niedziela, 30 listopada 2014

Równouprawnienie

...z cyklu "Rozmówki małżeńskie"

 



Ona, On i Ich Dzieci, w niedzielę nad rosołem

Ona
 (uświadamiająco do Ich Dzieci)
Bo my tu mamy równe prawa...

On
Taaak? Równe? Są równe i równiejsze.

Ona
Nie, no jak?

On
 (z radosnym zdziwieniem wyrażającym nadzieję na poprawę rzekomo ciężkiego losu swego)
O! To ja tu je będę egzekwował zaraz. Super!

piątek, 28 listopada 2014

Minimalizm w domu i w zagrodzie:)

...z cyklu "Dyrdymałki" albo "Co w szafie piszczy"

 

Pierwszy raz w życiu widziałam takie dorodne cudo w naturze:)

 

Nie jestem zdeklarowaną minimalistką, jednak po bliższym zapoznaniu się z zagadnieniem odkryłam, że mogę mieć na ten temat co nieco do powiedzenia, ponieważ tak naprawdę prowadzę minimalistyczny styl życia od dawna, a przejęłam go od rodziców. Jako że dotychczas w ogóle sobie tego nie uświadamiałam, czasem zdarzało mi się ulegać porywom serca i pokusom konsumpcjonizmu - ale sądzę, że był to nieświadomie zdrowy odruch podlegającej ograniczeniom duszy, a poza tym zdarzał się wyłącznie w baaardzo nielicznych momentach większego niż zwykle przypływu gotówki. I tak, sądzę, że to bardzo zdrowe, ponieważ bezrefleksyjne zatracanie się w idei dla idei bywa niebezpieczne. Dla psychiki, a w dalszej kolejności nawet dla ciała. Ale nie popadajmy w skrajny pesymizm:).


Tak naprawdę stosowałam minimalizm w każdej dziedzinie życia z bardzo prostej przyczyny: finanse.

Nie opływamy w gotówkę, nasi rodzice także nie opływali. Dlatego od zawsze wszystko - każda kupiona rzecz, każdy element garderoby, każdy rodzaj jedzenia - podlegało żelaznej weryfikacji według ściśle określonych kryteriów: funkcjonalność (czyli wielozadaniowość), trwałość i adekwatna do jakości cena (czyli jak najtaniej za jak najlepszą jakość). A potem już zużywanie do ostatniego tchnienia przedmiotu albo ubrania. Jedzenia też się nie wyrzucało: organiczne niejadalne resztki (np. ogryzki lub obierki) zjadały kury i prosiaki (tak, tak, za komuny ludzie na działkach chowali prosiaki, bywało:).

Doskonale pamiętam epizod z kupowaniem mi przez Mamę sweterka, także za komuny. Siódma klasa, wiek budzącej się płciowej świadomości i związanych z tym potrzeb ubraniowych. Dom towarowy. Kolejka. Rozmiar metr sześćdziesiąt cztery. Sprzedawczyni rozkłada na ladzie cztery albo pięć sweterków, w tym jedną kamizelkę. Piękną kamizelkę. O wiele piękniejszą od sweterków. Ja: ładna. Mama: ładna. Ja: Ale w samej kamizelce się nie chodzi. Mama: Trzeba by jeszcze bluzeczkę. Ja: Podwójny wydatek. Mama: Tak, a trzeba jeszcze kupić dla... (mam dwoje młodszego rodzeństwa). Taka kamizelka to luksus. Konkluzja: Za te same pieniądze (kamizelka wcale nie była tańsza) ubrałam całą górę i nie potrzebowałam niczego więcej. Kamizelka może i bardziej elegancka, wszak pod spodem bluzeczka z materiału, ale... Ale za te same pieniądze cała góra została ubrana, a nie tylko "pół".

Kto myślał o minimalizmie w tamtych czasach? Nikt. I nikt o nim nie mówił. Wszyscy nieświadomie uprawiali, ale nikt nie mówił. Gdyby mówił, wyśmialiby go. Kto uprawiał sadzonki pomidorów w pudełkach po serkach homogenizowanych na parapecie, żeby wiosną przesadzić na działkę? Kto zbierał słoiczki po dżemie na zimowe kompoty? Kto nie wyrzucał foliowych woreczków po soli, bo grube i mocne jak żadne inne i dlatego świetne do mrożenia kupionego na zapas kartkowego mięsa? Kto...

Może wystarczy. To nie wynikało ze świadomości ekologicznej ani ideologicznej (vide: idea minimalizmu), tylko z systemowych niedoborów. Które poskutkowały nieokiełznanym konsumpcjonizmem wczesnych lat 90.

Dziś wszyscy okrzepli, ale nie wszyscy dorobili się majątku:). Choć i to względne, więc cofam - tego do siebie nie odnoszę. Wiele nie mam, ale gdybym mówiła, że cierpię niedostatek, zgrzeszyłabym, a nie chcę, znam lepsze powody do grzechu:))).

Z czasów minimalizmu nieuświadamianego, lecz praktykowanego, zostały mi nawyki i bardzo silne przyzwyczajenia. Nie wyobrażam sobie wyrzucenia butów, które są jeszcze całe. Także dżinsów. Domowych t-shirtów, piżamy, torebki. Żyją, aż umrą śmiercią naturalną. Wyjściowe t-shirty z czasem (ale z baaardzo długim czasem) siłą rzeczy płowieją, wyciągają się, niszczą. Dlatego awansują na domowe, "sprzątaniowe", a potem (te bawełniane) na szmaty (jest świetnie, kiedy się ma kilkanaście niezwykle chłonnych szmat i można sobie pozwolić na wzięcie do rąk czystej za każdym razem, gdy zajdzie potrzeba wytarcia rozlanej wody). W kwestii szmat minimalistką nie jestem, o nie:). Ale tylko dlatego, że ich nie kupuję, a po domowemu "recyklinguję". Kto miał małe dziecko i doświadczył brania do ręki brudnej szmaty do podłogi, zrozumie. Swetry. Tak samo jak t-shirty, tylko lądują w koszu bez przechodzenia "szmacianego" etapu - nie sprawdzają się w tej roli:). Bielizna, rajstopy, skarpetki - po podarciu do kosza bez szansy na drugie życie. Tak to jest. Mniej więcej, bo wspomniałam tylko kilka przykładów.

Jak kupuję ubrania, buty i dodatki, kiedy stare wreszcie z czystym sumieniem wyrzucę? Kiedyś prościej i mniej, dziś - z konieczności - więcej.

W tym poście spróbuję napisać o tym, co dawniej, bo bardziej minimalistycznie było, jeśli chodzi o liczbę rzeczy.

Przykładowo sandały. Dawniejsze kryteria: wygodne, płaskie, do użycia w łatwych, tzw. spacerowych, górach, czyli w miarę trzymające stopę; a poza tym pasujące do spodni i do casualowej spódnicy oraz takiej samej torby.

Tym sposobem, mając świadomość, że mogę kupić tylko jedne letnie buty, które muszą mi pasować prawie do wszystkiego, unikałam pokusy kupowania letnich ciuchów bardzo eleganckich, przynajmniej w większych ilościach (jeden, góra dwa komplety na lata całe). Dżinsy się z takimi sandałami bardzo dobrze komponowały, szorty także, wystarczyło kupić dwie lub trzy sportowe w stylu spódnice oraz kilka najprostszych, choć dobrych, mięsistych, bez tendencji do rozwlekania się i "flaczenia" topów. Wszystkie topy pasowały do wszystkich spódnic i spodni, a do tego jedna "w miarę sportowa" torba. "W miarę sportowa" nie znaczy wcale "torba na dresy i trampki do siłowni" albo "na kostium z ręcznikiem na basen".

Torbę kiedyś mogłam mieć tylko jedną - siłą rzeczy MUSIAŁA pasować do wszystkiego. A okazje zdarzały się różne. Sportowy w charakterze plecaczek nie bardzo się do wszystkiego nadawał. Skórzana lub skóropodobna torebka nie komponowała się z letnim strojem sportowym - za duży "ciężar gatunkowy". Bardziej nadawała się do strojów przejściowych, ze swetrami, dżinsowymi kurtkami lub marynarkami. Przy jasnych i cienkich ubraniach z krótkimi rękawami wyglądałaby jak kwiatek do kożucha. Musiałam znaleźć coś "pośrodku". I tu - pomyślałam - warto postawić na oryginalny dizajn, nawet jeśli jest trochę droższy. Torba będzie jedna, a za to do wszystkiego i na każdą porę roku. Wybrałam i długie lata miałam. Nie żałowałam, a nawet się pochwalę, że gdzie się nie pojawiłam, entuzjastyczne zainteresowanie wzbudzałam (a skąd? a za ile? ale super! nikt takiej nie ma! rewelacja!). Z dumy puchłam. Że taki gust mam, wiadomo:)))

O co chodziło? O to, że oryginalny, ale ładny, niepowtarzalny wzór, nie za lekki, nie za ciężki materiał (ja takiej nie miałam, ale dziś to może być na przykład filcowy hand made, byle nie ten do bólu zgrany), i jeszcze o to, że niszowa, najlepiej nieznana marka, ale jednak marka (a markę poznać po najwyższej próby wykonawstwie oraz dobrze zrobionej stronie internetowej i przyświecającej projektowi idei). Idea, wykonawstwo, oryginalny wzór i materiał sprawiają, że argument "pasuje-nie pasuje do ciuchów casualowych i eleganckich" nie ma tu zastosowania, jest nieaktualny. Ponieważ rzecz oryginalna, niepowtarzalna, "z ideą" (np. robimy z recyklingu, promujemy na torbach ważne problemy społeczne, każdy egzemplarz jest niepowtarzalny itp.) i nienagannie wykończona pasuje po prostu do wszystkiego. Dlaczego? Gdyż nie pasuje do niczego. Nie, to nie żart. Tak jest naprawdę. Rzecz piękna, niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju nigdy nie będzie pasować do NICZEGO. Nie będzie, bo nie może. Nie może, bo nie wpisuje się w żaden istniejący dotychczas styl, obowiązujący przy różnych okazjach sposób "umundurowania". I to jest normalne. A jednocześnie, jak wspomniałam, zawsze wygląda "na swoim miejscu". W każdych okolicznościach i w towarzystwie każdego ubrania. Uwierzcie mi, miałam taką torbę. Była ze mną na uroczystych wieczorach z nagrodami, ale takich naprawdę uroczystych i takich z prawdziwymi celebrytami, ministrami, oficjelami i nie byle gdzie. Była na wakacyjnych wycieczkach, choć nie tych górskich, bo tam to tylko plecak. Bywała na zakupach i w pracy. Wszędzie. Wiosna, lato, jesień, zima - zawsze. I zawsze i wszędzie dobrze się czuła. Tak samo, jak ja.

Rozpisałam się o torbie, ale to nie szkodzi, ponieważ tak naprawdę chodziło mi o zasadę. Że można tak skomponować garderobę, aby mieć "na stanie" po jednej rzeczy z każdego rodzaju i zawsze mieć się w co ubrać. Mało - ubrać. Chodzi o to, żeby ciuchy były adekwatne i się ze sobą nie gryzły.

Więc do lekko sportowych, a bardzo wygodnych, sandałów latem, awaryjnie, na wypadek eleganckiej okazji, miałam pantofle, dziś powiedziałabym: solidne baleriny. Nie liche łapcie, jakich wszędzie pełno, tylko solidne i naprawdę dobrze wyglądające. Kiedyś balerin nie było, a za to były pantofle. Kupowałam takie, które krojem i kolorem nadawały się zarówno do eleganckich ubrań letnich, jak i do przejściowych, nie bardzo sportowych i nieprzesadnie eleganckich kurtek, a także (ten luksus to już w czasach późniejszych) do marynarki. Nie mogły być zbyt masywne ani zbyt odkryte - musiały być w sam raz. Ponieważ nie mogłam sobie pozwolić na kupno dwóch par butów przejściowych i dwóch par butów letnich. Jedne z nich musiały się sprawdzać w podwójnej roli. W lepszych (kto to zresztą wie?) czasach późniejszych (ale w sumie to całkiem niedawno) dokupiłam bardziej eleganckie sandałki na koturnie (aktualne mają już sześć lat), buty na wysokich obcasach (osiem lat), do czternastoletnich traperów zimowych eleganckie czarne kozaczki na płaskim (od dawna na śmietniku), potem zaszalałam i nabyłam znane z "szafy" zamszowe kozaki na kauczukowych koturnach (lat pięć z okładem i wciąż daleko im do zgonu). To samo dotyczy torebek. Mam ich więcej, pozwoliłam sobie na luksus posiadania różnych na różne okazje, choć i tak każda jest wielofunkcyjna.

Znów rozpisałam się o butach, o torebkach. Mam nadzieję, że dobrze widać filozofię tych moich zakupów. Mogłabym tak jeszcze długo... Na przykład o kurtce, która zawsze musi być bardzo lekka, w miarę możliwości puchowa, sięgać za pupę, posiadać boczne kieszenie, chroniącą szyję stójkę i trzymający się głowy, a nie tylko od parady, kaptur oraz taliowanie (choć bez przesady). Nie może być sportowa, ale musi się nadawać do traperów i na sanki z dziećmi. "Stylistyka środka" - tak bym jej wygląd nazwała. Aktualnie, to jest od trzech lat, takiej nie posiadam, nad czym ubolewam, ale dopadła mnie zakupowa porażka, której bolesne konsekwencje ponoszę do dziś i, szczerze mówiąc, na zmiany się nie zanosi. Następną kupię po naprawdę dłuuugim namyśle. Będzie pasowała do dżinsów i traperów i nie będzie się gryzła z eleganckimi spodniami, ołówkową spódnicą oraz kozakami na obcasie. Tak.

Mniej więcej tak kształtowała się moja taktyka zakupowa w czasach błogiej i nieobciążonej "okazjami" młodości. Czyli do trzydziestki. Kiedy najbardziej oficjalną okazją był początek roku szkolnego albo urodziny u rodziny czy święta. A później się zaczęło... Ale o tym następnym razem.

Bo kolejny wpis będzie o ciuchowych potyczkach w duchu nieuświadamianego minimalizmu w czasach tak zwanych dorosłych, kiedy w związku z rozbuchanym do nieprzytomności życiem zawodowym pojawiły się wspomniane już wyżej OKAZJE. Oraz braki ciuchowe, objawiające moją ignorancję w tej dziedzinie. Ignorancję, która poskutkowała... Ale o tym to już naprawdę następnym razem:)




środa, 26 listopada 2014

Roboczo

... z cyklu "Dyrdymałki":)



Po dniu - z niedługimi przerwami - poprawiania, wygładzania, udowadniania, sprawdzania, przenoszenia, a nierzadko uzdatniania do zrozumienia bywa tak. Zeruję własne kompetencje językowe, a nocą latają mi po głowie jedynie strzępki. Szumy, zlepy, ciągi. I Białoszewski w grobie się przewraca:). Wybacz, poeto prozy:)


czytam jamesa redaguję erotyk
noc ulotna fraza
biały dzień wulgarna ortografia
od: czwarta trzydzieści
do: dwudziesta pierwsza
żyję wieczór godzina
strona albo dwie
sen
czwarta trzydzieści
kaleki język
produkt
okładka
blurb

I to by było na tyle.
Od siebie dodałabym: przelew. Ale nie dodam, bo się nie godzi (?) :)))

czwartek, 20 listopada 2014

Co warto czytać dzieciom - cz. 2

...z cyklu "Rodzicielstwo radosne"

 

W poprzednim poście pt. "Co warto czytać dzieciom" obiecałam opisać kolejną po "Franklinie" książkę, po którą moim zdaniem warto sięgnąć, by czytać ją dzieciom, i którą proponowałam podczas kursu dla rodziców i nauczycieli na Internetowym Uniwersytecie Mądrego Wychowania im. Stefanii Światłowskiej, gdzie bywam moderatorką.

 


A zatem jako moderatorka (od trzech lat), jako oficjalna Ambasadorka Mądrego Wychowania (od pięciu lat) i koordynatorka kampanii "Cała Polska czyta dzieciom" (od lat dwunastu), w pełni świadoma praw i obowiązków:), piszę, co następuje, i to już naprawdę koniec autopromocji:). Teraz będzie promocja czytania dzieciom dobrych książek zamiast koszmarków o disneyowskich księżniczkach i innych potworkach.

Proszę bardzo, oto wspomniana wcześniej książka: "Rico, Oskar i głębocienie" Andreasa Steinhöfela. Oraz dwa tomy kontynuacji.
Wspominam o tej książce, gdyż bardzo pochlebnie pisała o niej Joanna Olech w "Magazynie Literackim" Nr 10-11/2011 - dodatku do "Tygodnika Powszechnego" ( i żadna to reklama, bo mowa o numerze sprzed prawie czterech lat, a dziś to już nie ten sam "Tygodnik", niestety). W ogóle polecam Wam ten dodatek (pojawia się z "Tygodnikiem" raz na miesiąc), ponieważ można w nim znaleźć doskonały wybór książek do czytania dzieciom. A Joanna Olech pisze o nich w taki sposób, że od razu mam ochotę zrobić napad na najbliższą księgarnię.

Ale do rzeczy - dwaj główni bohaterowie to: "głęboko utalentowany" Rico i "wysoce uzdolniony" Oskar, a za rekomendację niech posłuży fragment recenzji pomieszczonej we wspomnianym wyżej piśmie:

Tytułowy Rico to chłopiec "głęboko utalentowany", jak sam o sobie mawia. Słowo "utalentowany" brzmi lepiej od słowa "upośledzony", a tak nazywany jest w szkole specjalnej...
Rico przywykł do samodzielności, bo jego mama pracuje w nocnym klubie. Jest dociekliwy i spostrzegawczy. Nie radzi sobie z liczbami, myli kierunki i jest bezradny, ilekroć w życiu zawodzi prosta logika (czyli często). Poznajemy go letniego poranka, w przededniu wakacji, kiedy znajduje na chodniku przed domem samotną rurkę makaronu rigatoni i próbuje odgadnąć, skąd się tam wzięła. W tym celu odwiedza kolejno swoich sąsiadów, z których żaden nie przypomina stereotypowych dorosłych z wypisów szkolnych. Porzucona przez męża kobieta w depresji; wymuskany gej; zapuszczony, złośliwy zrzęda; nadużywający bimbru dozorca; młody wałkoń, wielodzietna, nieznośnie hałaśliwa rodzina... wszyscy oni sportretowani zostają przez Rico z dobroduszną skrupulatnością, pozbawioną jadu.
Zagadka makaronowej rurki pozostaje niewyjaśniona, ale detektywistyczne talenty Rico mają szansę przydać się w śledztwie w sprawie kidnapera, który terroryzuje Berlin, porywając dzieci dla okupu. W dniu, kiedy mama wyjeżdża, nagle wezwana do chorego brata, "głęboko uletentowany" Rico spotyka "wysoce uzdolnionego" Oskara - chłopca w motocyklowym kasku, o problematycznej urodzie i z obsesją na punkcie bezpieczeństwa. Bystrzak Oskar i nie-dość-rozgarnięty Rico  zaprzyjaźniają się, przyciągani ku sobie przeciwieństwami. Ale znajomość nie trwa długo, bo Oskar znika. Wszystko wskazuje na to, że padł ofiarą porywacza.
[...] odmieńcy budzą szczerą sympatię i podziw, obdarzeni są osobowością, sportretowani z poczuciem humoru i bez uszczerbku dla godności. Pomysł, aby "trudny" temat ożenić z sensacyjną fabułą, wydaje mi się znakomity - dzięki temu konceptowi łątwo obronić tezę, że "inność", jakkolwiek budzi nasz lęk, jest drugą, nieznaną stroną  t a l e n t u  i potrafi przynosić nieoczekiwane pożytki.

Tyle Joanna Olech. Wybaczcie, wiem, że to kilkuletnia "staroć", ale nie mogłam się powstrzymać, żeby o tej książce nie wspomnieć. A czytałabym ją dzieciom tak od zerówki albo i młodszym, zależy, czy ktoś im od urodzenia czytał i jak bardzo są czytelniczo wyrobione. W porównaniu z "Franklinem" obrazków niewiele, ale za to kapitalne dopiski w ramkach! Idealnie kontynuują temat dwie kolejne części serii: "Rico, Oskar i złodziejski kamień" oraz "Rico, Oskar i złamanie serca".

Jeśli natomiast chodzi o to, dlaczego akurat tę książkę wybrałabym dla dziecka chorego, z niepełnosprawnością, z upośledzeniem, o specjalnych potrzebach edukacyjnych.... No cóż...  Chyba nie brałabym wcale pod uwagę upośledzenia ani tzw. specjalnych potrzeb edukacyjnych. Nie dlatego, że je lekceważę, tylko właśnie z tego powodu, że je szczególnie szanuję i staram się im sprostać, jak umiem. Sądzę, że specjalistyczną terapią, reedukacją, rewalidacją, a także wszystkim, co trzeba, zajmują się na odrębnych zajęciach specjaliści, którzy stosują specyficzne metody do specyficznych potrzeb. Natomiast kwestia czytania jest jednak czymś trochę innym. Z tego, co zdążyłam się dowiedzieć z publikacji pp. Koźmińskiej i Olszewskiej oraz polegając na własnej intuicji i logice, jeśli książka ma pomagać w rozwoju, to nie może być idealnie "wstrzelona" w poziom dziecka, lecz powinna go wprowadzać w świat w taki sposób, aby to dziecko (każde, nie tylko to o specyficznych potrzebach) musiało do niej choć trochę "stanąć na palcach", ponieważ to je rozwija. Mam poważne wątpliwości co do różnicowania lektur ze względu na upośledzenie, niepełnosprawność itp. u dzieci. Oczywiście należy lekturę różnicować i do dzieci dobierać, ale raczej nie wg tego kryterium, tylko np. ze względu na zainteresowania, lęki, sytuację życiową (rozwód rodziców, choroba w rodzinie i in. - bajki terapeutyczne) albo choćby porę dnia, porę roku i milion innych powodów. Uważam, że przynajmniej w tej dziedzinie nie należy wznosić kolejnych barier oddzielających świat tzw. normalny (przepraszam za słowo) od świata dzieci odmiennych czy też "głęboko utalentowanych" lub chorych. Czytanie powinno te bariery obalać, stwarzać możliwość ich przekraczania, zarówno przez dzieci tzw. specyficzne, jak i zwykłe. A przepraszam za to nienormalne(sic) słowo, bo nad definicją normalności wielu mądrych się już biedziło, ale jeszcze żaden nie stworzył wiarygodnej, a te, które istnieją, stale są weryfikowane przez życie.
Znów wyszło mi długo nad miarę, wiem, ale jeśli chodzi o książki, to dostaję słowotoku.

PS Niektórzy trochę się dziwią, że piszę o starociach, że rzadko i że tak się nie da współpracować z żadnym wydawnictwem. Otóż właśnie ja nie współpracuję z żadnym wydawnictwem, a książki, o których piszę, to moje osobiste wybory. A czemu nie krytykuję? Ponieważ piszę tylko o tych, które uważam za opisania warte. Innych nawet do końca nie czytam. Szkoda życia:) I Wam tę metodę polecam!

wtorek, 18 listopada 2014

Żyję luksusowo:), czyli torebka minimalistki. Numer 2

...z cyklu "Co w szafie piszczy"



Tytuł jest z przymrużeniem oka, ale naprawdę, Kochani, nie pamiętam, kiedy ostatni raz kupiłam sobie dwie torebki na raz - jak mawiała Mabel w serialu zgadnijcie jakim. Tylko ona nie wzdychała do torebek, a do budyniu zwanego puddingiem, do resztek  obiadu ze stołu jego lordowskiej mości albo do zawartości jego piwniczki. No więc żyję luksusowo, ponieważ torebki są dwie. Z tym że (dla wątpiących w poprawność tej interpunkcji LINK) tylko jedna z nich pasuje do kurtki i nie jest to ta. Ta krzyczy o trencz granatowy i może się za rok lub dwa dokrzyczy:), ale jeszcze nie teraz.


A czemu to "torebka minimalistki"? Ponieważ kupiona po rozpadnięciu się starej. I nic tu nie ma do rzeczy, że równocześnie z tą drugą (czyli z numerem 1). A po drugie ja (przynajmniej w porównaniu z wieloma kobietami) noszę w niej naprawdę niewiele. I częściej czegoś w niej nie mam, niż mam. Z jednym wyjątkiem:), ale o tym niżej.


Urzeka mnie sposób wszycia dość wyrazistego zamka. I te frędzelki - że ich nie nazwę z bardziej staropolska, chociaż aż się prosi:)


Czemu aż dwie? Bo dwie (ta i ta - szczerze pod te linki zapraszam:) jednocześnie poszły w odstawkę, co u mnie oznacza: na śmietnik. A "na śmietnik" nie oznacza "znudziły się", lecz: rozpadły. Jedna po siedmiu, druga po sześciu latach. Jedna była do noszenia "pracowych ciężarów", druga niby bardziej elegancka, ale i tak kupowana z myślą o konieczności ładowania do niej "pracowych ciężarów", tylko wtedy, kiedy nie da się w dżinsach albo czymś podobnym pracować. Czyli od tak zwanego święta. A u mnie "od święta" najczęściej oznacza, że oprawę tego "święta" zapewniam ja z chmarą dzieciarni, więc obładowana jestem tym bardziej, tylko że w mniej wygodnych ciuchach i z wyładowaną nad miarę torebunią, która udaje elegancką, chociaż i tak taka nie jest z wystającą butelką mineralnej, grubym kajetem, piórnikiem, portfelem, wypchaną teczką biurową, plikiem luźnych kartek scenariusza łamane przez... scenariusza dla akustyka łamane przez... roboczego scenariusza. Plus fragmenty kostiumów, kawałki rekwizytów, oddanych na przechowanie "cenności", to znaczy dziecięcych kosztowności, pudełka szpilek, pinezek, spinaczy, kawałek drutu, ze trzy lub cztery książki (zależnie od imprezy) i apaszka. Słowem: w torbie teoretycznie bardziej eleganckiej najczęściej musi się zmieścić o wiele więcej niż w tej "codziennej", zwykłej, do noszenia ciężarów przeznaczonej. Taki lajf, jak by powiedziała Niezaradna:).




Wygląda niepozornie, to znaczy chudo, ale w sumie jest pakowna. A zresztą przy obecnym trybie pracy nie potrzebuję już wora na pół metra kartofli, a tę marną pieluchę czy dwie, butelkę, bułeczkę, książeczkę, śliniaczek, przytulaczek, portfel, telefon, chusteczki i klucze spokojnie zmieszczę w tym chudym maleństwie:). Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam tak lekką torebkę!:) Ha!



O, tu to wszystko spokojnie zmieszczę. W części głównej, dwóch otwartych kieszonkach z jednej i w jednej na zamek z drugiej strony. Z materiału identycznego jak podszewka miałam na studiach długą marszczoną spódnicę do ziemi. Mama mi uszyła. Albo ja sama. Kto wie, po tylu latach:). Górny zamek też zakończony... frędzelkiem:).




I zamek tylny także:).



O.
Jak się ma tyle kieszeni i kieszonek, to nie wiadomo, co do nich wkładać. Bo ja nigdy nie byłam właścicielką mitycznej "damskiej torebki", wśród zawartości której można znaleźć WSZYSTKO. U mnie to prędzej NIC. W normalnych, nie odświętnych, warunkach oczywiście. Bo normalnie to ja tylko portfel, chusteczki, tic-taki, wodę, komórkę i klucze mam przy sobie. No dobra, w portfelu dokumenty, w zakamarkach plastry na otarcia stóp lub nagłe skaleczenia, malutki pilniczek (nie da się pracować z nadłamanym paznokciem, przepraszam:), mikroskopijne lusterko (wiem, jak to brzmi, prawie nie używam, ale jak już przyjdzie co do czego, a nie mam, jest źle; więc "od wszelkiego złego" jest to lusterko:).

To tyle. Ładna?

Albo lepiej nie mówcie:)

niedziela, 16 listopada 2014

Gender wczoraj i dziś:)

...z cyklu "Rozmówki małżeńskie"


Jak kobieta nie zrobi, co do niej należy (czyli ciasta na niedzielę nie upiecze), to biedny mężczyzna musi sobie radzić sam. O, tak na przykład:) Jeśli mężczyźnie też nie chce się upiec, chociaż umie. Nawet lepiej umie


Za Ich (to znaczy Jego i Jej) czasów w szkole istniały zajęcia praktyczno-techniczne, czyli tak zwane ZPT (mówiło się: zetpete:). I na tych zajęciach wszyscy równo usiłowali dźgnąć kolegę, udając, że robią na drutach, kłuli się igłami, przyszywając do skrawka materiału guzik, ale także równo tłukli palce młotkami i kroili piłkami do drewna, zbijając karmnik dla ptaków. O budowaniu obwodów elektrycznych także nie należy zapominać. A dziś...

On
Ja tam lubiłem robić na szydełku. Robiłem szalik, beret czy coś. I pamiętam, że jak już dostałem ocenę za to, że umiem, to sobie jeszcze w domu dokończyłem.

Ona
No co ty, i mama ci na to pozwoliła? Taki dżenderyzm w takiej porządnej rodzinie?!

On
No. Dzisiaj jest dżender. Kiedyś każdy robił, co chciał.

piątek, 14 listopada 2014

Co warto czytać dzieciom? Wpis długi niemiłosiernie, a i tak tylko: część 1:)

...z cyklu "Rodzicielstwo radosne"

 

Choć wpis nosi tytuł "Co warto czytać dzieciom?", chciałabym go od razu na wstępie doprecyzować i rozwinąć. A zatem: Co warto czytać dzieciom o specjalnych potrzebach edukacyjnych i opiekuńczych? Tak to zostawię, ponieważ wszystkie pozostałe potrzeby - miłości, czułości, dobroci - dzieci mają takie same.

 

To zdjęcie sprzed ponad roku. Pierwsza książeczka

 

Kryteriom wyboru książeczki do czytania i oglądania kilkumiesięcznemu dziecku poświęciłam wpis pt. "Pierwsza książeczka mojego najmłodszego dziecka". Sprawie traktowania książek przez dzieci nieco starsze tekst pt. "W moim domu nie szanuje się książek". A na temat efektów obcowania z książką niemal od urodzenia popełniłam wypracowanie:))) pt. "Kartkowanie. Książka w małych rączkach" - a konkretnie w rączkach 10-miesięcznego malucha. 


"Za moich czasów":) też były. Ale ja wołałam: Poczytaj mi, tato!

Niektórzy z Was pewnie pamiętają, że bywam (albo bywałam)  moderatorką e-learningowych kursów na Internetowym Uniwersytecie Mądrego Wychowania, gdzie rodzice, nauczyciele, wychowawcy, bibliotekarze i w ogóle ludzie pracujący z dziećmi wspólnie spędzają czas, wzajemnie się ucząc o tym, jak wspomóc dzieci, a przynajmniej jak im nie przeszkodzić w harmonijnym, pełnym ciepła, miłości i radości wzrastaniu. Słowem, jak być mądrym wychowawcą i rodzicem, jak mądrze towarzyszyć dzieciom w wyrastaniu na wartościowych i dobrych ludzi. Kursy są o wartościach, o czytaniu dzieciom, o wychowaniu chłopców... i nie tylko:). Zajrzyjcie, a się przekonacie, jak bogata i ciekawa jest oferta IUMW.

Właśnie z takiego kursu pochodzi część moich dzisiejszych refleksji na temat tego, co warto czytać dzieciom, a zwłaszcza tym dzieciom, które potrzebują uwagi i wsparcia w szczególnym zakresie. Chodzi o maluchy ze specyficznymi potrzebami ze względu na ich dysfunkcje ruchowe, emocjonalne lub umysłowe. Głównie o nie. Ale nie tylko.

Co więc warto czytać dzieciom, aby jak najbardziej wspomóc ich rozwój? Czy trzeba w jakiś szczególny sposób dobierać lektury? Na co zwracać uwagę?

Odpowiem krótko: warto czytać dobre książki, trzeba dobierać dobre książki, zwracać uwagę na to, aby książki były dobre. Czyli: pisane piękną polszczyzną, ilustrowane przez prawdziwych artystów (to naprawdę widać, wierzcie mi), zawierające niegłupią i niedyskryminującą treść. Skąd mieć pewność, że taka właśnie będzie książeczka, którą wybraliśmy w bibliotece lub w księgarni, skoro jej jeszcze nie czytaliśmy? No właśnie, od tego są recenzje, kursy na IUMW, strona Fundacji "Cała Polska czyta dzieciom". I ten wpis. Oraz kolejny w cyklu "Rodzicielstwo radosne". Obiecuję. A dziś o "Franklinie". Choć akurat w tym wypadku mówienie o literaturze jest trochę na wyrost:). A jednak.

Co ma Franklin do specyficznych potrzeb dzieci? Wiele. Niektóre dzieci są obdarzone specyficznymi potrzebami na stałe, inne dostają je tylko na chwilę. Każde, bez wyjątku, myśli o sobie, że to niczyje inne, tylko jego własne potrzeby są najważniejsze, wyjątkowe, a w ogóle to nikt takich nie ma. Tak. Należy się z tym zgodzić, ponieważ dzieci same z siebie nie rozróżniają się nawzajem według tych potrzeb. To dorośli je widzą i respektują. Dzieci (piszę z zawodowego doświadczenia) potrafią traktować tak samo (źle albo dobrze) kolegę, który wolniej się porusza albo niedosłyszy (na przykład), i kolegę, który rozwojem wyprzedza rówieśników, więc trzeba przed nim stawiać inne zadania, bo na lekcjach notorycznie się nudzi. A także kolegę, którego to rówieśnicy wyprzedzają rozwojem i przed którym także trzeba stawiać inne zadania, gdyż on także na lekcjach się nudzi. Generalnie nie chodzi o to, na czym polega różnica, tylko o to, że ta różnica w ogóle jest. Ale najbardziej chodzi o świadomość, że różnica dotyczy każdego. Taka albo inna, ale każdego. I to jest w książeczkach o żółwiu.

Do rzeczy.

Seria o Franklinie znana jest od dawna, wychowały się na niej moje dzieci (obecnie nastolatki). Każda książeczka porusza jeden ważny problem pojawiający się w życiu żółwia Franklina. Ich tytuły są dość reprezentatywne dla treści, które przedstawiają, np. "Franklin idzie do szkoły", "Franklin i teatrzyk szkolny", "Franklin mówi: kocham cię", "Franklin uczy się współpracy", "Franklin ma czkawkę", "Franklin boi się burzy", "Franklin uczy się jeździć", "Franklin idzie do szpitala" i wiele, wiele innych, których tytułów już nawet nie pamiętam (oddaliśmy "w spadku" siostrzenicom). Kojarzę tylko, że bohaterowi rodzi się siostrzyczka, że miejsce zamieszkania zmienia jego przyjaciółka Wydra, że ma on problemy z punktualnością itd. No, po prostu wszystkie drobne z pozoru sprawy, które jednak małym ludziom mogą spędzać sen z powiek. Moje własne dzieci od pierwszych zdań podchwytywały temat i najczęściej, zamiast czytania, było rozmawianie i omawianie kolejnych zdań z tekstu podczytywanego w przelocie.
Szczerze powiem, że przy takim ciągłym przerywaniu innych książeczek, np. "Kubusia Puchatka", "Pippi", baśni Andersena albo wierszy Brzechwy, żal mi było tekstu, którego rytm, piękno frazy, nastrój dosłownie szły w rozsypkę. A ja, gorliwa neofitka kampanii czytania dzieciom, tak bardzo chciałam, żeby już, natychmiast, w wieku dwóch lat usłyszały całe piękno prawdziwej, najlepszej pod słońcem literatury. Przy kilkudziesięciu pytaniach na minutę - nierealne. Cud, jak się udało zdanie w całości przeczytać. Jedno zdanie. Sto pytań do. Znów zdanie. I znów pytanie. I pytanie. I pytanie. A tu taki piękny przekład Iwaszkiewicza. Andersena. W rozsypkę. Pierwszy drugiego przekładał i konia z rzędem temu, kto wie, że Iwaszkiewicz znał duński. A że mistrzem prozy był (i nie tylko), pięknie mu te baśnie wyszły, naprawdę. I wszyscy je czytaliście, bo są w słynnym wydaniu z Szancerowską Królową Śniegu na okładce. I księżniczką na ziarnku grochu w środku:).

No, to koniec dygresji, wybaczcie, inaczej nie umiem. A w ogóle dziś dzień dobroci dla bloga, tekstem ciągłym lecę, obrazków z tłustą gęsią i nową torebką nie podpisuję. Cudna książka za pieniądze "czytana" leży odłogiem w otwartym pliku i kwiczy. Niech jej będzie. Mnie dziś boli głowa, a poza tym niedługo zapomnę, jak się własne myśli w zdania układa, bo tylko czytam i czytam. W cudzysłowie.

O czym to ja...?:) A, że przy czytaniu naprawdę małym dzieciom prawdziwej literatury żal jej po prostu, tak bardzo jest pytaniami, wyjaśnieniami, bezustannymi powrotami na te same strony rwana. A przy "Franklinie" nie żal, bo to literatura nie jest. Nic a nic. W ogóle. Więc luzik, czytamy, obrazki oglądamy, na pytania sto razy te same odpowiadamy, po drodze błędy językowe poprawiamy i cieszymy się, że dziecię jeszcze nieczytate i niepisate, to nie widzi, że mu nieco ściemniamy.

No więc w serii o Franklinie sprawa wygląda tak, że najbliższe otoczenie żółwika to przekrój najróżnorodniejszych bohaterów: jeden z kolegów jest niepełnosprawny, inny bardzo powolny (podkreślono, że z natury, gdyż to Ślimak), kolejny uwielbia dużo jeść i jest zbyt ciężki itp., natomiast sam Franklin nie umie jeździć na rowerze, boi się burzy i ciemności, jest zazdrosny o młodszą siostrę, nie umie czytać przed pójściem do szkoły - jak niektórzy jego koledzy. Za to dobrze komunikuje się z mamą, tatą, babcią, panią nauczycielką i panią bibliotekarką, która regularnie w swej bibliotece czytuje bohaterom książeczki. Ale ma też nieśmiałego kolegę. A także kolegów zbyt śmiałych. I przez to niezbyt miłych. Życie.

Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o artystyczną stronę grafiki i języka, to seria nie spełnia żadnych standardów (a niektóre książeczki dla dzieci spełniają, oj spełniają, np. "Przepis na miłość" Kathariny Grossmann-Hensel, Nasza Księgarnia, Warszawa 2006, albo seria "Poczytaj mi, mamo" tego samego wydawnictwa sprzed 30 lat - ostatnio wznowione w trzech tomach jako reprint - drogi, że brrr...). Trzeba jednak uczciwie przyznać, że tenże język, choć jego styl miejscami przyprawia o ból głowy (bywa żenujący w polskiej wersji, kwestia przekładu), jest dość komunikatywny, zaś ilustracje są bardzo kolorowe, wyraziste i wiernie oddające treść, co na pewnym etapie rozwoju jest konieczne. Nie czuć jednak przy ich oglądaniu żadnego dreszczyku z rodzaju tych, które się pojawiają, kiedy człowiek patrzy na prawdziwą sztukę. Nie znam się na sztukach plastycznych, więc brak mi warsztatu, by cokolwiek fachowo o tych obrazkach napisać, dlatego mogę się oprzeć wyłącznie na "kryterium dreszczyku" :).
Mógłby ktoś zapytać, że skoro mam tyle zastrzeżeń zarówno do języka, jak i do ilustracji, to dlaczego wybrałam tę serię? Otóż dlatego, że książeczka nie mnie ma się podobać, tylko dzieciom. I tak było.
A poza tym:
  • treść każdej z książeczek emanuje niesamowitym ciepłem, spokojem, pewnością, że "wszystko będzie dobrze",
  • mamy tam wspierającą się, szczęśliwą, choć niepozbawioną kłopotów rodzinę (jako wzór - bezcenne),
  • każdy kolejny tytuł to bardzo mądre, dojrzałe przesłanie, które jest w dodatku wyartykułowane w trybie dostosowanym do sposobu myślenia dziecka,
  • nienachalny dydaktyzm,
  • wiele koloru na każdej stronie.
I właśnie dlatego ja także czytałam dzieciom o Franklinie z przyjemnością.
Według mnie seria jest przeznaczona dla dzieci młodszych, tzn. gdzieś tak od roku do sześciu (maksymalnie!!!) lat. Nieporozumieniem jest kupowanie tego do bibliotek w podstawówkach.

Nie zżymajcie się, proszę, że wybrałam akurat trochę przebrzmiałego "Franklina", kiedy na rynku tyle nowych i wspaniałych książek. To dlatego, że dzieci mi wyrosły, a najnowsze jeszcze nie dorosło do dłuższego słuchania. Nie bardzo więc jestem w temacie. Za to, jeśli chodzi o kryteria i wskazanie zasady, doskonale wiem, o czym mówię.

Pokazanie niepełnosprawnym i chorym dzieciom (pokazanie bez wskazywania na to, oczywiście), że na równi z pełnosprawnymi i zdrowymi mogą być literackimi bohaterami, jest cenne. Dlatego warto dobrać lektury, które przedstawiają dzieci o specyficznych potrzebach wśród ich rówieśników o potrzebach całkiem zwyczajnych, ale takie, gdzie te dzieci nie są traktowane inaczej ze względu na te specyficzne potrzeby. Chyba są takie książki, w których także dzieci tzw. typowe mają jakieś swoje nietypowe cechy, które powodują wyalienowanie z grupy rówieśników. Albo takie lektury, gdzie jedni i drudzy całkiem zwyczajnie się nawzajem traktują i ich nietypowe cechy czy potrzeby nie są dla nikogo powodem do przesadnego roztkliwiania się nad nimi. Dobrym przykładem mogłaby tu być jedna z książeczek o Franklinie właśnie (nie pamiętam już tytułu), w której któryś z kolegów żółwia chodzi o kulach (a więc wolniej i nie może np. grać w piłkę), ale za to świetnie pływa. I właśnie w tej serii jest mnóstwo takich przykładów inności (praktycznie każdy z bohaterów jest w jakiś sposób "inny" w sensie nie do końca dostosowany do grupy). Jednak w narracji nie ma śladu pochylania się nad tą innością w protekcjonalny sposób - że oto mamy tu chorego (niepełnosprawnego) chłopczyka (dziewczynkę) i my mu teraz wszyscy pomożemy, zaczekamy, damy fory. Tu nikt o tym nie mówi, ani narrator, ani bohaterowie. W tej serii to się po prostu dzieje. Jak trzeba na kogoś zaczekać, bo jest wolniejszy, to się czeka, a dla bohaterów jest to tak samo oczywiste, jak to, że trawa jest zielona, a niebo niebieskie. Uważam, że to jest wielka wartość tej serii. Bo specjalne pochylanie się i mówienie o inności do zdrowych fizycznie dzieci jest wg mnie protekcjonalne i stwarza jeszcze większe bariery, ponieważ tę inność podkreśla. A w efekcie może być upokarzające dla "innych", którzy tak naprawdę inni nie są. Myślę, że temu służy odnoga kampanii "Cała Polska czyta dzieciom" pod hasłem: "Czytanie zbliża", gdzie dzieci razem słuchają książeczek, razem się bawią i gdzie nie mówi się im, że oto teraz będziemy się opiekować albo bawić z dziećmi niepełnosprawnymi (a to, wbrew pozorom, bardzo częsta praktyka). Bo one nie potrzebują opieki (mają już opiekunów, podobnie jak dzieci zdrowe), tylko towarzystwa i zwyczajnej wspólnej zabawy - bez wskazywania na inność.  

Inny tytuł, który podobno jest świetny (ja nie czytałam - podrośnięte latorośle tak), to "Rico, Oskar i głębocienie" Andreasa Steinhöfela oraz dwa  tomy kontynuacji. Ale o tej książce i o tym, dlaczego to dobra literatura i dlaczego naprawdę warto, następnym razem.

środa, 12 listopada 2014

Głupia gęś albo slow food po polsku

...z cyklu "Gotuję sobie"


Na świętego Marcina najsmaczniejsza gęsina lub "W żółtych płomieniach liści". Z tym kojarzy mi się 11 listopada. I jeszcze z "Noelką" Małgorzaty Musierowicz, którą w poprzedniej epoce (przed najmłodszym dziecięciem:) rytualnie tego dnia czytywałam, od rana do wieczora leżąc na kanapie z książką i wdychając rozchodzący się po całym domu zapach świątecznego bigosu, który bulgotał w wielkim garze. A świąteczny był podwójnie: z powodu 11 listopada i bożonarodzeniowego przepisu Cyryjka, czyli stryjka Elki, gotującego go w Wigilię równie rytualnie, jak ja czytuję "Noelkę". Albo czytywać bym chciała. Znów.



No. Tak to wyglądało jeszcze wczoraj, tuż po wyjęciu z piekarnika. Po prawie dwóch godzinach pieczenia metodą "na schab", to znaczy przez pierwsze pół godziny w 200 stopniach na termoobiegu, później stopni 180 i jeszcze godzina, także termoobieg, a następnie to już na oko, co znaczy, że trzeba raz na jakiś czas rzucić okiem i sprawdzić, czy się od spodu zbyt sucho nie robi, to wtedy szybko wyłączyć. A, jeszcze wcześniej wyłączyć termoobieg, by się ptak nie wysuszył za bardzo.


Ptak to za wiele powiedziane, bo tak naprawdę miałam cztery nogi. Ogromne nogi. Na pieczenie gęsi dostałam natchnienia pod wpływem siostry, która tydzień wcześniej upiekła sobie kaczkę (o, błogosławiony lidlu, co dajesz nam poporcjowane mięso w pudełkach:), to nie mogłam być gorsza, a że zakupy odbywają się u nas w piątek wieczorem i tylko raz w tygodniu, zatem gęsie piersi, co w ofercie od czwartku, już "wyszły" i tylko nogi zostały. Paradoks?:))) Dowcip był, no. Małżonek do domu przytargał, do zamrażalnika wrzucił. Mimo daty ważności jakoś nie mam odwagi trzymać surowego mięsa w lodówce przez trzy dni, więc zawsze bezszronowo zamrażam. A następnie rozmrażam. Rano w przeddzień pieczenia.


Do wieczora się zdąży rozmrozić. Jako że słyszało się co nieco o słynnym gęsim smalcu (że się wytapia, że dobry itp.), się domyślało, że cały ptak tłusty będzie. I się nie pomyliło. Nawet nie wygląda na pierwszy rzut oka, ale jest. Więc przyprawy. Przebiegłam się po blogach, ale takich naprawdę kulinarnych, i tam napotkałam różne-przeróżne cudne przepisy wymyślne i na bogato. A to z miodem, a to ze śliwkami... I takie tam:) U mnie ni miodu, ni śliwek, dlatego jedyna nauką, którą z nich zaczerpnęłam, było, żeby z majerankiem. A nawet bez umiaru z majerankiem. Ze względu na ten tłuszcz. Mniej więcej miesiąc temu dziecię mi majeranek "zużyło", ale zdążyłam już o tym zapomnieć, więc w dniu rozmrażania "wykonałam" (uwielbiam to peerelowskie słówko) alarmowy telefon do pracy małżonka, żeby majeranek po drodze i żeby dużo, bo gęś tłusta, to wchłonie. Dostarczono cztery torebki. Zużyto cztery łyżki. Do marynaty. Plus dwie łyżeczki soli, dwie ziołowego pieprzu, dwie mielonego czosnku jedną słodkiej mielonej papryki.


Gęsie nogi natarto, w szkle umieszczono, szczelnie przykryto, do lodówki na noc wsadzono.


A rano w rękaw do pieczenia! Żeby nie ubrudzić folii z wierzchu, bo by się w piekarniku paliło, wszystko szykuję wcześniej, to znaczy zanim dotknę mięsa.


Ucinam kawałek rękawa, spinam z jednej strony, biorę szaszłykowy patyk do dziurawienia folii i układam na blasze.


Wkładam nogi, spinam z drugiej strony, robię kilka dziurek (nie za dużo, bo mięso wyschnie) i ładuję do piecyka. Ma w tej chwili 200 stopni i włączony termoobieg. Trzymam je tak przez pół godziny, po czym zmniejszam temperaturę do 180 stopni i zostawiam na godzinę. A następnie wyłączam termoobieg i trzymam jeszcze trochę - najwyżej pół godziny - o ile widzę na dnie sporo sosu. Jeśli nie widzę, wyjmuję czym prędzej, żeby za bardzo nie wyschło, a następnym razem robię w rękawie mniej dziurek.


Cztery wielkie nogi tuż po upieczeniu.


Jedna wielka noga na talerzu:). W towarzystwie kwaskowych buraczków i gotowanych ziemniaków.

Udał się ten obiad, ale wiecie co? Jestem łasuchem i zwykle około piątej po południu czuję się tak głodna, że muszę zjeść jakiś podwieczorek, by dotrwać do kolacji między ósmą a dziewiątą, kiedy dziecię już zaśnie. Nie tym razem. Nie wczoraj. Bo wczoraj dopiero w okolicach siódmej zorientowałam się, że ciągle jestem pełna. I jest mi jakoś tak... Syto. Zbyt syto. I chyba ciągle tłusto. Choć smalec odsączyłam i skórkę zdjęłam. To już chyba nie dla mnie. No i ta porcja ogromna...


Gdy więc przyszło do kolacji, nie byłam w stanie pomyśleć o niczym konkretnym, ale trochę się bałam, że się w nocy głodna obudzę, dlatego padło na to, co zwykle ma u mnie szanse w okolicach śniadania, a w żadnym razie wieczorem. Najpierw myślałam o samym bananie, później o samym jogurcie (tylko naturalny, niezagęszczany, niesłodzony, z dodatkowym wapniem, gotowe słodkie wydają mi się strasznie sztuczne w smaku, więc odpadają), ale każde z osobna jednak trochę za małe. Koniec końców po otwarciu lodówki złapałam jedno i drugie, a kiedy ujrzałam mandarynki kupione na poranki "dla zdrowia", dorzuciłam jedną. Po chwili wahania stwierdziłam, że niskosłodzony dżem z czarnych porzeczek z mnóstwem całych owoców będzie nie od rzeczy, więc... Wiecie, rozumiecie...:)


Wpierw ten pyszny jogurt, na niego kilka łyżeczek dżemu porzeczkowego, banan w sporych plasterkach i... poczuć zapach rozerwanej palcami skórki pierwszej jesienno-zimowej mandarynki w tym roku - bezcenne.


W ostatniej chwili olśniło mnie, żeby połówkę mandarynki przekroić na pół w poprzek cząstek i w ten sposób zyskać troszkę soku, który wypłynął do jogurtu. Pycha. I nawet małżonek się skusił. Po gęsiej nodze czuliśmy się tak samo. Starość nie radość, kondycja już nie ta:).


A ostatnie zdjęcie gotowej kolacji wyszło mi rozmazane, więc w zamian proponuję coś takiego:



"W żółtych płomieniach liści" - Robert Janowski, Katarzyna Groniec

Lata temu "Twój Styl" miał insert w postaci płyty z piosenkami Agnieszki Osieckiej. Płyta idealna. Oprócz powyższych "Liści", w których "gęsi już wszystkie po wyroku" (to stąd dzisiejsze skojarzenie), jest na niej jeszcze kawałek "Pijmy wino za kolegów" - obłędny. Stylizowany na artystów problemy z błędnikiem. Cudo.

To tyle. Pa!

czwartek, 6 listopada 2014

Dziś bez tytułu

  ...i bez cyklu


W Sudanie Południowym trwa największy kryzys żywnościowy na świecie. Bez podjęcia natychmiastowych działań 50 tysięcy dzieci umrze z głodu w najbliższym czasie. Dramatyczna walka z czasem trwa! Ale nie myśl teraz o tej przerażającej liczbie, pomyśl o tym jednym głodującym dziecku, które czeka na Twoje wsparcie.


W leczeniu niedożywienia UNICEF od lat stosuje bardzo skuteczne i łatwe w użyciu mleko terapeutyczne i żywność terapeutyczną typu Plumpy’nut. Zawierają one odpowiednią dawkę tłuszczu roślinnego, węglowodanów, witamin i minerałów, które pomagają dzieciom szybko odzyskać siły i prawidłową wagę. W krajach rozwijających się są lekarstwem, które ratuje życie dziecka.
W Sudanie Południowym głód zabija coraz więcej dzieci. Walczymy o życie każdego z nich, ale bez Twojej pomocy ich nie uratujemy. Apelujemy, przekaż darowiznę i ocal dziecko. Pamiętaj, że działając z nami masz pewność, że Twoja darowizna dotrze do Sudanu Południowego. Zebrane środki zostaną przeznaczone między innymi na wyposażenie ośrodków leczenia niedożywienia, żywność i mleko terapeutyczne dla głodujących dzieci.

Bardziej konkretna informacja jest pod tym adresem: http://www.unicef.pl/nmwplaty/wplac/68 . Tam możesz wybrać obszar wpłat i dowiedzieć się konkretnie, na jak długo i dla ilu dzieci wystarczy kwota, którą wpłacisz.

Trudno uwierzyć, że "nie można" przy pomocy pieniędzy rządowych (jakichkolwiek rządów) uratować od śmierci głodowej wpierw 50 tysięcy, a potem 2 milionów dzieci. Widocznie jednak "nie można". Widocznie te pieniądze potrzebne są gdzie indziej, na przykład na wojnie. Dlatego na żywność terapeutyczną zrzucają się pojedynczy ludzie. Gdyby moje dziecko umierało z głodu, wpierw oddałabym wszystko, co bym miała, a potem nie umiałabym zrozumieć, jak to możliwe, że ktoś wzbrania się przed pomocą, ponieważ ma inne "palące" wydatki. Bo jakie są inne ważniejsze sprawy, kiedy człowiek umiera z głodu?

Wiem, populistycznie. Demagogicznie. Zawsze dobrze mi szło takie łatwe gadanie. Niech się dziś przyda na coś lepszego niż próżna satysfakcja. Dziękuję.

I pierwszy raz na tym blogu proszę: puście to dalej. Nie mój wpis, nie stronę mojego bloga. Wejdźcie pod link i zalinkujcie u siebie tamtą stronę. Przynajmniej tyle. Mały szantażyk? Owszem, tak. Pozdrawiam!

PS Mam wątpliwości co do zdjęcia tego dziecka. Zamieszczam, ponieważ jest w oficjalnym banerze. Historia tego konkretnego chłopca jest opisana na stronach Unicef, gdzie znajdują się także zdjęcia jego mamy. Jest to fotografia zrobiona po tym, jak chłopiec dzięki pomocy odzyskał siły i szansę na życie. Nie przedstawia go w sytuacji głodu.

wtorek, 4 listopada 2014

Od przybytku... Torebka nr 1

...z cyklu "Co w szafie piszczy?"


Chociaż od przybytku głowa podobno nie boli, to już od konieczności tegoż przybytku nabycia owszem.

 


Jak się staroć lat kilka noszona ze starości swej rozsypie i na drodze właścicielki ślady okruszkami znaczy, znak, że to koniec jest. I nie ma to tamto, klasyk mawiał wielce dowcipnie.


Nienawidzę kupowania polegającego na zastępowaniu rzeczy, które się dobrze sprawdzały, długo służyły i same zostały nabyte po długich poszukiwaniach. Nie znoszę, ponieważ te już zużyte też wymagały zachodu. Choć akurat w przypadku Nine West poszło szybko, bo czas naglił - impreza wyjazdowa wymagała torby choć trochę różniącej się od sportowej, niewyglądającej jakoś bardzo tandetnie, a jednocześnie pojemnej. To było prawie 8 lat temu i wtedy kupienie takowej od ręki "za rozsądną cenę" nie było oczywistą oczywistością jak dziś.


Chociaż dziś, szczerze mówiąc, też takie znowu bardzo oczywiste nie jest. Ryzykować wydanie stówki przez internet... nie bardzo. Bo przez internet można, owszem, zaufać, że się kupi rzeczy niewyglądające tandetnie, tylko że ich ceny zaczynają się od kilku stówek. Te za stówę dają po oczach tandetą, że aż boli.

Mając więc śmieszne warunki brzegowe (ha!) - sto złotych, fason listonoszki (wolne ręce matki dziecięcia są na wagę złota), w miarę "elegancja" (chodzi o to, by się do tych ciuchów, co wiecie, nadawała), w miarę pojemność, ale też nieprzypominająca flaka forma (musi stać postawiona, nie więdnąć) i niebijący tandetą po oczach (choć tandetny w istocie) materiał, że o zwykłym "podobaniu się" nie wspomnę - no więc mając takie wymagania minimalne:), kupić torbę łatwo nie jest. Owszem, w internetach się widziało mnóstwo pięknych, pasujących, idealnych wręcz, co z tego, jak za stówek kilka.


Dlatego się raz dziecię na godzinę-do-półtorej pod opiekę starszaków oddało i w objazd najbliższego terenu (czytaj: dwie wsiowe galerie, trzy wolno sobie stojące sklepiki) ruszyło.
 

Się znalazło, kupiło i się ma. Idealnie nie jest, ale prawie. Dziurki (hej, Niezaradna!) się wiertareczką przy pomocy małżonka dodatkowe wywierciło (pozdrawiam Cię, Koleżanko Anno:) i służy. I sentyment wzbudza, bo się przy pomocy podobnej przez całe liceum udawało, że się książki do szkoły nosi, choć sama cegła do polskiego zmieścić by się w nią nijak nie mogła, a co dopiero reszta makulatury typu podręcznik do geografii lub fizyki:), że o matematyce nie wspomnę. Chociaż tamta była od góry naprawdę luźniejsza (dokładnie tak, Miłe moje:) i zamka ani kieszonek wewnętrznych nie miała. Niektórzy pewnie tamte listonoszki pamiętają. Klasyczne były w kolorze skóry naturalnej, ale ja miałam czarną, coby było oryginalnie, a jakże.

Tyle o torbie nr 1.

Będzie i o drugiej, bo to dzień rozpusty był, bo grzech nie skorzystać, jak dają, jak się kilka okoliczności korzystnych zbiega, co przy moim szczęściu następny raz nastąpi za kolejnych lat kilkanaście, więc... Są dwie. Druga wkrótce:)