wtorek, 30 września 2014

41, czyli Rozmówki małżeńskie

...z cyklu "Uroda życia"

 

Destrukcja. Analogia niżej:)



Niedziela. Południe. Przedpokój. Szafa z lustrem. Ona i On. Sukienka, szpilki, żakiet.

Ona
 (weszła w buty, wygina się przed lustrem, krzywi i marszczy - ogólna degustacja)

On (lekko zniecierpliwiony)
No. Idziemy.

Ona (wzdychając kokieteryjnie)
Nie no, w tych ciuchach to ja wyglądam, jakbym miała co najmniej... czterdzieści!

On (z miłością, jak zwykle)
Nie no, co ty, nie wyglądasz!

Ona
(zaczyna się rozpromieniać, ale nieśmiało, bo nie z nią te numery, i czeka)
???

On (obejmuje Ją, oczywiście z miłością)
Nie wyglądasz. Ty masz czterdzieści jeden.

Ona
 Jezu.

THE END

poniedziałek, 29 września 2014

"Po ciemnej stronie mocy", czyli jestem na fejsie:)))

...z cyklu "Dyrdymałki" albo nie wiem co

 

Kilka dni temu zamieściłam pierwszy nieśmiały wpis w miejscu, od którego przez lata całe odżegnywałam się i szłam w zaparte. Ale ciekawość mnie zżerała, a żal mi było Waszych fejsbukowych gadek było, no i "się zapisałam", jak mawia jedna pani:).


Jestem tu:


https://www.facebook.com/profile.php?id=100005701128750


Zapraszam Was serdecznie do polubienia mojego profilu, do grona znajomych, do obserwowania i do czytania i udostępniania:))).


Mam nadzieję w niedługim czasie stworzyć na Facebooku stronę bloga. Co Wy na to?

sobota, 27 września 2014

Porównałam. Kupiłam. Wyszło na moje

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Wśród napisanych poprzednio tak wielu słów o jednym "małym białym", znalazły się i takie, że za niektóre ciuchy sieciówkowe nie dałabym więcej jak 30 złotych, a one kosztują tam dwa razy tyle. Co najmniej.


21 września - dla porządku:)

No i właśnie. Ta bluzka to jest bardzo konkretny przykład ciucha, który prezentuje jakość lepszą niż jedna konkretna rzecz jednej konkretnej marki, której reklamować nie będę. Kupować nie zamierzałam, choć się do luźniejszych ciuchów w ulubionym granatowym kolorze od dawna przymierzałam, ale jednak się na zakup zdecydowałam. Porównawszy cenę i jakość tych dwóch prawie identycznych w fasonie bluzek, wybrałam.

Dość dziwna poza, ale "w locie" robione:)

Tę bardziej sprężystą, bardziej mięsistą (dziewczyny dobrze wiedzą, o co chodzi:), chyba lepiej wykończoną i o... 40 złotych tańszą. W dyskoncie. Wpierw widziałam w ofercie, ale jak zwykle pominęłam ust milczeniem (choć w głowie od razu powstało z dziesięć zestawów, jakie mogłabym z tym, co już mam, stworzyć). Później krótką wycieczkę w galerii przy kasach zrobiłam i rzecz prawie identyczną ujrzałam. I pomacałam. Porozciągałam. Cenę zbadałam. Się zaśmiałam. Wyszłam. Do dyskontu się udałam. Razem z marchwią, mlekiem i jogurtem tę oto rzecz nabyłam. Żadne z niej cudo, wiem. Ale kosztowała 25 złotych, nie 65, jak chcieli w sieciówce. W marnej sieciówce. Nadaje się do dżinsów i do wizytowych też.

A rzeczy poniżej były już poprzednio, więc tylko daty do kroniki i pozdrawiam serdecznie!

23 września


27 września

czwartek, 25 września 2014

Idealny biały t-shirt jest jak mała czarna

...z cyklu "Co w szafie piszczy"

 

 

Od dziś jestem także i TU - gdzie Was serdecznie zapraszam, bo szykuję tam niewielką niespodziankę:)

 

A teraz do rzeczy!

Wszyscy wiedzą, że biała koszulka to jest top topów, absolutny masthew:), zawsze i wszędzie, a także wszędzie od zawsze i tak już pewnie na wieki wieków będzie. Bo biały t-shirt to jest mała czarna na każdy dzień jak co dzień, a ponadto i na niektóre okazje niecodzienne, co nie co dzień bywają.


Że i do dżinsów, i do legginsów, ale także do portek nieco bardziej oficjalnych. Że do ołówkowej i do boho, a jak kto zechce, to do zwykłej dżinsowej lub do kolan zwiewnej.

Że pod marynarkę i pod elegancki żakiet. Pod dżinsową kurtkę i pod na ramiączkach sukienkę.

Gdy nie wiadomo, czy okazja będzie luźna, czy bardziej na sztywno, on i tak potrafi się odnaleźć. Jeśli biały i w dobrym gatunku. Może nie będzie wyglądał jak jedwabna koszula czy wizytowa sukienka, ale w komplecie ze spodniami z materiału nie obrazi nikogo zbyt sportowym lookiem. A jeśli okazja okaże się luźna, taki zestaw też nie będzie kłuł w oczy zbytnią elegancją. Co Wy na to?

Nie da się go nie mieć.

Ale jak już mieć, to porządny. Taki, co nie zżółknie po dwóch praniach. Nie "zwichruje się" po jednym. Nie zeszmaci.

Są ludzie, którzy twierdzą, że życie takiej koszulki jest krótkie i że jest to najnaturalniejsza rzecz pod słońcem, że się płaci kilkadziesiąt złotych, zakłada kilka, góra kilkanaście razy i wyrzuca na śmietnik. Ale ja myślę sobie, że to jednak lekka przesada. Bo gdy taki t-shirt dobrze traktować, on o wiele dłużej pociągnie, zanim trafi "na szmaty". Pod warunkiem wszakże, że nie jest szmatą od razu w momencie zakupu.

Właśnie. Szmata nie ma delikatnej, choć mięsistej faktury. Szmata nie jest gładka. Nie wygląda szlachetnie "na oko". Nie wraca do pierwotnej postaci po delikatnym rozciągnięciu pod palcami. Przez szmatę, choć niby gruba, da się popatrzeć, bo splot nie jest dostatecznie zwarty, a nici sprężyste. Ze szmaty tu i ówdzie zwisają nitki, a tam i tamże widać marszczenia na szwach, choć nikt się ich w tych miejscach nie spodziewa. Wreszcie szmata po założeniu nie leży. Nie daje przyjemności z tego bezpośredniego kontaktu, jakkolwiek to brzmi, moi Kochani:) Szmata nie ma porządnie przestębnowanych wykończeń. W szmacie dekolt, dół i rękawki jeszcze przed pierwszym ubraniem krzyczą, że zaraz się rozwloką, sfalbanieją, zaczną merdać albo smętnie zwisać.

Cena. Eh! Niby jest tak, że tanie jest tandetne, a drogie dobre. Zależy co dla kogo tanie albo co kto uważa za drogie. Dla mnie tanie to góra piętnaście złotych. Drogie (w przypadku zwykłej koszulki) powyżej tej kwoty. To jest w końcu tak zwany basic, więc bez przesady. Więcej płaci się za więcej. Na przykład za fikuśny krój, za malunek, grafikę itp. Albo za długi rękaw.

No więc nie tak dawno temu, pozostawiwszy małżonka przy kasie z wózkiem pełnym dóbr, czmychnęłam do sieciówki jednej z drugą, co w pobliżu tych kas. Dawno nie byłam, oj dawno! Ostatnio tylko w netach ciuchy oglądam i się zachwycam (tak bezpieczniej), co mi w reklamach wyskakują, co ma tę wadę, że im więcej oglądam, tym mi więcej wyskakuje, nawet jak jestem na arcyfachowych stronach pracowych, co mnie bezecnie, acz skutecznie od roboty odciąga i robotę spowalnia, ale do rzeczy.

No więc nie tak dawno temu... pobiegłam własnym okiem rzucić i pomacać. Wstępnie (to znaczy, zanim czmychnęłam) miałam obawy, że się sfrustruję, że gorzko tego czmychnięcia pożałuję, bo jak i tak nic nie kupuję, to po co się zmysłowo maltretuję.

Nic z tych rzeczy! Się nie sfrustrowałam, nie zmaltretowałam, żyję, mam się dobrze i nie bez satysfakcji. Bo wyszło na to, że:
  1. To, co ja, kierując się własnymi kryteriami jakości (powyżej), w najtańszych sklepach (łącznie z chińskimi) kupuję po maksymalnie 20-25 złotych, w sieciówce kosztuje najmniej 100-120.
  2. To, czego ja (patrz: punkt 1) nigdzie (łącznie z chińskimi) nie kupuję, bo żadnych kryteriów nie spełnia, w sieciówce idzie za około 60-70 złotych. Nitki z tego fruwają, szwy krzywe, pod palcami się toto rozłazi albo jest plastikowe. Za pięć złotych bym tego nie wzięła, co dopiero za pięć dych. Albo więcej.
Wniosek? Żeby mieć jaką taką jakość, musiałabym w sieciówce celować w przedział cenowy, na który mnie nie stać. Bo to nie jest tak, że wszystko jest tam do niczego. Jest i co do czego. Tylko dla kogo? Ci, których na to stać, idą raczej do sieciówki droższej, w której ceny zaczynają się od tej stówki albo dwóch. I tak to się kręci.

Ja już drugi sezon mam mój idealny biały t-shirt z Takko Fashion za 15 złotych. Ma porządnie wykończony lekko łódkowy dekolt, lekko przylegającą konstrukcję, mięsistą strukturę materiału, nie uciąga się, nie rozciąga, nie prześwituje i idealnie wszyto mu rękawki. Które mają długość w sam raz - nie odsłaniają pach i nie skracają ręki (to robią rękawki sięgające do połowy długości między ramieniem a łokciem, są najgorsze). Jego długość - do połowy bioder - nie uwydatnia brzucha (jak ta sięgająca pępka) ani nie skraca nóg (jak ta za pupę).

Jakim cudem on ma dwa lata i wciąż dla mnie taki idealny? Dobrze go traktuję:
  1. Piorę w płynie z rzeczami delikatnymi, na programie do prania ręcznego wełny.
  2. Nie przypinam go na sznurku klamerkami, tylko przewieszam w połowie.
  3. Aby uniknąć zażółceń pod pachami, zafundowałam mu porządny niezostawiający śladów antyperspirant mineralny w kulce:). Niech ma, niech się cieszy! I nie żółknie. Zresztą to prezent także dla t-shirtów granatowych, które są narażone na białe smugi pozostawiane przez zwykłe antyperspiranty.
Ale najważniejsze jest to, że noszę go, jakby był najbardziej ekskluzywną i najdroższą częścią mojej garderoby. Wiem, że na to zasługuje. Bardziej niż niejeden drogi ciuch. Nie bez powodu nazywa się "basic". Podstawy są najważniejsze. Na podstawach opiera się dobry wygląd. A on nie zawsze zależy od ceny.

PS!!! Sklepy chińskie, najtańsze hipermarkety, sieciówki tańsze i droższe, a także dyskonty - wszyscy równo jadą na niewolniczej pracy dorosłych i dzieci. W Chinach, Wietnamie, Bangladeszu. Nie wszyscy przebijają cenę kilkaset razy. Najchętniej kupowałabym wyłącznie ciuchy (a także inne produkty) wytwarzane przez uczciwie opłacanych ludzi, zatrudnionych na prawdziwą umowę o pracę. Jestem gotowa kupować trochę droższe rzeczy. Ale nie stać mnie na produkty powyżej pewnego pułapu, np. na t-shirt za kilkadziesiąt złotych albo dżinsy za kilkaset, bo rodzinę mam dużą. Pytam Was zatem całkiem poważnie: znacie takie firmy i takie produkty? Ale takie na sto procent fair? I niedrogie? Dajcie znać, Kochani. Bo póki co, płacąc za dżinsy kilka stówek, wcale nie mam pewności, że ich znany i drogi producent nie szyje ich na Filipinach przy pomocy dorosłych i dzieci pracujących po 16 godzin za pieniądze, które nie starczają na dzienne wyżywienie.

wtorek, 23 września 2014

Jak nie wychować konformisty, czyli jak nie złamać charakteru, ucząc niełamania zasad

...z cyklu "Rodzicielstwo radosne"



Czy pamiętacie wpis "Spodnie? Spódnica? Spódnicospodnie? O zasadności zasad"? Jeśli tak, to fajnie, jeśli nie, nic nie szkodzi:) Było o zasadach. I o tym, czy każda zasada jest godna tego, by ją szanować. Słowem, o nauce refleksyjnego podejścia do życia.

Dziś kontynuacja tematu, czyli próba odpowiedzi na następujące pytanie: Jak nakłonić dziecko (a także dorosłego) do respektowania sensownych zasad? Zwłaszcza dziecko nastoletnie, biologicznie zdeterminowane do łamania zasad zastanych zupełnie bez związku z ich zasadnością i sensownością. Trudne, ale nie niemożliwe, więc warte uwagi, tym bardziej, że rzecz w równym stopniu dotyczy całkiem dorosłych ludzi, wszyscy bowiem mamy od czasu do czasu ochotę obejść, nagiąć lub wprost przekroczyć obowiązujące normy. Przy czym osobiście uważam, że wprost-przekraczanie lepsze od obchodzenia, naginania i innego mętnego lawirowania, świadczącego o nieposiadaniu własnych przekonań i - dla równowagi - o posiadaniu wyjątkowej skłonności do krętactwa i oszustwa. Będzie subiektywnie, nawet bardzo. I coś mi szepce, że nie bez racji.

Aby przeczytać dalszą część mojego wpisu, kliknijcie, proszę w SOS Rodzice - bardzo serdecznie Was tam zapraszam:))) Ciekawe miejsce. No i od teraz niektóre moje wpisy właśnie tam będą miały swój dalszy ciąg.

Co o tym sądzicie? Nie obrażajcie się, proszę:), dla mnie to radość i forma docenienia, że będę w SOS Rodzice publikować.

sobota, 20 września 2014

Bezglutenowy placek ze śliwkami. Najprościej w świecie

...z cyklu "Gotuję sobie"



Najlepsze placki z owocami wychodzą mi na półkruchym spodzie. I szarlotki, i z rabarbarem. A dziś placek ze śliwkami. W moim domu jak zwykle w wersji z glutenem i bez, z krowim jogurtem i z jogurtem kozim, na kurzych lub przepiórczych jajkach.


Przepis jest taki:


Tu sama siebie (z przepisu na ciasto z rabarbarem) skopiuję z nadzieją, że nikt się nie pogniewa, ale nie ma sensu cudów wymyślać, jak się już raz sposób pieczenia opisało:)
 
Brak tu  temperatury i czasu pieczenia, ale mama zawsze mi mówiła (a to przepis od mamy, przepisany ręką siostry, z dopiskami ręką moją), że jak nie ma w przepisie temperatury, to znaczy, że na 180 st., a jak nie ma czasu, to mniej więcej 45 minut, potem sprawdzać, zależnie od grubości do godziny się upiecze. Ale uwaga! Podane tu składniki trzeba podmienić, jeśli ma być dla alergika. 

To najpierw topię tę margarynę, żeby zdążyła przestygnąć, kiedy będę robić resztę. A potem do zimnego. Pomieszczenia, nie lodówki:)

Bezgluteny piekę na mniejszej, kwadratowej blaszce, bo dla jednej osoby, góra dla dwóch, jeśli goście. Wtedy właśnie biorę składniki na małą porcję. Na większą blachę podwajam ich ilość.

Wykładam suchą blachę papierem do pieczenia. Wolę tak, niż smarować i czymś wysypywać.

Mąka chlebowa bezglutenowa Schaar już w misce (normalna ilość, podmieniam tylko produkt bez przeliczania). Dalej czeka cukier, cukier waniliowy, proszek do pieczenia (używam zwykłego, ale jeśli w ogóle nie tolerujecie glutenu, kupcie specjalny bezglutenowy, u mnie taka ilość nie szkodzi), jajeczka przepiórcze (cztery przepiórcze za jedno kurze).

Do tego przestygnięta, ale jeszcze nie ścięta margaryna.

Wszystko w misce, zaczynam zarabiać. Wystarcza mi jedna ręka, drugą wolę mieć czystą do trzymania miski. Jeśli chcecie ciastoterapię, wsadźcie obie:)

Ważne, żeby nie wyrabiać ciasta, tylko je zagnieść i nic więcej.

Z bezglutenem jest tak, że się ciasto strasznie do rąk lepi i muszę kilka razy płukać, żeby dało się rozłożyć. Mniej więcej centymetr grubości powinno mieć.

Na ciasto układam śliwki. Nie zakładam całej powierzchni szczelnie, bo one miękną i puszczają sok, a samo ciasto jest cienkie i bardziej wilgotne, niż ze zwykłej mąki, więc nie chcąc mieć błotka, tak kombinuję:)

Do pozostawionego wcześniej ciasta dołożyłam koziego jogurtu i dosypałam troszkę proszku do pieczenia, aby je "rozmnożyć". Zostało mi go naprawdę malutko, a chciałam choć trochę przykryć śliwki. Takim lejącym "czymś" pomazałam bez ładu i składu po śliwkach. Nie wyglądało to dobrze, ale co tam!
 
Włożyłam do pieca. 180 st. i 45 minut. Grzanie "góra-dół" bez termoobiegu. Zwykle, jeśli widzę, że się za bardzo rumieni od góry, przełączam na "dół":) Tym razem nie było potrzeby. A górna warstwa "rozmnożona" jogurtem jakoś tak się po śliwkach "rozlazła" i zakryła je prawie w całości.

Śliwki były bardzo kwaśne, więc jeszcze przed pieczeniem posypałam je obficie cukrem, a po wystygnięciu ciasta, także cukrem pudrem. Też obficie. Rękami małżonka. Który ten urodzinowy wypiek na stół kroił i już po uszczknięciu przez gości sfotografował. Ja tym razem nie mam zdjęć z "w trakcie", bo mi się małe moje pod nogami kręciło, więc nie chcąc kusić losu, dałam sobie spokój. Wolałam skończyć oba ciasta, niż mieć fotki z połowy każdego:)

Smacznego!

 

 

 
  

środa, 17 września 2014

Wykopaliska, handmade, ażury, czyli zaległa "sesja" tarasowa:)

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Jak się niedawno odgrażałam, tak też w niedzielę uczyniłam i jest. Sesja tarasowa:). W moim wykonaniu polega ona na tym, że - niezależnie od pogody, światła i tym podobnych nieistotnych głupot - staję sobie na tle mojego na wyciągnięcie ręki lasu, co już wkrótce kolejny raz będzie mnie godzinami trzymał na leżaku swoimi obłędnymi barwami...


Eee, no tak. No więc staję sobie na tym tarasie, a małżonek jest uprzejmy swoim zabójczym smartfonem fotki pstrykać. I tylko się, kochanie, nie śmiej. Ależ skąd. Gdzież bym śmiał. Nie bądź podły i się nie nabijaj. Ale coś ty, ja się nigdy nie nabijam. No dobra. Już? Zrobiłeś? Bo nic nie było słychać. A bo dźwięk wyłączyłem. A to tak można? No można. Bo czytałam, że nie można, żeby nie było można robić ludziom na ulicy zdjęć po kryjomu. No w większości telefonów chyba nie można, ale w tym można. Aha. Ale przed chwilą pstrykało. Ale jak cię nie było, wyłączyłem. Aha. Dużo jeszcze? Eee, trochę. Aha. A to już ostatnie? Eee, przedostatnie. Aha. No, dzięki. To chodźmy do mamy. Noo, na pewno ma ciasto. Eh. Super. To ja się jeszcze przebiorę. ???!!!


Nowa, ale to naprawdę nowa, bo chyba w lipcu w lidlu kupiona, jest bluza. Kosztowała jakieś trzy dychy. Się wahałam (bo napis może robić wrażenie obciachu - kto dziś pamięta o KISSach?), ale się skusiłam. Wiem, miałam nie kupować niczego, ale takie coś od dawna miałam w planach, a trafiła się okazja, co nie powtórzy się prędko, zaś w normalnych sklepach odzienie takie dwa razy tyle, jak nie więcej, kosztuje, a jakość bardzo fajna, a małżonek, że kup, że ma taki fajny dekolt bez ściągacza, a ja, że kiedy będę tak chodzić, jak nie na macierzyńskim, bo przecież nie do pracy, a za parę lat w moim wieku to już nawet nie na spacer i takie tam inteligentne:) szmery bajery, grunt, że bluza jest:), no a jeszcze najważniejsze, że niedawno wywaliłam zdartą czerwoną fruit of the loom dwudziestoletnią, to chyba mi się należy, nie? To jest.

O, a tu to nic nowego nie ma, bo o bluzie z kapturem było już. Że dziesięcioletnia, że z Trolla, że z likwidacji sklepu za trzy dyszki, że robi talię, że dziś staromodna, bo obcisła, że baaardzo szerokie ściągacze i że to wtedy było oryginalne, a w każdym razie dla mnie:).

A te dżinsy, że prawie siedmioletnie, też było? I że za 69 złotych na wyprzedaży? No i że pancerne, nie do zdarcia, bo bez stretchu, więc nogawki na dole pięknie postrzępione. Jak dla mnie, oczywiście:).

No a to to w ogóle bez sensu, bo było (chociaż z innymi butami! ha!), ale jak tu nie dać, jak się tak na spacerze było. No to daję, bo kiedyś tam napisałam, że będzie każde i że będzie sprawdzanie, ile razy i co się powtórzyło, to proszę bardzo, a co! A z tymi butami tego zestawienia jeszcze nie było, to mogę uznać, że się nie powtórzyło. A nie?!

Hmm, no tak. Baleriny moje siedmioletnie cudownie rozchodzone mi się rozpadły, to znaczy dziura się zrobiła w podeszwie, bo tak, to w porządku. No, ale z dziurą w podeszwie chodzić się nie da, to poszłam i nowe nabyłam. Nie do końca takie, jakie chciałam i jakie sobie wcześniej w internecie upatrzyłam, ale kompromis to moje drugie imię, nieprawdaż? Prawdaż! Zatem trzech stówek na obuwie własne poskąpiłam, bo skoro poprzednie za 120 złotych siedem lat wytrzymały, to te za 116 może też trochę pociągną? Na razie nierozchodzone, na razie obcierające, na razie gdzieniegdzie gniotące. Zły znak? Nie wiem. Tamte też tak miały, a się przystosowały:). No a u góry moje tak zwane "ciuchy ciążowe":).

Kombinuję, ale jak tak patrzę, to w sumie się dokładnie nie powtarzam. Choć mieszam. Na szkolne zebranie w sam raz.

No a tu tak samo. Że kombinuję, że wszystko znane, ale w sumie w dokładnie takim zestawieniu nie powtórzone.

Archeologia. Wykopaliska. Dno szafy moich Rodziców. Handmade mojej chrzestnej. Anno Domini 1990. Mówiłam, że wykopaliska. Szydełko, dobra włóczka, wprawne ręce. Ażurowy sweterek, za który dziś trzeba by fortunę chyba. Taki kaprys małolaty, co nie chciała być modna, co to, to nie, w żadnym wypadku, za to musiała być oryginalna, nawet wśród punków, więc na czarny podkoszulek zarzucała takie coś i SIĘ WYRÓŻNIAŁA. Wszędzie. I wśród tak zwanych "dyskomułów" (kto pamięta takie słowo, ręka do góry:), i wśród tak zwanej "alternatywy". Najważniejsze to mieć priorytety, co nie? Dla wątpiących: nie, nie spróchniał; nie, mole go nie zżarły (jakim cudem?) i nie, naftaliną nie capi, gdyż w naftalinie nie leżał. Cud? Cud mniemany! Albo bardzo dobra jakość. I mikroklimat:))). Szafy. Czuję się młodsza o całe 24 lata. Bo on powstał w tamte wakacje. Eh!

niedziela, 14 września 2014

Casting na premiera albo Księżniczka na ziarnku grochu

... z cyklu "Czytam sobie" albo "Dyrdymałki"

 

Ilustracje Szancera - kultowe i bezcenne. Jedyne

Obrazek z galerii allegro.pl

 

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tą baśnią? Bo przecież zna ją każdy, więc streszczać nie trzeba. Prawda? Co jest cechą prawdziwej księżniczki? Wygodnictwo czy może wrażliwość? Jak ją rozumiecie? Jak dzieciom czytacie? Że mądra królowa matka, bo chcąc syna przed fałszywką ochronić, sprytny test przeprowadziła? Że na autentyk warto czekać i warto w podróbkach do skutku przebierać?


Ha! Na miejscu tej księżniczki to bym się na pięcie odwróciła i teściowej takiej oraz uzależnionemu maminsynkowi grzeczne "cześć" powiedziała. Ale przecież burza. Ale leje. Ale ona taka sama i bezradna. Więc upokarzającemu testowi wrednej teściowej pokornie się podda, uda się jej albo nie, w każdym razie do rana na miękkim i suchym przeczeka, a potem to jak Bóg da. Albo teściowa pozwoli. A synalek skwapliwie skorzysta.

Zaraz, zaraz! Czy aby na pewno? W końcu to nie kto inny jak on wybierał, przebierał i żadna go godna nie była. Przedsiębiorcza mamusia wnuków żądna sprawy nieco przyspieszyć postanowiła. A że prawdziwie królewskiego rodu z krwią pospólstwa mieszać sobie nie wyobrażała... Sprawdzała.

Okej. Do tego momentu wszystko się zgadza. Andersen nie w ciemię bity, w baśnie satyry społecznej nawtykał, gorzko nie do smaku przyprawił, jest dobrze. Ale wiecie, co ja w jego baśniach lubię najbardziej?

Że one nie takie kawę na ławę, że nie sołtys krowie na miedzy, że inteligentnie i że satyrycznie. Oraz z furtką na domysły otwartą.

Bo przyznacie, że teściową tę nazwać wredną (albo - dla odmiany - mądrą) łatwo i prosto jest, prawda? Wredna - bo toksyczna. Mądra - bo troskliwa. Dziecko chroni. Dorosłe. Właśnie.

A zastanawialiście się kiedyś, przed czym? I dlaczego ona pod te bety ziarnko kładzie? Co biedna kobieta tak naprawdę sprawdza? W moim belferskim życiu zawsze skrzętnie tę baśń omijałam. Bo na trywialnych i w sumie głupawych szkolnych interpretacjach poprzestawać trochę się wstydziłam. Jakoś tak czułam, że dzieciaki tego wcale nie kupują. Że udają, bo to szkoła w końcu, bo ocena i inne ble ble...

Ale kombinowałam, kombinowałam, aż wymyśliłam. A jak już wymyśliłam, w internetach sprawdzałam, gdzie i kto wymyślił to przede mną, ale nie. W każdym razie nie znalazłam nic w tym stylu, chociaż może źle szukałam. Za to długo.

Strasznie mi żal tej zmokniętej małej, strasznie nie lubię księciunia, strasznie intryguje mnie teściowa. Po co kobieta pcha groch do łóżka?! I jak ja to mam klasie zapodać? Otóż, moi Drodzy, teściowa owa to niegłupia kobieta jest. Dobrze wie, co jest najważniejszą cechą króla. A jeszcze bardziej królowej. Czyli na tym etapie pretendentki. Świetnie rozumie, czym tak naprawdę jest rządzenie. A także po co zwykłym ludziom król.

Że królować to nie rządzić, ale się troszczyć. Opiekować się. Starać. Słyszeć, widzieć, dostrzegać. Być dla ludzi i w sumie ludziom służyć. To znaczy naprawdę królować. Takie obowiązki ma prawdziwy król. Nie uzurpator pełen pychy i żądzy bogactwa.

Aby jednak sprostać tak wysoko postawionym wymaganiom, trzeba mieć bardzo, bardzo i jeszcze bardziej ponadprzeciętną wrażliwość. A skórę tak cienką, że wyczuje najmniejsze ziarnko grochu spod dwudziestu materacy i pierzyn. Bo kto śpi spokojnie, gdy jego poddany cierpi choć najmniejszą krzywdę, nie nadaje się na władcę. Kogo nie uwiera troska maleńka jak ziarnko grochu i odległa o dwadzieścia materacy, ten nie może królować nad ludźmi .

Należy strzec się królewskich uzurpatorów (i uzurpatorek), bo tacy władcy (i władczynie:) to tyrani, a ich rządy są pasmem nieszczęść. A tak całkiem od czapy dodam, że testowi ziarnka grochu należałoby poddawać każdego, komu ma przypaść w udziale choć niewielki kawałek władzy.

Tak to jest na tym wydłużonym macierzyńskim:). Się człowiekowi nudzi (haha:), to turlając piłeczkę, kombinuje. Z jakim skutkiem, oceńcie sami. W każdym razie, gdyby kiedyś przyszło mi wybierać baśnie Andersena na lekcję, będę wiedziała, która jest tego najbardziej warta. Bo przyznacie, że powiedzieć, iż królowa matka jest mądra, bo dba o syna, to głupie, a wyskakiwać z tekstem o nadopiekuńczej i toksycznej teściowej - trywialne? Właśnie. Pierwszej wersji nie mam sumienia wciskać niewinnym dzieciom, a drugiej nie zapodam przecież w podstawówce:).

środa, 10 września 2014

Letnie ostatki - cz. 1

...z cyklu "Co w szafie piszczy"


Jakoś tak ze mną jest, że kiedy upały, to tęsknię za możliwością włożenia dżinsów, a gdy ta możliwość nadchodzi (czytaj: robi się jesiennie chłodno), za wszelką cenę staram się nosić jak najlżejsze ubrania. Tak długo, jak to tylko możliwe.

 

7 września, niedziela: "ikona" tego miasta niedługo obróci się w proch:) - trochę mi szkoda, bo to symbol mojej młodości - jaka młodość, takie symbole:), prawda? - prawda!

Nie mam zdjęć wszystkich zestawów, w których biegałam z małym w spacerówce po mieście (z prostej przyczyny: nie miał mi kto fotek pstryknąć:), ale za to mam nadzieję nadrobić te zaległości w wolnej chwili na tarasie:). Czytelnicy z dłuższym stażem pamiętają moje jesienno-zimowe sesje-koń-by-się-uśmiał:))). Wtedy też były samotne z wózkiem spacery.

6 września, sobota

Nie żeby to miało być jakieś oryginalne albo coś:). Nie żebym tym miała kogoś uszczęśliwiać:). To tylko taka mała nieszkodliwa obsesja, takie parcie na to, by kończyć, co zaczęte i mieć poczucie uporządkowania spraw. Kuriozalne, przyznaję, ale gdzieś ten porządek trzeba mieć, nie? A przynajmniej od czegoś zacząć!

Dziś zanudzam w ten sposób, a nie opisami, bo opisy tych ciuchów i tych dokładnie zestawów już tu były nie raz i nie dwa. Wszystkie "piszczą w szafie", co u góry w zakładce. Zapraszam!

poniedziałek, 8 września 2014

Kurt Weber "Dokumenty podróży"

... z cyklu "Czytam sobie"

 

Podobno w dzisiejszych czasach największą popularnością cieszy się literatura faktu. A w tym rodzaju największe wzięcie mają biografie. Nie bardzo lubię. Uważam, że dobra proza to niekoniecznie proza non fiction. Że większą sztuką jest stworzyć historię tak, by urzekła czytelnika prawdą życia niekoniecznie przeżytego, choć inspirującego. Tak sądzę. A jednak autobiografię Kurta Webera przeczytałam jak najlepszą i pasjonującą powieść. To z jednej strony zasługa bogatego w zdarzenia życia, ale z drugiej - niezwykły talent autora, który nie wpada w spotykany w tym wieku (lat 80 i kilka:) nużący dydaktyzm, lecz z prawdziwie pisarską pasją wydobywa moc pozornie nieistotnych szczegółów. Takiego zmysłu obserwacji i umiejętności literackich nie powstydziłby się niejeden Iwaszkiewicz. Albo i inny mistrz opowiadania.


Stąd mam książkę


Napisałam "nie bardzo lubię", a to wcale nie znaczy "nie sięgam". Bo sięgam, choć starannie wtedy wybieram. A potem ewentualnie o tym wyborze piszę. Z własnej i nieprzymuszonej woli. Za darmo. Za nic. Jak o wydanych niedawno "Dokumentach podróży". To biografia. Biografia, choć z tytułu "nie wygląda". Nie bije po oczach zdjęciem autora. Ani nawet nie za bardzo nazwiskiem. A mogłaby...

...mogła, bo Kurt Weber to światowej klasy operator filmowy. Choć nie znajdziecie tego zdania w żadnej encyklopedii ani leksykonie, tak właśnie jest. W każdym razie takiego nabrałam przekonania po przeczytaniu jego autobiografii. Ale nie, broń Boże, to nie on tak o sobie pisze! W żadnym wypadku. Taki jego obraz wyłania się z rozsianych po całej książce znaczących epizodów.

Zaraz, od czego by tu... Nie wiem, nie umiem porządkować treści, przy każdej próbie wprowadzam jeszcze większy zamęt. Dlatego najpierw garść istotnych faktów.

A zatem: Kurt Weber to wywodzący się z elity cieszyńskiego mieszczaństwa o żydowskich i austro-węgierskich korzeniach artysta obrazu i światła. No, to najważniejsze już za mną. Co jeszcze? Współtwórca filmów Tadeusza Konwickiego, Janusza Majewskiego i Kazimierza Kutza.

Twierdzi, że „lubi mieć porządek i w papierach, i w życiu”, dlatego, powodowany pragnieniem uporządkowania wspomnień, wyrusza w podróż przez dziesięciolecia. Z mogunckiego mieszkania na parterze kilkurodzinnego domu z ogrodem w roku 2012 cofa się do przedwojennego Cieszyna w roku 1938, gdzie jako małoletni syn właściciela fabryki wyrobów z tworzyw sztucznych obserwuje operację przyłączania Zaolzia do Polski. Od teraz może z kolegami płatać figle nowym sąsiadom w czeskiej części miasta. Jako dziesięciolatek z poważnym, bo już pięcioletnim, stażem cyklisty nie dziwi się widokowi oddziału wojska paradującego podczas trzeciomajowej defilady na… rowerach.

Spokojne i syte dzieciństwo zakłóca wybuch wojny, która zmusza rodzinę do opuszczenia miasta i wędrówki na Wschód. Wyjazd do Lwowa stanie się dla jedenastoletniego Kurta początkiem życia spędzonego "w podróży". Już nigdy nie powróci on na dłużej do miasta na południu Polski, lecz będzie wiązał swe losy z kolejnymi życiowymi "przystankami", by osiąść na obczyźnie, do której praw nabędzie, przyznając się do niemieckiego języka, jakim posługiwano się w posiadającym austriackie korzenie rodzinnym domu.

Póki co, właśnie zaczęła się wojna i Kurt przebywa we Lwowie, skąd całą rodzinę czeka wywózka eszelonem do łagru w okolicach Kazania, a potem podróż do Tadżykistanu. Tam  ukończy polską szkołę średnią, zda maturę i zdobędzie uprawnienia kinooperatora. Po wojnie rodzina wróci do Cieszyna, skąd Kurt ucieknie przez "zieloną granicę" do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech – tu będzie pracował jako operator w kinie objazdowym. Po powrocie do Polski dostanie się na studia w łódzkiej Filmówce i rozpocznie współpracę z twórcami Polskiej Szkoły Filmowej, a także karierę akademicką.

Kiedy już wydaje się, że jego życie osobiste i zawodowe w Polsce zaczyna się stabilizować, wydarzenia marcowe roku 1968 skłaniają go do przyjęcia tzw. "Dokumentu podróży" pozwalającego na wyjazd z Polski na Zachód, lecz bez prawa powrotu. Choć w kraju cieszył się już wysoką pozycją i pracował z najlepszymi, po jego opuszczeniu nie bez trudu i nie bez wyrzeczeń układa sobie życie zawodowe w Niemczech Zachodnich. Po latach bycia "wolnym strzelcem" z ulgą przyjmuje stałą posadę wykładowcy Uniwersytetu Jana Gutenberga w Moguncji.

Wytęskniona pewność etatu państwowego urzędnika ogranicza jednak możliwości swobodnego korzystania z napływających od uznanych reżyserów propozycji współpracy, stąd głównym źródłem zawodowej satysfakcji staje się dla niego kształcenie pasjonatów filmu, zaś własne projekty operatorskie realizuje w okresie wakacji.

Mieszkanie na Zachodzie pozwala mu odbywać niezliczoną ilość zawodowych i turystycznych wojaży po różnych kontynentach na obu półkulach. Jako uznany artysta i szanowany obywatel otrzymuje amerykańską wizę z dożywotnim prawem wjazdu na teren Stanów Zjednoczonych.

Autobiografia stanowi opis życia symbolicznie, choć mimowolnie, znaczonego przez kolejne dokumenty podróży: przedwojenny paszport ojca ze starannie kolekcjonowanymi wizami wjazdów, okupacyjne zaświadczenie z okrągłą pieczątką skradzione i przez samych złodziei oddane podczas przymusowej podróży do sowieckiego Tadżykistanu, darowany przez amerykańskiego oficera z dobrego serca bilet na Trans Europa Express, pozwalający mu podróżować po zrujnowanych Niemczech w godziwych warunkach, pomarcowy "Dokument podróży" – smutny skrawek papieru broniący powrotu do domu, wreszcie honorująca dorobek życia amerykańska wiza z dożywotnim prawem wjazdu na teren Stanów Zjednoczonych.

Oto tytułowe „dokumenty podróży” - podstawowy czynnik kształtujący losy cieszyńskiego dziesięciolatka, który dzięki wojażom chcianym i niechcianym stał się prawdziwym obywatelem świata. Oto skrawki papieru, dziś bez większego znaczenia, lecz jednak pozwalające porządkować według siebie życie, znaczące charakter kolejnych jego etapów.

Autor mówi, że pisząc autobiografię, podejmuje próbę uporządkowania życia spędzonego tak naprawdę „w podróży”.

A ja od siebie dodam tylko tyle, że jest to życie naprawdę pasjonujące, tak jak pasjonująca jest artystyczna i ta „zwykła”, ludzka, osobowość Kurta Webera. Nie chcę być gołosłowna, więc zdradzę, że na mnie na przykład robi wrażenie, kiedy ktoś, będąc na zesłaniu, mając jedne buty do spółki z rodzeństwem, „z marszu” bierze udział w biegu na ileś tam (nie pamiętam ile) metrów, z braku sportowego obuwia biegnie boso (!) i (z braku sportowego stroju:) z podwiniętymi nogawkami zwykłych spodni, bez problemu dociera do mety, mało tego, pokonuje w cuglach wyposażonych sportowo rywali i zostaje… mistrzem Azji w biegu na ileś tam (naprawdę nie pamiętam ile) metrów! Dla mnie to nie mistrzostwo Azji, to prawdziwe mistrzostwo świata. A pamiętajmy, że trwa wojna, panuje głód, ciężka praca i zabójcza niepewność przyszłości.

A jednak wielkie życiowe szczęście. No bo przecież wywózka ze Lwowa do łagru, zaś stamtąd wygnanie do radzieckiego Tadżykistanu uratowało całej rodzinie życie. A wywózka ta była przypadkowa, nieświadomie spowodowana przez aresztowanych lwowskich sąsiadów. Ojciec małego Kurta celowo nie zarejestrował pobytu rodziny w Lwowie, aby nie figurować w rejestrach miasta przechodzącego wciąż z rąk do rąk (radzieckich i niemieckich). Trzeba było się tylko nie ujawniać. Nie udało się. W ostatniej chwili nieświadomie zdradzili ich sąsiedzi. Wszyscy zostali wywiezieni do łagru, a stamtąd wygnani dalej na wschód, bez prawa powrotu. Gdyby nie to, cała rodzina zginęłaby prawdopodobnie w Auschwitz – jak większość znajomych, którzy uniknęli tragicznej, jak się wtedy wydawało, wywózki.

Na koniec jeszcze jedna „mała” rzecz. W tej książce ani razu nie pada spod pióra autora słowo „artysta” w odniesieniu do samego siebie. W dzisiejszych czasach – zadziwiające. A jednak wielokrotnie napotkałam w jego opowieści fragmenty świadczące o tym, że Kurt Weber artystą, i to prawdziwym (sic) jest. Są miejsca, gdzie z wielką pasją opisuje, jak powstawały obrazy filmów, które widziałam, albo jak reżyserował filmy kręcone przez jego studentów czy afrykańskich kursantów. Jak i dlaczego walczył o doprowadzenie do skutku tego, co dyktowała mu jego niezwykła wyobraźnia. Te opisy to najwyższej próby artystyczne wizje.  

sobota, 6 września 2014

Czy przytulanie to rozpieszczanie? - część 2

z cyklu "Rodzicielstwo radosne"

 

W pierwszej części wpisu "Czy przytulanie to rozpieszczanie?" wspomniałam trzy rodzaje reakcji dorosłych zaobserwowane w sytuacjach, kiedy nasze dzieci doświadczają różnych trudności, jak to w życiu. Żaden ze sposobów nie podoba mi się, co także napisałam oraz wylewnie (jak to zwykle ja) uzasadniłam:). Dziś ciąg dalszy. 



Co w takim razie? Jak ma się zachować biedny rodzic, często bardziej od dziecka przeżywający jego stłuczone kolano, utraconą przyjaźń, zniszczoną zabawkę?

Bez obaw, prochu nie wymyśliłam, bo nie uważam, by jakiekolwiek rewolucyjne podejście było tu potrzebne.

Przychodzi mi do głowy tylko jedno wyglądające na sensowne wyjście: w tych trudnych sytuacjach rodzic ma przy dziecku być. Nic więcej. Nie zaprzeczać. Nie pomniejszać. Tym bardziej nie wyśmiewać - to ostatnie jest zachowaniem nie do uwierzenia, a jednak spotykanym, niestety. Ale też nie działać w stronę przeciwną. To znaczy: nie płakać razem z dzieckiem, nie rozpaczać, słowem - nie rozdmuchiwać problemu. 

Bo wystarczy z problemem stanąć oko w oko. Bądźmy dzielni, damy radę, nasze dzieci też to potrafią. Pod warunkiem, że im tego nie utrudniamy i własną nieporadnością (opisaną wyżej) nie oduczymy ich reakcji proporcjonalnych do doznanych krzywd. Uwaga: proporcjonalnych według oglądu dziecka, nie naszego. My nie będziemy rozpaczać z powodu odebranej łopatki - przecież to "tylko" łopatka, bez przesady! A dziecko rozpacza. Kiedy jednak w miejsce łopatki podstawimy sobie laptop, telefon, mp3 lub ulubione szpilki, wtedy sprawa wygląda już inaczej. Wiadomo, o co chodzi, prawda?

Wracając do pytania: co robić? Jak się zachować? Aby nie ośmieszyć, nie pomniejszyć zranionych uczuć, wagi problemu, ale także nie przestać być dla dziecka ostoją, twierdzą, człowiekiem-skałą, do którego zawsze może się odwołać, w którym zawsze może mieć oparcie? 

Wygląda na to, że stoimy w rozkroku pomiędzy tymi dwiema sprzecznymi postawami. Bez obaw jednak. Tak nie jest. Wracamy do pionu, szpagat niepotrzebny. Wystarczy przerażone lub "tylko" smutne dziecko przytulić, nie śmiejąc się przy tym radośnie ani nie robiąc samemu smutnej miny. Wystarczy mina poważna - wtedy dziecko poczuje się ważne, ponieważ zobaczy, że jego problem jest ważny, zaś rodzic uważny, a nie przerażony. Bo skoro nie jest przerażony, to znaczy, że jest w stanie pomóc, zaradzić. W ten sposób mały człowiek nabiera: a) zaufania, b) poczucia bezpieczeństwa.

Coś jeszcze? Pewnie - jak już przybierzemy szczerze poważną minę (co pokrywa się dokładnie z przybraniem miny uważnej, w przeciwnym razie nasza powaga będzie fałszywa, a nikt tak nie wyczuwa fałszu jak dzieci), no więc jak już przybierzemy minę uważną, wtedy nasze dziecko przytulamy, następnie ewentualne rany cielesne z uwagą oglądamy, jeśli trzeba, przemywamy i opatrujemy, jeśli nie - poprzestajemy na ucałowaniu kolanka (ten punkt stosujemy stosownie do wieku dziecięcia, od siedmiu lat wzwyż - darujemy sobie:). W przypadku wystąpienia ran emocjonalnych (po przezwaniu, odebraniu, opuszczeniu, obmówieniu itp.) sprawa trochę się komplikuje, bowiem "przemywanie" i "opatrywanie" polega tu na uruchomieniu techniki aktywnego słuchania, która - choć nie jest rozdrapującym świeże rany wypytywaniem - umiejętnie stosowana doprowadza do tychże ran efektywnego i ostatecznego oczyszczenia, które - jak wiadomo - stanowi niezbędny warunek rozpoczęcia procesu gojenia. 

Jak się słucha aktywnie? Powiem tak: okropnie trudno, choć niektórzy mają to we krwi i wykonują, sami nie wiedząc jak i kiedy. Nie należę do grona tych szczęśliwców, ale spróbuję się podzielić tym, jak mniej więcej mogłaby taka rozmowa z dzieckiem wyglądać. Oczywiście to nie jest z podręcznika psychologii ani z poradnika pedagoga, ani w ogóle znikąd, więc zapewne będzie tylko nieudolną imitacją, którą wybaczcie, a najlepiej to sięgnijcie po któryś z wymienionych i sobie z fachowego źródła doczytajcie. Jeśliście bardziej zainteresowani.

Zatem:

- Mamo, boli! [płacz głośny, łzy jak grochy, broda się trzęsie, kolano lekko zadrapane, gdzieniegdzie zdarty naskórek, pod nim czerwone]
- Ojej [próbuję powściągnąć głośny mój okrzyk], pokaż. [pochylam się, oglądam]
- Ale mamo, boli!!! [jak poprzednio, natężenie wzrosło]
- Obdarłeś kolano. [stwierdzam to, co i tak widzę, więc nie wypytuję, a jedynie prowokuję do "zwierzeń"]
- Nooo! [jak poprzednio, natężenie raczej już nie wzrasta]
- I boli cię. [powtarzam kolejną informację, którą otrzymałam od dziecka, wciąż nie wypytuję, przytulam teraz lub już wcześniej]
- Tak. [przytulone dziecko stopniowo - szybciej albo wolniej - się uspokaja, a przynajmniej powinno:))) - jeśli to nie następuje, trwamy w przytuleniu, każdy czasem potrzebuje się wypłakać, a obdarte kolanko może być tą przysłowiową kroplą, która przepełniła czarę goryczy nagromadzonej już wcześniej, więc dajmy dziecku czas na wypłakanie się, przytulmy i trwajmy, do końca]
- Chodź, umyjemy kolano. [mówię, kiedy uspokajanie jest w fazie końcowej, bez ryzyka nawrotu płaczu]

Idziemy, trzymam dziecko za rękę, względnie niosę na rękach, jeśli maluch jest mały i - jeżeli samo nie zaczyna opowiadać o wypadku, pytam, gdzie się bawiło - staram się unikać pytania, gdzie się przewróciło. Gdzie "się bawiło" wystarczy - jak zacznie mówić, to dojdzie i do opisu wypadku. Słucham, nie dopytuję się o szczegóły. Gdy są istotne i chcę je poznać, w kluczowych momentach próbuję zagadnąć, powtarzając to, co dziecko w danej chwili powiedziało, może samo powie coś więcej. Gdy tak się nie dzieje, czekam jakiś czas i dopiero po powrocie do emocjonalnej równowagi podpytuję - o ile to naprawdę istotne. W ramach pocieszania mogę opowiedzieć, jak sama kiedyś się przewróciłam i zdarłam skórę z kolana, jak bardzo mnie to bolało, co zrobiła babcia albo dziadek, jak długo się goiło i czy długo bolało - w ten sposób dziecko widzi, że nie jest samo takie poszkodowane, że takie rzeczy się zdarzają, że z takich sytuacji się wychodzi, ale nie jest przez nas pouczane w stylu: Nie ty pierwszy i nie ostatni, nie przesadzaj! Poza tym widzi, że jestem jakoś tam "kompetentna", bo sama już to przeżyłam - i żyję:), w związku z czym ono ma we mnie oparcie. Ale tak w ogóle to za wiele nie mówię, raczej działam: przytulam, obmywam, słucham.

To tyle. Dodam tylko, że - jak to zwykle w życiu - teoria teorią, a bieg wydarzeń stale nas zaskakuje i niekoniecznie pamiętamy wtedy wszystkie wyczytane gdzieś (na przykład na cudzym blogu) "przemądre" rady. Nie szkodzi. Sądzę, że najlepsze, co można dla swojego dziecka zrobić, to zaufać sobie jako rodzicowi. Nie trzymać się sztywno cudzych rad i pouczeń. Nikt z radzących i mądrzących się nie jest z nami w tej konkretnej chwili, nikt nie zna naszego dziecka lepiej od nas. A gdy zaczniemy się miotać od jednej światłej rady do drugiej, jeszcze światlejszej, to się prędzej czy później pogubimy i więcej szkody niż pożytku narobimy. Dobrze coś wiedzieć, dobrze coś umieć - najlepiej z tego korzystać, ufając sobie.

W tym momencie bardzo przepraszam wszystkich czytających ten wpis psychologów, pedagogów (wiem, wiem, pochlebiam sobie) i wszelkich innych fachowców od dziecięcej psychologii, do których mi niewątpliwie daleko. Poważnie. Nie aspiruję do Waszych fachowych kompetencji, tak sobie tylko improwizuję, lekko się wspierając intuicją oraz doświadczeniem. Nic ponadto, naprawdę.