pod tymi warunkami naprawdę zdrowe i pyszne. Ale wcale się nie zachwycałam i różne "paradoksy" wytykałam. Sprawdźcie:).


Pisząc o stylu życia pokolenia rodziców, rzewnie wspominałam, jak to "za naszych czasów" nasi rodzice z trójką dzieci, jedną pensją i komuną na karku zwyczajnie dawali radę. Uprawiając działkę, spotykając się z rodziną i znajomymi, nie narzekając, slowfoodowo i minimalistycznie  - żyli prawdziwie niespiesznie.

I widzicie?


Oni wciąż mają na to czas! Może tylko na działce trochę więcej trawy... Zamiast grządek, które dziś już nie są na wagę złota. Jeszcze tylko trochę młodej marchwi i szczypioru.


Ale tato, nie siej nic więcej, bo naprawdę nikt nie ma czasu tego obrabiać. Ja wiem, wiem... Przecież nic nie sieję. No tylko kilka rządków fasolki szparagowej. I ogórków, bo przecież i tak się nie udadzą... Właśnie, bo kto powiedział, że to wszystko musi być regularnie odchwaszczane? Najwyżej urośnie trochę mniej dorodne... Wciąż dobre:).


Dlatego u mnie znowu sezon na fasolkę:)! Znowu, bo pierwszy raz chwaliłam się nią rok temu w lipcu. Zamiast się powtarzać, zapraszam do kliknięcia i zerknięcia na ten najprostszy i najszybszy w świecie sposób na mój własny patent fast slow food - przepyszna  fasolka szparagowa duszona we własnym sosie.


A tymczasem z drzewa lecą pierwsze śliwki i lipcowe jabłuszka, jedyne, które nie alergizują i nie tracę po nich głosu.


Uwielbiam!

środa, 16 lipca 2014

Ogórki małosolne. Aromaterapia gratis

...z cyklu "Gotuję sobie"


Nie ma lata bez ogórków małosolnych. Przynajmniej jeden raz. A każdy następny to już, jak się uda:). Co prawda w zeszłym roku jedliśmy podarowane, bo nie dałam rady przy dwumiesięcznym maluchu, ale dziś jesteśmy o rok do przodu, więc możemy sobie na taki prawdziwy slow food pozwolić:).


Moje mają akurat dwa dni i tak się prezentują:


A tak je zrobiłam - według naszego domowego przepisu - najprościej w świecie:
  • trochę, na oko, ogórków większych, trochę średnich, a trochę całkiem malutkich młodszy starszak starannie umył (sekret: w metodzie "slow food" najważniejsze to umiejętnie delegować zadania:)
  • sporym wiechciem kopru wymościłam dno kilkulitrowego garnka
  • obrałam dwie główki dobrego polskiego czosnku (ważne, że polskiego, bo ten chiński nie pachnie, więc nie spełnia swej roli) - przemogłam się i obrałam, wąchając jednocześnie korzeń chrzanu, bo zapachu świeżego czosnku nie toleruję (o czym wiedzą tutejsi starzy przyjaciele:)
  • ząbki z jednej główki rozsypałam na koper,
  • z prawdziwą rozkoszą obrałam chrzan (z rozkoszą, bo zaczęły się już pięknie łączyć wszystkie aromaty świadczące o pysznościach, co wkrótce)
  • dwa słupki tego chrzanu położyłam na koper
  • na wymoszczonym koprem dnie garnka ułożyłam ciasno ogórki, zaczynając od największych, kończąc na najmniejszych (najmniejsze najszybciej się zakiszą i będą wyciągane jako pierwsze, później kolejne - coraz większe)
  • pomiędzy te ogórki wetknęłam kolejne dwa słupki i jeden spory liść chrzanu
  • przykryłam wszystko koprem, posypałam ząbkami z drugiej główki czosnku, wetknęłam resztę chrzanu
  • zagotowałam kilka litrów wody, wsypałam po stołowej łyżce soli na litr, chwilę poczekałam (żeby nie sparzyć ogórków) i zalałam, przykrywając całość
  • na wierzch położyłam talerzyk, na nim postawiłam zakręcony słoik z wodą (jego zadanie to obciążanie, by ogórki, koper ani nic innego nie wypłynęło nad poziom wody, bo zaczęłoby gnić po prostu)
  • tak przygotowany garnek przykryłam grubą ciemną ścierką (ciemną, ponieważ trzymam zaprawę w jasnej kuchni, a światło dzienne nie powinno mieć do ogórków dostępu)
W zależności od temperatury powietrza czekamy na nasze małosolne dzień lub dwa, wyjadamy je stopniowo od najmniejszych z wierzchu do największych z dna, a na samym końcu mamy już po prostu domowe kiszone.

Kiedyś myślałam, że kisić można tylko w kamiennym garnku, w szkle albo w jakiejś drewnianej beczułce. Ale odkąd przeczytałam artykuł o tradycyjnym kiszeniu ogórków, w którym zajmujący się tym od lat człowiek wychwalał plastikowe beczki, które są o niebo lepsze od drewnianych dębowych, ponieważ nie oddają zapachu mokrego drewna, odpuściłam sobie. Używanie drewnianych beczek topionych w rzece na zimę człowiek ten uzasadniał koniecznością konserwacji w dawnych, bezlodówkowych i bezplastikowych czasach, a nie jakimiś uzyskiwanymi w ten sposób szczególnymi walorami smakowymi. Twierdził, że jest wręcz przeciwnie, bo dobra beczka plastikowa umieszczona w chłodni nie wymaga topienia w rzece, dzięki czemu ogórek nabiera smaku przypraw, a nie mokrego drewna i wody z rzeki.
Mnie ten plastik jakoś nie przekonuje, wolę kamienny garnek, ale resztą nie bardzo się przejmuję. Jak slow to slow!

A Wy jak robicie swoje własne małosolne? Bo robicie, prawda? Kto by się im oparł:)

wtorek, 15 lipca 2014

Lato w paski

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Dlaczego w paski? Dlatego że trzy dni kombinowałam nad tytułem i nic nie wykombinowałam. A że najsłynniejsza spódnica tego bloga jest w paski, zatem...


Pociesza mnie fakt, że jeszcze tylko dwa miesiące i trochę do końca. No bo tak po prawdzie, do jakich "grubszych" wniosków miałam dojść, to już doszłam, a teraz to już trochę siłą rozpędu, a trochę na fali własnej pedanterii. Albo głupoty. Jak zwał, tak zwał.

Dziś od środka:

rzeczona "najsłynniejsza" w paski - no name, 3 lata, chyba jakieś 80 złotych
gumowy pasek - "bezcen(n)y", bo w komplecie z tą spódnicą kupiony, no name, 3 lata
t-shirt - no name, 15 złotych, 3 lata, jeszcze tak chętnie noszony
baleriny - reserved, 50 złotych, 3 lata, od dwóch pęknięte gumowe czubki (ale niewiele i jakoś bez postępów, więc noszę:)
torba - z hipermarketowego kosza wyprzedażowego za 20 złotych, chyba też 3 lata, pleciona 

10 lipca, czwartek

dżinsowe szorty - lidlfeszyn:), 20 złotych, 1 rok (czasem mają beznadziejne te szorty, a czasem bardzo-bardzo, te są bardzo-bardzo:)
t-shirt - no name, 3 lata, 10 złotych
baleriny - jak wyżej
torba - insert z "Twojego Stylu", chyba też 3 lata
dziecko - z imieniem:), bezcen(n)e, rok z kawałkiem:))

8 lipca, wtorek

top - Takko(znaczy tanio:), 30 złotych, 1 rok (uwielbiam za kształt dekoltu, za rękaw 3/4 i za mięsistość oraz gęstość bawełny, dzięki której się nie rozchodzi w palcach, a jest zwarta, choć miękka - to wyznacznik jakości bez względu na cenę); nadaje się też do bardziej "oficjalnego" zestawu
dżinsy - Big Star, 150 złotych w przecenie, kolejny hit mojej szafy, 4 albo 5 lat, best of the best, i na zakupy
baleriny - no name, 120 lub 140 złotych, prawie 8 lat, na wymarciu
o torbie - wyżej

11 lipca, piątek

t-shirt - Takko, 15 złotych, 1 rok (na pocieszenie - genialna bawełna plus wykończenie)
dżinsy - no name, 69 złotych, 7 lat, uwielbiam za grubość, toporność, twardość, niezniszczalność (co oznacza, że im bardziej zużyte, tym ładniejsze) i w niczym niepodobność do dzisiejszych dżinsopodobnych wyrobów, które już tylko z wyglądu (a i to z daleka) prawdziwe, mocne dżinsy przypominają - a te nie, te są jeszcze "starej daty"; na lato, na zimę, na wiosnę i na jesień
torba - wyżej
baleriny - też wyżej

13 lipca, niedziela

To tyle. Brak weny albo co?
Na razie!

niedziela, 13 lipca 2014

Ideał nieidealny. O mężczyźnie ulepionym z marzeń. "Wybaczenie" Lingas-Łoniewskiej

...z cyklu "Czytam sobie"

 

KLIK

 

Z pisaniem (a może i z pisarstwem - wielkie słowo) Agnieszki Lingas-Łoniewskiej pierwszy raz zetknęłam się, czytając pretendujący do miana powieści utwór "Wybaczenie", będący ostatnią częścią trylogii "Łatwopalni".


Na kolana rzuciła mnie już sama okładka: związane jedwabną wstążką dłonie w ogniu. Chyba miało być efektownie i à propos. O matko kochana! Wiecie?:) Rozumiecie?:) W każdym razie widzicie.

Lekko nie będzie, pomyślałam, ale okiem na okładkowe zachwalajło rzuciłam, a tam tłumaczy mi się, jak należy, że bohaterowie, że miłość, że w wielu odsłonach.

Otwieram.

Zaglądam.

Nooo!

I to jest bardzo-bardzo "nooo", żebyście nie myśleli! 

Zaczyna się wszystko, jak - nie przymierzając - traktat filozoficzny dla średnio zaawansowanych i proszę się tu nie doszukiwać ironii. Ale naprawdę proszę nie. Nie tym razem. Serio. Bowiem: jest dobrze, myślę sobie, gdyż podstawowym (ale to najpodstawowszym:) kryterium oceny cudzego pisania jest dla mnie poziom języka. Znaczy pisarska umiejętność świadomego i celowego komunikowania się na piśmie, w którą po kilkunastu próbach zrelaksowania się przy pomocy najróżniejszych czytadeł naprawdę łatwo zwątpić.

Dlaczego?

Ponieważ jeśli pisarz umie po polsku - znaczy, że niegłupi jest,  a to znaczy, że jest szansa, że wierzy, że oprócz niego istnieje jeszcze paru takich samych dziwaków:). I że jest szansa, że w związku z tym nie najgłupiej napisane czytadło będzie komu sprzedać. I dlatego on je nie najgłupiej napisał. I w końcu dla mnie to znaczy, że ono do imentu durne nie będzie. Jak większość podobnych.

Jeśli pisarz umie po polsku, to naprawdę sporo znaczy.

Więc tu jest dobrze, myślę i, zachęcona niepotraktowaniem mnie na dzień dobry jak głupka, przewracam stronę.

A następnie przewracam stronę.

I przewracam stronę.

I znów.

I jeszcze raz.

Aż tu nagle!:)

Epilog.

No dobrze, epilog jest beznadziejny. Pewnie potrzebny, gdyż pewnie dobrze jest wiedzieć.

No bo to jest tak:

z jednej strony zazgrzytałam zębami, że dla artystycznej (umownie piszę:) strony książki to gorzej, bo podobno literacko korzystniej jest zostawić jednak jakieś niedopowiedzenie, jakieś pole do namysłu (jeden z wątków naprawdę wart jest tego, by go "bez wykończenia" porzucić, a nie tak bezceremonialnie kropką nad "i" między czytelnicze oczy);

ale z drugiej strony na te półtorej godziny przywiązałam się do bohaterów, jak kto głupi, i niechby mi tylko spróbowała (pisarka znaczy:) tego epilogu nie dać! Chyba sama bym dopisała i - nie ręczę za siebie:) - na blogu opublikowała:)). Groźba poniewczasie, bo epilog na końcu jest.

Tak to jest. Babie nie dogodzisz.

Lecz do rzeczy.
Akcja: wartka. Tempo: dobre. Te sceny: obecne (i fajnie napisane, co rzadkie). Realia: w normie. Bohaterki: w porządku. A bohaterowie...

A bohaterowie to jest kwintesencja kobiecego wyobrażenia nieidealnych cech idealnego mężczyzny. Razy cztery. Pisarce dzięki, bo skumulowane w jednym egzemplarzu przyprawiałyby o mdłości, a tak skłaniają do miłości. Skłaniają bohaterki, ma się rozumieć:).

Na czym to polega, wie każda kobieta.

Że on ma być czuły i jednocześnie szorstki. Z głową w chmurach, ale twardo stąpający po ziemi (wielkolud znaczy:)). Rokendrolowy, lecz w zasadzie zasadniczy. Szalony, a przy tym odpowiedzialny. Pracy się nadmiernie niepoświęcający, a z pieniędzmi (i to niemałymi - kiedy je zarobił?). Mądry, choć w stosownej chwili głuptas. Albo jakoś tak. I zawsze wie, co powiedzieć. To obowiązkowo.

Bo w tego typu książce bohater może popełniać różne głupstwa, może mieć pokręcony życiorys, może być po przejściach. Ale zawsze wie, co powiedzieć. Jak się odezwać. Do przyjaciela. Do kobiety. I jak zareagować. Na różne rzeczy. Na wszystko.

I tu wychodzi szydło z worka!:) Pisarska podłość i przebiegłość, warsztatem i znajomością oczekiwań targetu zwana. Bo ja się pytam: skoro oni wszyscy tacy idealni, wrażliwi, empatyczni, rozumiejący, w różnych trudnych sytuacjach znaleźć się umiejący - to jakim cudem oni wszyscy po przejściach? Jak tego dokonali, że sobie wcześniej życie spaprali?

Jako czytelniczka się do poduszki przy pomocy "Wybaczenia" relaksująca czepiać się wcale nie mam zamiaru. Ani ochoty. Z zadowoleniem i z radością biorę "Wybaczenie" z dobrodziejstwem inwentarza i się cieszę, że tak sprawnie napisane i jeszcze przemyślnie skonstruowane (zaspokoić potrzebę kompensacji w czytadle, autorem jego będąc, łatwo nie jest).

Jako natomiast wredna polonistka szkiełkiem i okiem dojrzę różne sprzeczności, na przykład takie niekonsekwencje i psychologiczno-logiczne jawne przekłamania, tudzież niemożliwości życiorysowe, o których wyżej. I jeszcze podle wyciągnę, że tytuł, podobnie jak okładka "efektowny", w mocno naciągany sposób próbuje się w dziele:) tym uzasadniać co jakiś czas między wierszami, a co kawałek metodą sołtysa, krowy i miedzy, to znaczy wkładając w usta bohaterów sztucznie brzmiące deklaracje o konieczności i potrzebie wybaczenia sobie samemu przede wszystkim, a może i trochę innym.

Jako dwa (powyższe) w jednym dorzucę, że czytelnik jest przede wszystkim człowiekiem, dopiero później szkiełkiem i okiem, a potrzeby człowiecze w życiu człowieczym:) są ważniejsze od zawodowych, z czego wynika, że potrzeba przeczytania do poduszki czegoś naprawdę miłego, ciekawego, optymistycznego, a przy tym wszystkim niegłupiego, zaspokojona być jak najbardziej powinna i przy pomocy "Wybaczenia" jak najbardziej być może.

To w zasadzie tyle.

A wnioski?

Proszę bardzo. Sięgnę po poprzednie części. I to nie jest recenzja sponsorowana.

wtorek, 8 lipca 2014

Trzy... Dwa... Jeden... Lepiej nie mówić

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Premiera, a nawet dwie. Podkreślam, bo to na tym blogu NIEBYWAŁE:))). Z wiadomych przyczyn.


Zatem:

Premiera:) numer jeden: sukienka! Ale niech Was nie zmyli ładne słowo na p. Znaczy ono tylko tyle, że to jej debiut blogowy, a nie to, że jest nowa i pierwszy raz na mnie. Ale w sumie... Tak jakby... Bo ostatnio miałam ją na sobie dwa lata temu. Dosłownie. Latem tuż przed trzecią ciążą. Chociaż kosztowała tylko 69 złotych po 50-procentowej obniżce w lipcu 2011(czyli łup z wyprzedaży, jak to mówią blogerki modowe, ha ha:) - zaśmiała się podle, rzekł narrator:), to jest to ubranko z tak zwanej "wyższej półki" - jak na mnie, oczywiście i ma się rozumieć. Dopasowana, ale nie za bardzo. Krótka, ale bez przesady. Materiał wygląda szlachetnie, nie tandetnie - co dla mnie istotne (to jedno z moich kryteriów przy kupowaniu taniochy w różnych lidlach, stonkach, biedronkach, pepkach i innych chińczykach, ale wobec droższych sklepów też konieczne, bo cena nie zawsze świadczy o jakości), przy czym zawiera stretch w odpowiedniej proporcji, zatem "poddaje się", kiedy trzeba, a kiedy nie trzeba, udaje, że wcale tej gumy w sobie nie ma (kolejne kryterium - sprawdzane metodą ciągnięcia rękami:). Dalej - wykończenie. Żadne tam szwy na wierzchu, żadne fruwające nitki, niedoróbki, nic z tych rzeczy, nie za te pieniądze zawrotne! Dekolt wzmocniony atłasową lamówką - leży super i tak samo wygląda. Ale najważniejsze jest to, że czuję się w niej genialnie, chociaż się z początku przed nią broniłam, bo jak to - ja w sukience?!, bo nie ma kasy, bo to, bo jeszcze co innego... Ale mądra żona (znaczy ja:) wie przecież, kiedy należy słuchać męża, który wstawia ją do przymierzalni z kiecką w dwóch rozmiarach, gestem filmowego amanta zapina suwak, co powoduje, że się okazuje, że ja mam biust, talię i biodra, a co!, na co stwierdza (mąż znaczy), że no!, po czym zamek rozpina i kiedy się ubieram, kładzie sukienkę na ladzie, wyjmuje kartę kredytową i sukienka jest. Podsumowując: cena - 69 złotych (50%), wiek - 3 lata, z czego dwa lata nieużywana, czyli nowa:). O reszcie, czyli o torbie i o sandałkach już kilka razy pisałam. Aha, dla porządku, fotka jest z niedzieli 6 lipca.

Tu debiutuje na blogu spódnica. Którą u-wiel-biam:). I pewnie dlatego noszę od 2005 roku w każde lato (oprócz poprzedniego, wiadomo dlaczego - się nie mieściłam:). Czyli ma 9 lat formalnie, uwzględniając tę roczną karencję, 8 lat "użytkowych". Lubię ją za to, że nawet jak się wygniecie, to i tak nie razi - są takie ciuchy. Ma fajne naszywane kieszenie, które śmiesznie odstają, bo w miejscu naszycia jest marszczenie. U ich wejścia przyszyto kokardy, które są takim puszczeniem oczka, co ja rozumiem tak: okej, jestem sobie spódnicą sportową, ale konia z rzędem temu, kto będzie w moim towarzystwie sport uprawiał, spróbujcie, a się przekonacie, czy ja wam na to pozwolę:). A, i jak się do takiej kieszeni wsadzi paczkę chusteczek higienicznych albo grzechotkę, nic nie widać, co jest bezcenne. Co ważne, pasuje do balerinek szmacianych, do sportowych sandałów i najzwyklejszych (zatem i najtańszych) t-shirtów. Myślałam, że z wiekiem z niej "wyrosnę", że nie będzie wypadało mi w takiej podfruwajce biegać, ale nic z tych rzeczy. Biegam, jak biegałam 9 lat temu i sądzę, że śmiesznie nie wyglądam. Chyba że wyglądam, to mnie uświadomcie, a przestanę:). Kupiłam ją za jakieś 30 do 40 złotych w Trollu, w wielkiej galerii, mimo moich biegających pomiędzy wieszakami mniej więcej pięcio- i trzyletnich dzieci, przez co o mało nie wyrzucili nas ze sklepu, gdyż matka i spódnica w przymierzalni, ojciec spódnicę na matce podziwia, a dzieci... z soczkami w łapkach harcują i o palpitację serca sprzedawczynie w liczbie trzech przyprawiają. Wiem, nieodpowiedzialne, niemądre, niegrzeczne i inne nie... Raz na jakiś czas, dla psychicznej higieny, w różnych miejscach odpuszczamy sobie. Bez planu, bez żadnych założeń. Po prostu czasem nas nachodzi, czasem mamy dość i wtedy na pięć minut znikamy, nie ma nas, nie mamy oczu, nie mamy uszu, nie jesteśmy odpowiedzialni. Pod warunkiem, że wcześniej zlustrujemy warunki:). Czy się da. Czy ofiar nie będzie. I takie tam. Ale to zajmuje nam zaledwie sekundę, taką mamy wprawę. A potem  p i ę ć  minut zniknięcia. I cześć. O t-shircie, co ma 4 lata i kosztował dyszkę lub półtora rozpisywać się nie trzeba, bo jaki jest, każdy widzi:). O balerinach reserved za 5 dyszek i bransoletce za jedną było już. Fotka z poniedziałku, czyli z wczoraj, czyli z 7 lipca.

No a tu 4 lipca debiutują portki. Innych słów dla nich nie znajduję. Za jakieś 15 złotych z Lidla. Sprzed dwóch lat. Nie lubię, ale wciągnęłam z konieczności. Koniec

niedziela, 6 lipca 2014

Slow life według Miłosza. Dar


...z cyklu "Uroda życia" albo "Czytam sobie"


Myślicie, że to Carl Honoré wymyślił slow life? Jesteście w błędzie.



Dziś sięgnęłam do "Wierszy wszystkich" Miłosza. Tych samych, które podczytuję od roku.

Slow life - wiersz:), rocznik 1971

To nie były dla poety lekkie czasy. Dużo pracował. Miał dwoje niełatwych dzieci. Chorą żonę. Słowem: szacunek za ten "Dar". Przywraca proporcje bez epatowania własnymi nieszczęściami.


Ale Czesław Miłosz też nie wymyślił slow life'u. On go tylko stosował:). Slow life wymyślił całkiem ktoś inny. Nie wierzycie? Pewnie niedługo napiszę i o nim:)


A tymczasem... Tak wygląda tom wierszy Miłosza:





Na wypadek gdyby ktoś się skusił... Choć to mało popularne zajęcie. A ja dodam tylko, że coraz bardziej się do Miłosza przekonuję. Aż sama się temu dziwię...

piątek, 4 lipca 2014

Miłość małżeńska. W dwóch aktach. Romantycznie?

...z cyklu "Uroda życia"

 



Akt I
Scena1
Ona i On. Wieczór jak co wieczór u nich w salonie. Dzieci śpią. Trzeba być cicho, bo się obudzą. Kombinują, co na kolację. On mizia się. Miziu-miziu. Ona wije się wykrętnie.

Ona:
Weź, przestań...

On (dalej się mizia):
No co ty...

Ona (zniecierpliwiona):
Weź nooo... Lepiej zrób herbaty.

On:
Zaraz zrobię. Wszystko ci zrobię. Z czym chcesz kanapki?

Sytuacja powtarza się często gęsto bez większych perspektyw. On się jednak nie zniechęca. Mówi, że nie może ustać w wysiłkach.

Akt II
Scena 1
Popołudnie. Starsze u siebie. Najmłodsze na rękach taty. Ona mizia się. On uśmiecha się pod wąsem.

Ona (przez to najmłodsze czując się bezpiecznie, daje upust romantycznym uczuciom):
Kocham cię.

On (błyskawicznie):
Piłaś coś?

Niestety, Drodzy Widzowie, mimo najszczerszych chęci ani w pierwszym, ani w drugim akcie po scenie pierwszej nie zapadnie kurtyna, by druga mogła rozegrać się w ukryciu.
 
KONIEC


środa, 2 lipca 2014

Skutki życia we własnych opłotkach...

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


...są takie, że jak nie ma potrzeby ich opuszczania, to się po podwórku szwęda w domowych szmatkach i nie ma co fotografować, bo to się nie liczy. Chyba żeby policzyć plamy i plamki, dziury i dziurki, a także im podobne zmajstrowane przez Małe. Ale nie.


Tak sobie myślę, że bardzo to sprytne z mojej strony było, właśnie na macierzyński urlop zaprojektować projekt:) robienia zdjęć przez rok wszystkiemu, co się wkłada na siebie i na widok wystawia. Gdybym miała pstrykać fotki codziennie, jak w czasach chodzenia do pracy, to biada tu zaglądającym! Permanentne déjà vu tylko na początku śmieszy. Później już wcale nie cieszy, a jest zwyczajnie nudne, by nie powiedzieć - żenujące.

Chociaż z drugiej strony (to moje ulubione powiedzonko i dowód wrodzonej skłonności do dzielenia włosa na czworo), no więc z drugiej strony, jaka to żenada? Że się raz na parę dni zestaw powtarza? Że się sponsorowaną blogerką modową nie jest? Że się własną, nie sponsorską, szafę eksploruje i eksploatuje?

No dobra, zdjęcia wszystkie dwa poniżej przedstawiają z zeszłego tygodnia wyjścia poza opłotki także wszystkie dwa:

I tu się okazuje, że to jeszcze z niedzieli 22 czerwca, czyli prehistoria.
I tu Was zapraszam na naprawdę prawdziwe déjà vu

To natomiast niedziela ostatnia - 29 czerwca, czyli wychodzi na to, że się wychodzi za płoty raz na tydzień, a poza tym się czeka, aż zakupy mąż do domu zwiezie, a samemu się zażywa relaksu z dziecięciem, drepcząc po własnych kamienistych dróżkach, albo udziela się towarzysko-rodzinnie, bo tuż obok i nawet nie przez płot, gdyż płotu brak. O torbie już było, o bluzce i całej reszcie też

A jakie plenery różnorodne i ciekawe! Co nie?:)

wtorek, 1 lipca 2014

O rety! Dziś znów jest 1 lipca!

...z cyklu "Uroda życia"


Od dwóch lat żyję prawie bez kalendarza, choć pilnie strzegę zegarka:). I się połapałam koło południa, że ten czerwiec to już się skończył, a właśnie zaczął się lipiec.

 

Ale jakie to ma znaczenie? Ano w sumie niewielkie, tylko takie:


http://myslownicelife.blogspot.com/2013/07/inspiracje.html
Pierwszy nieśmiały wpis na moim dziwnym blogu

Sentymentalna trochę jestem, zatem proszę bardzo! A rok temu wydawało mi się, że jak skończyłam czterdziestkę (ale to jeszcze nie dziś i na szczęście jutro też nie:), to już jestem strasznie stara i w ogóle...

Tymczasem minął rok i... niestety, nie czuję się ani trochę młodziej. Mąż na to, że młodziej już nie można, więc to pewnie dlatego:). No więc tego się trzymam, a co!

Najgoręcej dziękuję Tym, Którzy Są Od Początku, a także Tym, Którzy Cały Czas Dołączają. Gdybyście nie chcieli poświęcać swych pewnie nielicznych wolnych chwil na wpadanie tu, moja obecność na Bloggerze nie miałaby sensu.

Dziękuję!!!

 I pozdrowionka!