piątek, 27 lutego 2015

Kicz i snobizm. Oraz kompleksy

...z cyklu "Dyrdymałki"

 

 

Jednym z aspektów życia w stylu slow, o którym już kilkakrotnie przez te półtora roku (z górką:) pisałam, jest swobodny, bez napinania się stosunek do zastanej rzeczywistości, w tym zawsze i wszędzie staranie się, by to raczej człowiek (zwłaszcza drugi człowiek) był w centrum uwagi niż własne (nawet słuszne) poglądy, a także rzeczy, nawet te najbardziej wartościowe, nawet te będące upostaciowieniem najbardziej zaawansowanej ludzkiej myśli, nawet te najpiękniejsze i najzwnioślejsze uczucia budzące.  A inspiracją do uczynienia tego wpisu stała się dzisiejsza przed pracą (czyli około godziny 4.58) wizyta w pewnym "kulturalnym" miejscu blogosfery. Z  pozoru wszystko ładnie, z pozoru wszystko gra. Jest literatura, jest czytelnik, jest recenzja. Tylko dalej nie ma już nic. Oprócz zgrozy. I komentarzy. A poniżej bardzo luźno związane z tym tematem okropnie prywatne refleksje.

 

Co jest bardziej kiczowate? Bezpretensjonalny, szczery, nieuświadamiany, niezakładany kicz? Czy może próby odcięcia się za wszelką cenę od najmniejszych nawet z kiczem skojarzeń? Śmiały i otwarty kult estetyki różu i brokatu czy paniczne kontrolowanie wyglądu własnych ciuchów, gadżetów i przestrzeni?


Nie mówię w tej chwili o guście. Te bywają różne. Jeden lubi styl minimalistyczny, drugi przepych orientalny, a trzeci estetykę kiczu. Tak zwanego. Ponieważ kiczem tak naprawdę może być wszystko. Nie jest to bowiem - przynajmniej moim zdaniem - kategoria estetyczna.

W moim odczuciu ciągłe udowadnianie sobie i innym, że się kiczem brzydzi i kiczu unika, o niczym innym nie świadczy niż o: a) kompleksach (albo o usiłowaniach ich ukrycia), b) snobizmie, c) tak zwanych ą-ę aspiracjach, d) wywyższaniu się.  I to histeryczne udowadnianie  j e s t   k i c z o w a t e.

A wszystkie te literki razem pozbierane składają mi się w obraz człowieka, co bardzo nie lubi siebie. I dlatego nie bardzo lubi innych wokół siebie. Takich samych jak on (przykro patrzeć w lustro, jak się człowiek samemu sobie nie podoba), a także tych drugich - bo są inni, co dla nielubiącego siebie znaczy: lepsi. Nie lubi tych i tamtych, i jeszcze tamtych (bliżej nieokreślonych, ale na wszelki wypadek) - ponieważ nie akceptuje siebie. Tylko że za skarby świata się do tego nie przyzna. Przed tymi innymi to na pewno, zaś przed sobą samym - też chyba nie, bo po co? Przecież on to o sobie wie, po co mu coming out? W sposób bardziej lub mniej uświadomiony, lecz wie. A przynajmniej przeczuwa. Nie lubię siebie - powiedzieć sobie w twarz łatwo nie jest. Łatwiej nie lubić innych, o sobie za wiele nie myśląc. Zresztą myślą o sobie jedynie egoiści, egotycy, sobki i... Już nie wiem.

Trudno żyć z tak niskim poczuciem wartości, w dodatku ciągle udowadniając, że jest dokładnie odwrotnie. Kul, zajefajnie, trendy i co tam jeszcze, i tak nie trafię w aktualnie używane słowa, bo za stara jestem, więc  nie w temacie. O! Tu właśnie wylazło moje osobiste zakompleksienie, więc już widać, na czym to polega. Chociaż akurat w tym temacie jest u mnie dość delikatnie. Są i gorsze mielizny.

Stanięcie w szczerości wobec samego siebie nie jest kiczem. Nawet jeśli ta szczerość oznacza, że: a) lubię wściekły róż posypany brokatem, b) tyłek sam mi podryguje przy słuchaniu disco polo, c) kocham sztuczne kwiatki, ociekające złotem pseudorokokowe pseudoamorki i czytanie Kalicińskiej Małgorzaty/Grocholi Katarzyny/Steel Danielle (niepotrzebne skreślić). To tylko przykłady, resztę bez trudu wyobrazicie sobie sami. Nie jest kiczem także fakt, że najbardziej na świecie pasuje mi betonowa ściana, surowa drewniana podłoga, papierowa lampa, linie proste i czytanie Prousta. A także monochromatyczne barwy. Ciuchów oraz wnętrz.

Jest kiczem udawanie kogoś, kim się naprawdę nie jest w imię celów nie do końca szlachetnych, czyli tak zwanego "bycia lepszym od innych". Lub od prawdziwej wersji siebie samego. Jest kiczem aspirowanie do wtopienia się w środowisko z góry patrzące na tych, co "nie dorastają" - jakkolwiek: finansowo, intelektualnie, mentalnie. Albo mają po prostu zły (? - inny?) gust. Jest kiczem obnoszenie się z poczuciem przynależności do jakiejś "wyższej", "lepszej" kasty - cokolwiek to znaczy. Do kasty czytających "lepsze" książki, słuchających "lepszej" muzyki, noszących "bardziej gustowne" ciuchy, mieszkających w urządzonych "z większym smakiem" wnętrzach. I wyśmiewanie się - wprost lub między wierszami (to zależy od stopnia tak zwanego "wyrafinowania" lub tak zwanej "kultury osobistej", jaką sobie osobnicy podobnego typu przypisują. Zdecydowanie na wyrost przypisują. Jest kiczem uważanie się za kogoś lepszego od innych. Ponieważ nikt nie jest lepszy od innych. A już zwłaszcza z powodu takiego lub innego gustu: literackiego, muzycznego, modowego, wnętrzarskiego. Każdego.

Z drugiej strony nie jest kiczem aspirowanie do bycia lepszym, staranie o rozwój, jest nim natomiast udawanie, że się tego nie robi i że nie zależy. Że jak? Że mi zależy? Ale przecież ależ skąd! Ja to mam dystans. No.

Kicz - w moim rozumieniu - nie przybiera materialnej formy. Można by powiedzieć, że owszem, że jednak miewa postać lśniącego brokatem jednorożca albo fioletowego kucyka z różowymi włosami i w makijażu. I że jest to dokładne przeciwieństwo tak zwanej sztuki prawdziwej. Która zresztą z zapałem kicz (?) prześmiewczo wykorzystuje. Kicz to brak szczerości w doborze środków wyrażania siebie w jakiejkolwiek dziedzinie połączony z zapalczywym zwalczaniem metodą wyśmiewania się z, oburzania się na, wywracania oczami wobec - a najbardziej to już personalnego walenia między oczy na niwie publicznej i przyzwalania na niewybredne komentarze równie zakompleksionych i wbitych w poczucie własnej fałszywej wyższości amatorów sztuki prawdziwej. A, i jeszcze poprawianie sobie zaniżonego (chyba? bo jeśli nie, to dlaczegóż trzeba by je poprawiać?) samopoczucia wmawianiem przyklaskującej ochoczo ludzkości, że zachwycać to się mogą inni, a nam pozostaje już tylko im współczuć, skoro taki marny gust (by nie powiedzieć: intelekt) mają.

Litości!

PS Byłam dziś rano na takim jednym pseudokulturalnym blogu. Trafiłam "po plus jedynkach". Pierwszy i ostatni raz.

PS 2 Jaka jest najbardziej kiczowata definicja kiczu na świecie? Taka:

kicz
1. «kompozycja plastyczna, utwór literacki, film itp. o małej wartości artystycznej»

2. «przedmiot wykonany z przepychem, ale zupełnie pozbawiony gustu»
A cóż to jest owa "wartość artystyczna", Autorze "Słownika języka polskiego" zacnego PWN? W dodatku "mała". Czym w Twej definicji jest "gust"?

wtorek, 24 lutego 2015

Danie jednogarnkowe. Kurczak z rosołu w warzywach

...z cyklu "Gotuję sobie"

 

Kurczak z rosołu w warzywach

 

Kiedy chorujemy, najlepszy jest rosół z kurczaka. A kurczak z rosołu, jaki jest, każdy widzi:) To co z nim zrobić? Coś koniecznie, bo nie wyobrażam sobie wyrzucania dobrego jedzenia. A że przez prawie półtora miesiąca na zmianę i na okrągło chorowaliśmy, to i rosołki niedzielne bywały. Rosół to zupa łatwa i szybka - bez siekania, bez zagęszczania i zaprawiania. Jak się człowiek uprze, to nawet włoszczyznę obraną kupi. Nie posunęliśmy się do tego, ale tylko dlatego, że chorowaliśmy przeważnie na zmianę. Gdybyśmy wszyscy na raz zaniemogli, kto wie...


W każdym razie nie o zupę mi dziś idzie, tylko o to nieszczęsne mięso drobiowe z rosołu, którego na jeden raz zjeść się nie da, jeśli się - tak jak my - nie używa kurczaka w całości (za dużo ma farfocli pływających po garnku), lecz kupuje porcje: osiem udek, osiem piersi, a potem gotuje kocioł cały, żeby na dwa dni było. No i jest. Po ugotowaniu część mięska przysmaża się w przyprawach na drugie danie, a resztę mrozi "na zaś".

Ostatni taki "zaś" był wtedy, gdy małżonek w miarę zdrów w kuchni działał i do czegoś tam, już nie pamiętam do czego (pewnie do mrożonej fasolki szparagowej), ugotował wielką nie do przejedzenia michę makaronu.

A potem poległ. Zaś ja w miarę ozdrowiałam. I coś z tym makaronem zrobić musiałam, bo... (patrz początek wpisu:).

No i zrobiłam.

Mięsko zamrożone w pudełku po sorbecie rozmrażać poczęłam, a makaron po prostu z lodówki wystawiłam, żeby trochę odetchnął w temperaturze pokojowej. To są kukurydziane kolanka, a więc makaron naturalnie bezglutenowy. O, tak wygląda proste rozmrażanie mięsa :)


A potem potrzebna mi była porcja włoszczyzny zimująca sobie w czeluściach mojej lodówki: spory kawałek selera w korzeniu, korzeń pietruszki sztuk dwie, marchew (ile chcecie), por, cebula i tak patrzę na to zdjęcie, patrzę, ale więcej nic nie widzę, a za bardzo nie pamiętam, bo to dawno było :)


Olej rzepakowy średnio rozgrzany, na to ta pokrojona włoszczyzna i przyprawy: sól, pieprz ziołowy, mielona słodka papryka, czosnek (u mnie najczęściej granulowany). I niech się na małym ogniu (u mnie w cudzysłowie) dusi. Oleju nie rozgrzewa się mocno, by się jarzyny po wrzuceniu nie przypiekły, lecz lekko zrumieniły.

A w tym czasie kroję sobie jeszcze takie nie do końca rozmarznięte mięso z kurczaka.


Potem wrzucam je na patelnię do jarzyn, mieszam, w razie potrzeby podlewam wodą z czajnika.


Jeśli jednak z Ciebie - albo z Ciebie - perwersyjna, wróć! perfekcyjna pani domu, nie zalejesz dania wodą, lecz wykorzystasz bulion drobiowy, wołowy lub warzywny, najlepszy będzie oczywiście taki, który sama ugotowałaś, ostatecznie nada się bulion z kostki, dziś w sklepach można kupić kostki rosołowe naprawdę dobrej jakości :). Ja jestem: a) leniwa, b) zarobiona, c) życiem zdruzgotana, d) matka pracująca  - i dlatego olewam to wodą. O. Hello, seo!


Jak już podleję, to mieszam, przykrywam i zostawiam na trochę, żeby smaki przeszły. Nie za długo, bo na naszym stole wyląduje przecier warzywny dla niemowląt, choć planowaliśmy pyszne danie jednogarnkowe,  w skład którego wchodzi pozostałe z rosołu mięso z kurczaka.


Na koniec dorzuciłam do tego wspomniany już naturalnie bezglutenowy makaron kukurydziany. Mój jest bez GMO. Tak w każdym razie gwarantuje "na okładce" jego producent.

Podsumowując: pozostałe z rosołu mięso z kurczaka, tanie jarzyny, czyli włoszczyzna, olej rzepakowy o wysokiej temperaturze dymienia, idealny do smażenia, a poza tym bogaty w kwasy Omega 3 - najlepsze dla ludzi żyjących w naszej strefie klimatycznej, no i - powtórzmy dla utrwalenia :) - naturalnie bezglutenowy makaron kukurydziany, koniecznie z kukurydzy bez GMO.

Czy ten wpis jest ładny? Dobry? Nie, jego kształt jest ŻE-NU-JĄ-CY. Ale za to SEO. Hello, seo! Czekam na efekty. Google Analytics prawdę ci powie.

Nara! ;)

I przysięgam, świadomie wygłupiłam się tak pierwszy i ostatni raz. Bo nieświadomie to pewnie wygłupiam się bez przerwy.

PS Teraz już wiem, czemu blogi chwalące się najwyższą statystyką (nie taka upierdliwa nisza jak ja) mają w swojej ofercie TAKIE (oszczędzę sobie i Wam epitetów) teksty. A, nie mam tu na myśli miejsc popularnych, których popularność wynika z popularności prowadzących je osób, bo to całkiem inna działka. Tu żadne eo-seo nie ma nic do gadania. I już. A żebyście widzieli, jak się zamieszczone tu zdjęcia nazywają!

Ale i tak na te rzeczy najlepszy jest ponoć marketing szeptany, więc, Kochani, wiecie... rozumiecie... :)

Dziękuję.

wtorek, 17 lutego 2015

Ajlawju do bólu, czyli polemicznie o walentynkach

...z cyklu "Dyrdymałki" albo "Uroda życia"

 

Która walentynka jest najbardziej kiczowata?

 

Źródło

 

Taka moda nastała, aby się od walentynek dystansować. Mniej lub bardziej otwarcie, ale dystansować, "za boga" (tylko jakiego?) albo "za chinyludowe" do komerchy tej i kiczu nie przyznawać. Wszem i wobec głosić, że się w tłum świętujących nie wtapia, gdyż obciachu się tego nie trawi. Rany!

 

Źródło

Votum separatum! - zakrzyknąć wypada i polansować się w netach chwalebnym sprzeciwem.

Do dzieła.

Pierwsze primo:) Wszystkim świętom, także stricte religijnym, nadano już do bólu komercyjną formę. Znacie Śnieżynki, Rudolfa i sanie Santaklausa hulające po świecie już od listopada. A także stada zajęcy, królików i kurcząt wypasanych na śmierdzących rzeżuchą sklepowych półkach przez cały Wielki Post. I nieraz mamiono Was kłamstwami, że święta bez nowego pakietu telewizji satelitarnej to nie są żadne święta. Albo chociaż telewizor kup, człowieku, nowy, bo co ty tam zobaczysz w tym swoim trzyletnim zabytku! Mój antyk ma piętnaście lat i póki co wszystko w nim widzę. Ale nie w święta, bo w święta to ja nie mam czasu gapić się pudło, gdyż rodzinę przyjmuję lub odwiedzam. Wiecie też na pewno, że Wigilia nie liczy się bez barszczu/grzybowej/karpia/makowca/piernika/niepotrzebne skreślić. To wszystko rzeczy istotne i warto poświęcić im trochę uwagi, ale przecież nie całą, bo nie one są świąt istotą. Przecież wiecie, bo nieraz to mówicie.

I czy z powodu komercjalizacji zrezygnowaliście z religijnego przeżycia świąt (jeśliście wierzący) lub z celebry bycia z bliskimi (jeśli poprzestajecie na świeckim, ludzkim, wymiarze Christmas)? No właśnie. Więc dlaczego mielibyśmy zrezygnować ze świętowania raz do roku walentynek? Forma tej celebry i ilość przepuszczonej gotówki zależy tylko od nas, nie od mody ani od marketingu. To proste.

Źródło

Drugie primo:) Krzyczącym, że to święto obce, niepolskie, niezgodne z tradycją itp. odpowiem: zacznijcie czcić Światowida, bo to jego kult jest naszą rdzenną "religią". Boże Narodzenie i Wielkanoc narzucono Wam przecież przemocą. A Święty Walenty to ta sama "klika":) Że amerykańskie? Tam też obchodzą Boże Narodzenie. Oprócz tego Chanuka, ramadan i parę innych okazji. Świat jest jeden, a świętowanie walentynek nie przeszkadza w obchodzeniu świąt "rdzennie" polskich. Nawet ku czci Światowida. Gdyby kto chciał. U źródeł walentynek leży chęć okazania sobie miłości (tej/temu jedynej/jedynemu), przyjaźni (przyjaciołom) albo tylko (aż?) życzliwości. I nie przemawia do mnie argument, że takie okazywanie z prawdziwymi uczuciami nie ma nic wspólnego i że co za sens deklarować uczucia, których tak naprawdę nie ma. Owszem, w przypadku miłości romantycznej sensu rzeczywiście nie ma, to zwyczajne kłamstwo. Ale przyjaźń albo życzliwość? Według mnie śmiało można je zadeklarować jako zwykły wyraz dobrej woli: chcę cię tak traktować, jakbyś był moim przyjacielem, ponieważ żyjemy obok siebie i nie mamy nic przeciwko sobie, a dzięki przyjaznym gestom będzie się nam żyło trochę lepiej. Życzliwość. Nie każdego lubię, niektórych nie mam ochoty oglądać. Ale to niczemu nie służy, tylko życie moje (nie ich) zatruwa. Jeden mały gest życzliwości, sygnał - nie chcę drzeć kotów, chcę współistnieć pokojowo, w ekstremalnej sytuacji pomogę. Jeden sygnał. Będzie odzew - dobrze. Jeśli go zabraknie - trudno. Życzliwe nastawienie do bliźnich służy przede wszystkim nam samym. I to nie jest żaden fałsz, że kogoś nie znoszę, a "serce na dłoni" deklaruję. Bo chodzi o to, by się przełamać, trochę z tych złych uczuć "posprzątać". Będzie lżej na duszy, a i szansa na dostrzeżenie gestu niemała. Tak myślę. Niektórzy nazywają to "miłością bliźniego", a ona nie jest kwestią uczuć, tylko DOBREJ WOLI. Czemu nie zacząć w walentynki? Każdy inny dzień też jest dobry, ale 14 lutego to data symboliczna już, podobnie jak Wigilia. Czemu nie? Jeden warunek: szczerość.

Źródło

Trzecie primo:) Jak już mamy to szczęście osobiste i kochamy romantycznie, a i sami jesteśmy tak kochani, to świętujmy, celebrujmy i cieszmy się każdego dnia. I nocy. Ale najpiękniejsza, najtrwalsza, najcodzienniej wyrażana miłość potrzebuje także celebry. Fajerwerków, kwiatów, kolacji przy świecach, wina, kina, teatru, zaklęć albo uroczystego odnawiania przyrzeczeń. W wersji skrajnej publicznie w kościele. Z imprezą huczną po fakcie. A co! Przecież jedno drugiego nie wyklucza. Przecież jedno drugie uzupełnia.
Miłość potrzebuje odświętnej celebry. I bez znaczenia, jak ją zwać: walentynki, rocznica ślubu, pierwszego seksu albo randki. Jasne, że należy dbać o nią i pielęgnować codziennie. Drobnym gestem, przytuleniem, szeptem, liścikiem, gorącą herbatą, obiadem. Bez tego uschnie. Wiadomo.

Ale oprócz takich gestów niezbędna jest raz na trochę atmosfera "od wielkiego dzwonu". Bo codzienne czułości, niechby i najszczersze, owszem, doprawią, jednak CODZIENNOŚĆ. Wciąż będzie to CODZIENNOŚĆ. Która mimo najgorętszych uczuć i najszczerszych chęci szybko, a nawet jeszcze szybciej, spowszednieje. Jak bardzo by nie była doskonała, spowszednieje. I to raczej prędzej niż później, ponieważ wiadomo, że do dobrego człowiek przyzwyczaja się szybciej i szybciej zaczyna uważać dobrostan za normę.

Aby tak się nie stało, warto raz na czas jakiś zaplanować miłosne fajerwerki. Walentynki, rocznicę ślubu, pierwszego seksu lub randki. A może i zaręczyn. Przecież takie świętowanie nie musi stać w opozycji do czułej miłosnej codzienności, pełnej drobnych uczynków i znaków, bez których życie małżeńskie traci smak. Powiem więcej: im czulsza miłosna codzienność, tym świetniejsza świąteczna pompa, wszak startujemy z wyższego poziomu. Nie, nie chodzi o to, by się ścigać. Niech każdy ma swoją własną miarę celebrowania własnej miłości. Miarę zależną od portfela i punktu wyjścia. Dla kogoś będzie to weekend w Paryżu, dla mnie romantyczny "cudno-nudny" film wypożyczony w walentynkowej promocji, lody z Lidla polane stopionymi krówkami. Też z Lidla:) I deklaracja o "pustym ekranie" Klik. A tak naprawdę to odłożenie na bok zmartwień i zajęcie się sobą. I mówienie sobie o miłości bez codziennych spraw w tyle głowy. Wieczór albo dwa (weekend:) zapomnienia. Butelka sprezentowanego wina.

Zaś argumentacja w stylu: nie obchodzę walentynek, ponieważ okazuję miłość na co dzień, nie tylko od święta, wydaje mi się oparta na dość fałszywych założeniach. Bo czy jedno drugie wyklucza? Czy człowiek wyrażający miłość codziennie nie ma prawa do odrobiny odświętności? Albo odwrotnie: czy zwalnia go to z podkreślenia raz na jakiś czas tej miłości w sposób szczególny? I skąd pewność, że nasz ukochany tego nie chce? A może tylko robi dobrą minę, bo jaką ma robić w tej sytuacji?
Znów posłużę się perfidną christ(masową) analogią: przecież nie rezygnujemy z celebrowania raz do roku Bożego Narodzenia (oraz Wielkanocy) tylko dlatego, że przecież jesteśmy chrześcijanami przez dwanaście miesięcy, a nie przez dwa (plus dwa) dni. Nie mówimy, że świętować nie będziemy, ponieważ jak chrześcijanie zachowujemy się codziennie.

Źródło

Miłość, oprócz codziennej pielęgnacji, potrzebuje celebry. W przeciwnym razie uschnie. Lub zamieni się w przyzwyczajenie. Owszem, wola bycia do końca z człowiekiem, któremu się przysięgało, wola okazywania mu serca, choć płomień uczuć już ledwo się tli, jest bezcenna. Ale może chodziłoby o coś więcej? Czemu nie? Jeśli można?

Źródło

Lubię naszą miłość celebrować. Każdego dnia, a także od święta. Mimo trudów, wiatru w oczy, mimo skrzeczącej codzienności. Wybór formy, ilość wydanych pieniędzy, podążanie za modą - to są wszystko wtórne kwestie. Co kto lubi. Jest oferta do wyboru według preferencji. Kicz też może wyrażać uczucia - bo to one są najważniejsze. Jeśli szczere. Reszta jest kwestią gustu.

No więc która jest najbardziej kiczowata?

poniedziałek, 16 lutego 2015

Wieczór po walentynkach

...z cyklu "Rozmówki małżeńskie"

 


Niedziela. Drugi dzień świętowania walentynek małżeńskich:)
Ona (rozanielona)
Ale cudny ten film...

On
Nie cudny, tylko nudny. Takie "W stronę Marrakeszu".

Ona
Ale co ty. Ja jestem zachwycona. Nie podoba ci się, jak żona jest zachwycona?

On
Przy tobie mógłbym patrzeć się w pusty ekran, nie ma problemu, przecież wiesz.

Ona
Oooo... Naprawdę, zacytuję cię.

On
Znowu.

"Weekend ostatniej szansy" - para starszych Anglików w Paryżu

A teraz niezbędne objaśnienie: "W stronę Marrakeszu" to najnudniejszy film świata (nudniejszy nawet niż "Śmierć w Wenecji"), na który zaprosiłam mojego męża jeszcze przed ślubem, w odwecie za trzy godziny spędzone z nim w kinie na prawie tak samo nudnym "Titanicu", na który zaprosił mnie on. W obu wypadkach miało być romantycznie. W obu prawie umarliśmy z nudów, z tym że na "Marrakeszu" bardziej. To właśnie on stał się w naszym domu kultowym określeniem każdego ciągnącego się filmu. Kryteria przyznawania zaszczytnego tytułu są dość osobiste, w sumie rzadko się w tej kwestii zgadzamy, ale ogólnie chodzi o to, że taki "marakesz" jest: a) nudny, b) bez tempa, c) z aspiracjami do psychologizowania i ukazywania psychologicznej głębi, którym to aspiracjom sprostać nie umie:)

piątek, 13 lutego 2015

Udały mi się bezglutenowe pączki:) albo jeden dzień "urlopu"

...z cyklu "Gotuję sobie"

Jeden dzień wolnego sobie zrobiłam po raz pierwszy od niepamiętnych czasów (pomijając niedziele i święta). Już nie mogłam, ale w głowie i tak majaczyły uciekające cyferki, co z daleka wygląda na zaawansowane stadium pracoholizmu i pazerności, jednak nim nie jest, gdyż definicję pazernego pracoholika widzę mimo wszystko troszkę inaczej - ja nie chcę więcej i więcej, nie wymyślam, co by tu sobie jeszcze kupić. Ja się na powierzchni utrzymać próbuję, a to jednak jest różnica. I wcale nie taka znowu subtelna. Ale "urlop", a skoro tłusty czwartek, to proszę:



Z doświadczenia wiem, że pączki bezglutenowe rzadko się udają. Zwykle po przestygnięciu zamieniają się w kamienie. Często po wyjęciu z oleju są prawie czarne - to "zaleta" bezglutenowej mąki; ciasto z niej zwykle ciemnieje o wiele szybciej i bardziej niż ze zwykłej, nie tylko w przypadku pączków. Muszą być bardzo malutkie, dosłownie jak piłeczki pingpongowe, bo większe wymagają dłuższego smażenia, a dłuższe smażenie powoduje nadmierne ciemnienie. I tak dalej...

 


A tu bęc! Te się udały. I po godzinie nie skamieniały. Z głupia frant wstukałam wczoraj o szóstej rano w Google'a "pączki bezglutenowe" i wyskoczyła mi taka strona. Celiakii nie mamy, ale glutenu i tak naprawdę nie możemy, więc poszukujemy. Omiotłam wzrokiem przepis - czy nie ma dziwacznych składników, które gwarantują, że nic się nie uda (w stylu: to zamiast tego, bo zdrowsze, a tamto zamiast tamtego z tego samego powodu), choć autorzy tego typu innowacji zarzekają się, że jest inaczej i że im wyszło idealnie. Ja nie jestem idealna, gotować ni piec nie umiem, mnie trzeba przepisu realnego:)


No więc patrzę na składniki - realne, powinno się udać. Sposób wykonania - też w miarę, dobry patent z mikserem, bo bezglutenowe drożdżowe nigdy się od rąk nie odlepia, choćbyście wyrabiali do śmierci. W drugiej fazie przeszłam mimo to na ręczne, gdyż mikser dobrze wymiesza, ale grudek nie porozciera. Bo ja mam taki przedwieczny robot, jeszcze ze ślubnych prezentów, lekko zdezelowany i zdekompletowany, a przy tym od nowości była to wersja mocno podstawowa, więc funkcji za wiele to on nie ma. W każdym razie mieszadeł tylko dwa rodzaje. Ale w miarę dał radę.

Zrobiłam, wyrosło, pączki ulepiliśmy, nawet konfiturą malinową przed smażeniem nadzialiśmy i są:


Chociaż szczerze się przyznam, że ja - jak zwykle w podbramkowych sytuacjach z ciastem - wymiękłam i spanikowałam, gdy mi ta konfitura zaczęła przy zalepianiu wyłazić. Ale nic to, wszak przezorny zawsze ubezpieczony i ma w odwodzie małżonka, który niejedno już ciasto uratował (łącznie z wyciąganiem po trzech minutach z pieca, wyrzucaniem z blachy z powrotem do garnka, wlewaniem gorącej margaryny, mieszaniem, wsadzaniem do pieca i to wszystko bez mrugnięcia okiem, że żona ze sklerozą:).

Dotychczas konfiturę nakładający, w obawie przed wybuchem paniki bez ceregieli (no dobra, było tylko: "Chcesz? To ja to zrobię") wsadził ręce w ciasto i zalepiał aż miło.

Na tłustej blasze trzeba układać do ponownego wyrastania te pączki, bo od nietłustej się ich nie odlepi, a mączny podkład przechodzi potem do tłuszczu i się w nim pali, więc nie bardzo się nadaje jako izolacja od podłoża.

No i dobrze mieć szeroki garnek, by za jednym razem jak najwięcej pączków się smażyło. Ponieważ każda kolejna zmiana to pączki o wiele ciemniejsze, a przecież swoje w oleju odsiedzieć muszą, inaczej będą surowe.

Aha, na tej stronie z przepisem tak naprawdę przekonało mnie ilustrujące go zdjęcie - pączki na nim niezbyt kształtne, nie do końca urodziwie popudrowane, a w tle zwykłe, nie pierwszej młodości i nie najnowszej mody kuchenne meble. Nie mam nic do pięknych nowych kuchni, ale! Łatwo je pomylić z gazetowymi stylizowanymi wnętrzami, które z prawdziwymi kuchniami nic wspólnego nie mają, a robią za tło do fotografowania równie "autentycznych" cukierniczych wyrobów. Co przy bezglutenach mocno wątpliwe jest, kto próbował, ten wie.

A zatem - przepis ten do schowania na zaś. Przyda się na pewno, już go wydrukowałam, bo u mnie w komputerach chować nic nie warto, gdyż porządek to ja mam tylko w pracowych papierach. O tyle, o ile;)
No i jak tu piec z otwartym komputerem?

piątek, 6 lutego 2015

Vademecum Smakosza Książek_Nie bądź głupi

...z cyklu "Czytam sobie"

 

 

Raz na jakiś czas przetaczają się przez internety różne mody kreowane przez różne grupy. Po co i na co, tego nie wiem, ale sprawy mają się z grubsza tak, że jedni przekonują drugich o bezsensie zniżania się (sic) do czytania tak zwanych czytadeł, zaś ci drudzy - bywa - z uporem godnym lepszej sprawy zapierają się, że tak zwanych ambitnych próz tudzież poezji do ręki nie wezmą, gdyż im czasu szkoda na błądzenie meandrami nijak nie przystających do rzeczywistości myśli szanownych państwa artystów pióra, a właściwie to klawiatury.

 

Jedni i drudzy napinają się i prężą muskuły, tylko po co. Książek wokół tyle, co gwiazd na niebie, wybór jest, ale nie warto się karmić uprzedzeniami. I to zarówno wobec jednego, jak i drugiego typu twórczości.

 

Tak mnie naszło, bo ostatnio tu o artystach było, to dziś pora się przyczepić do tak zwanej drugiej strony medalu. Popularne nie znaczy marne i nic niewarte - tak myślę, a jak ktoś sądzi, że ściemniam, to proszę bardzo: TU i jeszcze TU  nie ściemniałam. I TU też nie. Ja się nie wstydzę tego, co czytam, a nawet to bezczelnie - o TU - pokazuję i się zachwycam. Albo nie. Tak.

 

Ale dziś nie do końca o tym. Dziś o niebyciu głupim i o czytaniu tego, co wcale niepopularne, tylko odwrotnie, zakurzone w najdalszym zakamarku stoi i - gdyby nie ten kurz - na całkiem nowe wygląda. Czasem nawet od tej nowości kartki ma sklejone. Proszę bardzo.


Smakoszu książek (tak, tak, to TY, nie rób głupiej miny:), nie bądź głupi i nie daj sobie wmówić, żeś na czytanie niektórych książek zbyt głupi!


I bez znaczenia jest, czy wmawiają ci to inni, jakże "życzliwi" (Ale to dla ciebie za trudne, i tak niczego nie zrozumiesz, daj sobie lepiej spokój... itd.), czy też z wrodzoną i podziwu godną skromnością krzywdzisz się sam.

Tak, tak, krzywdzisz się. Wpędzasz w kompleksy, a najgorsze jest to, że uważasz się wtedy za człowieka niebywale cnotliwego (wszak skromność to cnota, a jakże!), znającego i respektującego własną miarę, nie z tych, co z motyką na słońce i takie tam!

A ja mówię, że tak w ogóle to nie święci garnki lepią i - jeśli tylko masz ochotę zgłębiać z Proustem tajemnice straconego czasu - to, zaiste, czas ten straconym nie będzie, choćbyś nawet niewiele z dzieła zrozumiał, a w każdym razie - choćby ci się tak właśnie wydawało. Jeśli tylko masz na Prousta ochotę. Własną. Szczerą. Nie taką wynikającą z mody.

Człowiek bowiem może czerpać przyjemność, stając w całej swej bezradności przed dzieła ogromem mądrości (patrzcie, rymuję! ha! ha! - prozę poetycką serwuję!:). Choćby nawet niektórym wydawało się to objawem skrajnej umysłowej perwersji.

Trudno. Oprócz treści dzieło może mieć po prostu ładną formę (choć, przyznaję, wcale nie musi) i ona właśnie może znacznie wpłynąć na stopień przyswajalności. To po pierwsze.

A po drugie - niezwykła moc przyjemności płynącej z czytania polega właśnie na tym, że się całkiem znacząco, choć całkiem niezauważalnie oraz bezboleśnie, horyzonty myśli poszerza i poziom refleksji podnosi. Tak właśnie napisałam. A co!

I, nie wiedzieć kiedy, z książki na książkę, zwyczajnie mądrzejszym staje. Rany, naprawdę znów to napisałam. Ziemio, rozstąp się i pochłoń mnie. A wtedy, znów nie wiedzieć kiedy, po coraz lepszą literaturę sięga.

A wrażenia towarzyszące czytaniu - podobne wrażeniom z degustacji wina - nabiorą tak magnetycznej mocy, że nie pozwolą powrócić do picia zaprawionej chemią przesłodzonej sztucznej oranżady pod tytułem "Patykiem Pisane":). No, najwyżej raz na jakiś czas. Ale i to raczej z ciekawości, jak też dawno porzucony napitek smakuje. I czy w ogóle jeszcze ma smak. Czasem będzie miał. Coraz częściej nie.

I na tym właśnie polega w "trudnych" książek czytanie zabawa. Zaczynasz czytać zaczytane na amen biblioteczne "czytadła" (też uwielbiam, uwielbiam, choć złe bez żalu porzucam), a kończysz w najrzadziej uczęszczanych zakamarkach biblioteki, skąd wyciągasz najbardziej zakurzone (uwaga! uwaga!) "krytyczne edycje prozy wysokoartystycznej" - jak to mówią. Ha!

A jeśli wśród nich natykasz się na zmanierowanie aż do bólu zębów "eksperymenty (pseudo)literackie" - bez żalu odkładasz je na półkę, gdzie ich miejsce. I szkoda łez!

Następny, proszę!

niedziela, 1 lutego 2015

Vademecum Smakosza Książek_Intymne tête à tête

...z cyklu "Czytam sobie"



Wychodzę z założenia, że prawdziwa literatura, w odróżnieniu od produktów literaturopodobnych, nosi znamiona sztuki. I że tworzą ją ludzie, których winniśmy nazywać artystami. Myślę o prozaikach, bo że artystą jest poeta, wiadomo. Nieprawdaż?:) Natomiast z twórcami prozy rzecz nie jest już tak oczywista. Są prozaicy-artyści i są prozaicy. Pierwsi nie są lepsi od drugich, ale to temat na być może zupełnie inny wpis.


Dziś o książce, którą skończyłam czytać dziesięć miesięcy temu. Dlaczego dopiero teraz? Tak wyszło. Wpis leżał w "roboczych" od marca. Trochę o nim zapomniałam, a że ostatnio nic nowego nie piszę, tylko z tych "roboczych" czeluści wyjmuję, i ten znalazłam.

Do rzeczy.

Czytać - albo lepiej: podczytywać - poezję mogę w prawie każdych warunkach. Wiersz w roli trzyminutowego spa dla zagonionych myśli sprawdza się w moim przypadku doskonale. Nadaje się też do dłuższych posiedzeń lub polegiwań na kanapie, owszem, ale jako sposób na krótki i intensywny relaks jest wprost idealny. O podczytywaniu poezji już było - TU.

Z prozą rzecz ma się mimo wszystko troszeczkę inaczej. Ta wymaga jednak czasu, by móc poświęcić jej trochę więcej uwagi. Z natury rzeczy. Tak to jest.
 
Nic odkrywczego nie napiszę, jeśli napiszę, że Alice Munro tworzy literaturę. W odróżnieniu od twórców produktów literaturopodobnych:) Wiem, wiem... Aby nie wyjść na ignorantkę, nie powinnam się wcale przyznawać, że przeczytanie tego jednego jedynego, zakupionego jeszcze w październiku (2013!) - Klik:), tomu jej opowiadań zajęło mi aż tyle miesięcy (skończyłam gdzieś w okolicach końca lutego 2014!).

Nie, nie składam liter, nie czytam w oryginale i to nie technika wolnego czytania:) spowodowała tak długie brnięcie przez te marne trzysta (chyba, nie pamiętam) stron. Raczej brak możliwości wykrojenia w kawałku godziny lub choćby pół na spędzenie jej z książką w odosobnieniu. Tak mam - muszę się emocjonalnie na czytanie prozy nastawić.  Artykuł w gazecie, nawet długi, trudny i głęboki (co znaczy: napisany przy użyciu trzy- i więcejsylabowych wyrazów:) czytam i rozumiem w warunkach prawie każdych, gdyż się w drodze ewolucji, wychowując trójkę dzieci i pracując, przez kilkanaście lat przystosowałam. Natomiast do książki dziwnie nabożny stosunek - a może raczej konieczność trzymania w rękach, by się nie zamknęła? - nie bardzo pozwala mi ją tak z doskoku traktować. Zresztą artykuł, choćby i nie wiem jaki mądry, nawet mimo niezwykłego czasem kunsztu słowa oraz mimo wysokich lotów myśli, zawsze pozostanie artykułem, publicystyką, niechby i najwyższej próby. Choć sztuką jest tak pisać, nie jest to sztuka. To jest, co najwyżej pobudzający do refleksji, jednak zawsze literalny przekaz.

Literatura przeciwnie. Owszem, można się prześlizgnąć po literach jak po lodowisku i też odczuć satysfakcję, że się przeczytało. Albo raczej "zaliczyło". I się już ignorantem nie jest, i się niezbędny kanon zna. Można, tylko po co?

Wcale nie chodzi mi popadanie w ekstazę podczas czytania pierwszej lepszej książki. Pragnę jednak zostawić sobie przy lekturze margines na "możliwość wrażeń". Wrażeń czerpanych z tego, co "naddane", z tego, co decyduje, że to sztuka właśnie. Margines, którego nie ma, gdy się czyta z doskoku. Gdy co chwilę ktoś nas woła, czegoś chce, o coś pyta i gdy jestem wciąż na posterunku. Po prostu siedząca w głowie logistyka codzienności uniemożliwia przełączenie percepcji, a pozwala jedynie ślizgać się po opisanych wydarzeniach i - to prawda - zapoznać się z treścią. Pozbawia jednak "możliwości wrażeń" - a przecież to tylko "możliwość", nic pewnego, nic danego. "Możliwość" - w dodatku bardzo indywidualna, rzec można, intymna, przez to ulotna.

Literatura jest sztuką słowa. Sztuki nie czuje się w zgiełku, nie odbiera się w tłumie - gremialnie. To niezwykle intymne tête à tête. Przynajmniej dla mnie.

Dlatego wieczór, dlatego sypialnia, dlatego cisza i brak zobowiązań. Dlatego tak długo:) Póki co. Co jednak nie wyklucza poezji podczytywania:)

PS Miał być wpis o Munro i Iwaszkiewiczu, a wyszło gadulstwo jak zwykle. Ale trudno.