piątek, 29 maja 2015

Wnętrze minimalistyczne. Stoliki i lampki nocne

... z cyklu "Slow homing"

 

Dawno, dawno temu... Kiedy jeszcze nie mieliśmy sypialni... Ani małżeńskiego łóżka...


Spaliśmy na rozkładanej wersalce i o stolikach nocnych z prawdziwego zdarzenia mogliśmy sobie pomarzyć, używając tymczasem w tej roli, czego się dało i co tam akurat przy wersalce stało. A to kuchennego taboretu - mieszkanie numer jeden. A to kuchennego stołu, z braku laku pełniącego funkcję stolika pod komputer, wciśniętego między tak zwany szczyt wersalki a kaloryfer pod oknem - mieszkanie numer dwa. Stawianie na noc kubka z wodą w bezpośrednie sąsiedztwo klawiatury zalatywało bezczelnym optymizmem, ale jakoś zawsze nam się udawało nie  zalać "cennego" sprzętu po omacku.

Jednak dotarcie do tak dokumentnie pozastawianych zakamarków ze ścierką do kurzu, tudzież z rurą od odkurzacza łatwe nie było i gdy przyszło do urządzania naszego wreszcie stałego lokum, postanowiliśmy w kwestii dostępności zakamarków nie iść na żadne, ale to żadne, najmniejsze nawet, kompromisy.

O co chodzi? I co to ma wspólnego z nocną szafką albo też stolikiem?

Otóż ma, i to naprawdę wiele. Dom, jak na dom, jest nieduży, w związku z czym nieduża jest także sypialnia. W tej niedużej sypialni zmieścić się musiało najszersze z możliwych (dwa na dwa metry :) łóżko oraz przepastna, do samego sufitu, szafa. Plus sporych rozmiarów wiklinowy kosz na pościel. Wiklinowy, bo lekki i łatwo się przesuwa, udostępniając do przetarcia podłogę pod i za. Oraz wiklinowy, ponieważ przewiewny, co dla trzymanej w nim pościeli znaczenie ma. Jestem pewna, że ona (ta pościel) dziurawą strukturę kosza docenia należycie, gdyż się w nim wietrzy przez dzień cały, nie kłując w oczy sąsiadów, gdyż z balustrady balkonu nie zwisa. Na pokuszenie latających owadów i ptaków też się nie wystawia.

A wracając do tematu, czyli do nocnych stolików - ze względu na rozmiary łóżka jeden z nich musiał się znaleźć w klinczu pomiędzy brzegiem materaca a ścianą.


Drugi dostał ciut więcej życiowej przestrzeni, lecz musiał być bliźniakiem pierwszego, więc od niego wyglądem całkowicie zależał.


A więc! Ciasna przestrzeń ogranicza dostęp do podłogi pod takim stolikiem. Którą to podłogę jednak sprzątać trzeba, a nawet koniecznie trzeba, gdyż wdychanie nocą gromadzącego się w pobliżu głowy i unoszącego się znad podłogowego ogrzewania kurzu ani przyjemne, ani zdrowe nie jest. I tak, drogą eliminacji cech stolika uniemożliwiających spełnienie naszych wymagań, doszliśmy do tego, że nie może on być niczym innym, jak tylko kawałkiem deski przykręconym wprost do ściany. Bez nóg, bez szufladki, bez najmniejszych nawet ornamentów. Ot, goła deska, na której wieczorem stawiam szklankę wody i... Nie, położenie obok książki to zbyt duże ryzyko, zwłaszcza kiedy na wyciągnięcie ręki dostępny jest parapet.

Brak nóżek pozwala bez problemu dotrzeć do ostatniego centymetra podłogi z mopem, z odkurzaczem. Brak ornamentów daje luksus starcia kurzu za jednym machnięciem zamiast trwającego wieki drobiazgowego ścibolenia zakamarków. Niby minuta w tę albo "we w tę" to niewiele, jednak przy kilku pokojach i kilkudziesięciu domowych sprzętach robi się kilkadziesiąt dodatkowych minut zabranych z jakże cennej weekendowej laby. Szkoda życia, chyba żeśmy perwersyjnie rozmiłowani nie tyle w porządku i czystości, ile w samej ciągnącej się w nieskończoność czynności ich zaprowadzania. My nie, więc: czystość - tak, niekończące się czyszczenie - nie!

Lampki zwykle stoją u wezgłowia i tamże posiadają włączniki, najczęściej umiejscowione na kablach. Na kablach jakże uroczo wijących się od lampki aż do samiusieńkiego gniazdka. Nie znoszę wijących się kabli. Okropnie się brudzą, leżąc na podłodze, miewają kilometry długości i dlatego czyszczenie ich również zabiera mi z życia cenne minuty. Nieestetyczne i niepraktyczne. Ale jak tu żyć bez lampki? Nie da się. Lampki są niezbędne. Do czytania, do nocnego do dzieci wstawania.

No więc co?

Kombinowałam, kombinowałam, aż wykombinowałam ;) Łóżko nasze to po prostu szeroki materac na nóżkach, bez zagłówka, bez ramy i boczków. Tak było taniej, a poza tym zyskaliśmy w ten sposób na szerokości, więc się opłaciło. Gdyż jeśli chodzi o powierzchnię w sypialni, najważniejsza jest powierzchnia łóżka. Absolutny priorytet. Po latach spania na starej wersalce. No więc mamy łóżko bez zagłówka. I tu się okazuje, że to się świetnie składa, ponieważ mogliśmy sobie zafundować fabrycznej wielkości płytę meblową, nakleić ją na ścianę za łóżkiem, ukryć pod nią kable z nocnych lampek, a w dodatku przymocować z takiej samej płyty półki w funkcji stolików nocnych. Nocne lampki to w istocie niewielkie kinkiety-reflektory zamontowane na odpowiedniej wysokości, zaś ich włączniki zostały przymocowane i ukryte pod półkami.


Zrobienie tego zdjęcia wymagało gimnastyki:) - żeby dojrzeć to, co pod deską, nawet z daleka, trzeba kucnąć i porządnie schylić głowę, co oznacza, że tych elementów w ogóle nie widać

Efekt końcowy? Zero kabli, zero gniazdek, zero włączników na widoku. I zero nóżek w odległości centymetra od ściany i spróbujcie tam posprzątać! - a kurz się gromadzi.

Może to zbytnia drobiazgowość - takie planowanie. Może. Może się tak wydawać na etapie planowania właśnie. Jeśli jednak ktoś, jak my, męczył się przez kilka lat, usiłując utrzymać jaką taką czystość, z radością poświęci czas na zaplanowanie domu w najmniejszych szczegółach po to, aby w przyszłości przez długie lata cieszyć się dokładnie i przy minimum wysiłku wysprzątanym domem. Ja doceniam to dokładnie raz w tygodniu - ścieram kurz w każdą sobotę. Mój Małżonek także - myje tam podłogę.

sobota, 23 maja 2015

Pszczółka Maja

...z cyklu "Uroda życia" albo "Rozmówki rodzinne"



 
 

Niedzielny letni wieczór w latach osiemdziesiątych to mrowie dzieciarni pod blokami nowych i nie takich już całkiem nowych osiedli. Święto. Ponieważ Dobranocka w niedzielę to całe dwadzieścia pięć minut uciechy przed telewizorem. Nie to, co w tygodniu, gdy wieczorna rozrywka trwała zaledwie minut dziesięć. Bajka! Chodź na bajkę! Pszczółka Maja! Nasze mamy (przeważnie), a także nasi tatusiowie (niekiedy) wydzierali się (dosłownie) z trzecich, siódmych i dziesiątych pięter. A także z parterów, bywało. I mrowie dzieciarni się zrywało. Z piaskownic, z huśtawek, z przyblokowych karuzel, trawników i świecących pustkami parkingów. Biegło. Bo z otwartych na oścież okien dał się już słyszeć zabójczy głos Zbigniewa. A żal było uronić i minutę. I pół też szkoda.


Niedzielne popołudnie pół roku temu. Rodzinna kanapa żywcem wzięta z telewizyjnego serialu. Dowolnego. Jest w każdym. W takim "z życia wziętym". Oczywiście ;)
On, Ona i Ich Dziecię, z którym nie wiadomo co zrobić w chlapiącą błotem zimową niedzielę, gdy wszystkie pomysły zostały już przypomniane, zrealizowane i wyczerpane. Do cna. Wtem!

Ich Dziecię idzie do "swojej" szuflady i wydobywa z niej starą, a darowaną przez starszą rodzinną dzieciarnię płytę. Nie, nie DVD, tylko VCD, czyli chropawy dźwięk i rozmyty obraz wypalony na poliwęglanie wprost z archiwum, bez śladu retuszu. Chce się nią bawić, jak zwykle. Turlać po podłodze. Wyjmować i wkładać do pudełka, które tak ciekawie klika, a którego nie da się żadnym sposobem samodzielnie otworzyć, więc dręczy się Jego i Ją. Aktualnie w rolach rodziców małego dziecka. Ich Dziecięcia.

Ich spojrzenie. Mówi wszystko. Jedziemy. Odcinek pod tytułem "Deszcz". Obejrzyjmy "Deszcz". Lubię deszcz. Będzie bosko. A co najmniej kultowo ;)

Mija chwila. Zaczyna padać. Mijają dwie chwile. Pada coraz bardziej. Mija pięć. Wciąż pada. Schowali się pod liściem. Gadka szmatka. Trzy chwile. Gadka. Pięć. Wciąż tam stoją. Uratowali robaka. Czy coś. Teraz wszyscy stoją pod liściem. Przestało padać. Koniec.

Ona
Ty, ale jak myśmy to kiedyś oglądali?

On
Z zapartym tchem.

Ich Dziecię
Cieś pitę! Cieś pitę!

Trzeba wyjąć "pitę" z odtwarzacza. Cóż.

sobota, 16 maja 2015

Wnętrze minimalistyczne. Stół

... z cyklu "Slow homing"

 

Miał być jeden, są dwa złączone w całość. Było miejsce, jest wygoda

 

Poznajecie ten stół? Na pewno! Przecież takie same widać dosłownie wszędzie ;)

 

Nie ma nic bardziej oczywistego od stwierdzenia, że stół to najbardziej minimalistyczny mebel w domu. Minimalistyczny z natury. Bo to tylko blat i cztery nogi.

Prawda czy fałsz?


Według mnie - fałsz.
Czemu? Minimalizm stołu nie jest taki oczywisty. Ponieważ wcale nie polega na tym, że składa się on z czterech nóg i blatu.

Na czym więc minimalizm stołu polega? Według mnie, oczywiście. Już mówię.

Stół minimalistyczny to stół uniwersalny, czyli jeden do wszystkiego. I dopiero z tej cechy można wywieść wszystkie pozostałe. A czemu? A temu, że:

Stół uniwersalny spełnia wiele funkcji i dlatego wystarczy sam jeden. I do jedzenia rodzinnych posiłków, i do picia kawy porannej, i do rozłożenia nawet sporej do tej kawy gazety bez przeszkadzania innym członkom rodziny, i do pracy przy laptopie, i do rysowania kredkami, i do malowania farbkami, i do lepienia plastelinkowych ludków, i do rozłożenia wielkiej gry planszowej, i do zarzucenia domowymi papierzyskami, i do odrabiania lekcji przez więcej niż jedno dziecko, i do składania prania, i do grania w pingponga, jak trzeba... - resztę proszę sobie uzupełnić :)

Stół uniwersalny jest łatwy w utrzymaniu. Musi być, jeśli ma spełniać wszystkie powyższe funkcje. Co to znaczy - łatwy w utrzymaniu? No po prostu, że się przeciera i już. Że nie wymaga stosowania licho wie jakich środków, inaczej będzie wyglądać jak półtora nieszczęścia. Że nie posiada blatu ze szkła. Dlaczego? Bo na szkle widać każdy najdrobniejszy pyłek, każde muśnięcie paluszkiem, każde dotknięcie czymkolwiek i w tej sytuacji albo godzimy się z tym, że zawsze źle wygląda, albo go wiecznie czyścimy i polerujemy, dzieci przeganiamy, na rodzinę pragnącą używać warczymy, jednym słowem - z daleka obchodzimy. No to na co nam w domu takie zawalisko?

Stół uniwersalny jest słusznych rozmiarów. Kto się gniótł i ściskał przy zbyt małym blacie, komu z biurka papiery spadały, wie, że warto, po stokroć warto. Nawet w niewielkim mieszkanku warto mieć największy, na jaki można sobie pozwolić. Nawet w niewielkim mieszkanku warto zacząć "się meblować" od narysowania na planie salonu (albo i salono-jadalnio-sypialni, jeśli w kawalerce) kanapy i możliwie największego stołu. A dopiero potem całej reszty. Większy stół to więcej miejsca do pracy, do jedzenia, do zabawy, zatem zmieści się przy nim jednocześnie więcej osób. Dla których nie trzeba już ustawiać w domu oddzielnych mebli - jeśli nie ma takiej możliwości, chęci ani konieczności.

Stół uniwersalny jest drewniany. Kogo stać, może sobie kupić stół z praktycznie niezniszczalnego drewna egzotycznego. Drogo, lecz zgodnie z zasadą: raz a dobrze. Kogo nie bardzo stać, niech kupi taki ze zwykłego sosnowego drewna (to naprawdę tani stół), nawet w stanie surowym, i zabejcuje. To nic, że takie drewno jest stosunkowo miękkie i się (stosunkowo :) łatwo wgniata, rysuje i w ogóle ślady używania przyjmuje. Niektórzy twierdzą, że takie ślady przydają mu szlachetności i są swoistym zapisem historii. Bym nie przesadzała, ale coś w tym jest. Bo spróbujcie sobie wyobrazić dwa podniszczone stoły: pierwszy tani "niedrewniany", tylko oklejony czymś drewnopodobnym, drugi tak samo tani, ale z litego drewna. I jak? Który bardziej się Wam podoba? Ja przerabiałam obie opcje i głosuję za drugą. Tak, z całą pewnością podniszczony stół z litego drewna jest - po ośmiu latach używania praktycznie bez chroniących go obrusów - o niebo ładniejszy niż stary, na początku małżeństwa nam przez kogoś darowany, już używany (czytaj: wyrzucany), zrobiony z płyty pilśniowej pokrytej drewnopodobną okleiną. Każda rysa, każda plamka, każde obicie po takich samych ośmiu latach robiło z tego mebla grata nadającego się na śmietnik. Obecny drewniany, z sosny bejcowanej na dąb plus cztery krzesła do kompletu za 399 złotych polskich, już ósmy rok daje radę i dosłownie uwielbiam wszystkie jego ryski i otarcia tak samo, jak nienawidziłam wszystkich wstrętnych zadrapań starego, tandetnego rupiecia. Nawet najtańsze drewno, jako materiał naturalny i przez to szlachetny, wygląda po kilku (-nastu? -dziesięciu?) latach lepiej od (w równym stopniu zużytego) "dizajnerskiego", wydumanego, chwilowo modnego materiału sztucznego. Moim zdaniem.

Stół uniwersalny jest ustawiony w centrum. Z zapewnionym "dookolnym" dostępem, którego zalet wymieniać nie trzeba, ale niech tam! Gdy da się do stołu podejść z każdej strony i z każdej strony można przy nim usiąść, lepiej się powierzchnię blatu wykorzystuje. Taki stół po prostu staje się funkcjonalnie większy od tego przystawionego do ściany. Czasem nie ma wyjścia i przystawić trzeba, ale najczęściej jakieś wyjście się jednak znajduje, więc warto się nad nim poważnie zastanowić.

Stół uniwersalny jest samodzielnie łatwo odnawialny, przez to długowieczny. Co to znaczy? Cecha ta wynika z "bycia stołem drewnianym", który można w ostateczności zeszlifować papierem ściernym lub przy użyciu bardziej zaawansowanej techniki stolarskiej, to znaczy hebla:), po czym ponownie zabejcować, zawoskować, czy co tam jeszcze, i już jest jak nowy. Tanim kosztem.

Stół uniwersalny jest lekki. Z lekkości wynika jego "łatwo przestawialność" i "łatwo pożyczalność", czyli "łatwo integrowalność". Na przykład z sąsiadami, z których każdy (w tym my :) wynosi na podwórko stół, jaki posiada, i się wspólne biesiadowanie urządza.

Stół uniwersalny jest tani. Taniość nie oznacza tandety, która nam się rozpadnie po pół roku. Przeciwnie. Chodzi tu raczej o stosunek jakości do ceny, przy czym bez przesady! Minimalista nie kupi raczej mebla za pięć tysięcy tylko dlatego, że podobny w innym sklepie jest po dziesięć. Umiar! Umiar! I zdrowy rozsądek. No i taniego nie żal, jeśli mu się naprawdę nieszczęście przydarzy i trzeba się będzie rozstać.

Stół uniwersalny jest kompatybilny (opcjonalnie :). Na tę kompatybilność składa się lekkość i taniość (nie żal w razie totalnego zniszczenia). W wersji z mojego podwórka: my, nasze rodzeństwo i rodzice męża - mamy w sumie pięć takich samych stołów, które na wszystkie rodzinne imprezy znosimy do odpowiedniego "lokalu" i one do siebie doskonale powierzchnią i wysokością pasują. A że mieszkamy obok siebie, wszystko jest naprawdę łatwe. Że nudno się urządziliśmy i mało oryginalnie? Co kto lubi. Stoły były tanie i fajne, więc wszyscy się skusili i tak wyszło, trochę mimo woli. A teraz jest wygodnie. Niech każdy przemyśli własne priorytety w tym względzie.

Podsumowując
Jeśli uda nam się zdobyć i umieścić w naszym domu stół posiadający tak wiele pożytecznych cech, możemy śmiało powiedzieć, że oto nabyliśmy mebel minimalistyczny, co oznacza, że nie musimy już poszukiwać żadnych dodatkowych mebli uzupełniających, ponieważ nasz stół nadaje się absolutnie do wszystkiego. I do rodzinnego, intensywnego, codziennego użytkowania, i do odświętnego, na pokaz dekorowania. A jego minimalizm polega na tym, że na wszystkie te okoliczności wystarczy sam jeden.

czwartek, 14 maja 2015

Korki

...z cyklu "Uroda życia"

 



Stać przez półtorej godziny w bramie z Różewiczem i Dantem po to, by na koniec usłyszeć: Łał! Ale ten wiersz to jest... - BEZCENNE.

Belferstwo w duszy nie umiera nigdy?

Jeśli sprowadzić je do tego, czym powinno być w swej istocie - to tak, nie umiera. Ale luksus koncentracji na jego esencji dają tylko indywidualne korki.

- No? Jaki?
- Taki, że... Na początku wcale taki nie był.
- Był.
- Ale się nie wydawał.

Eh.

PS Żeby nie było. W instytucji też tak można. Da się. Tylko wszystkiego innego (paskudnego) jest tyle, że esencja rozwadnia się, rozwadnia, rozwadnia... Cała reszta za bardzo przytłacza. Zresztą wiecie, bo już to tym pisałam.

poniedziałek, 11 maja 2015

Słowa, słowa, słowa

 ...z cyklu "Dyrdymałki"

 
U tych pisarzy zbędnych słów nie znajdziecie :) Ani stylistycznych zakrętasów. Minimalizm w czystej postaci

 

Tym jakże oryginalnym ;) cytatem dziś ośmielam się zatytułować wpis. A że zwykle ze mnie rozpisująca się do niemożliwości gaduła, dla odmiany będzie krótko. Tekst wymyślony przeze mnie dla mnie, to oczywiste, ale zainspirowany rozmowami toczonymi nad tekstem z Pisarzami.



Tak sobie myślę, że podczas pisania chciałoby się jak najdokładniej oddać własne myśli. To jest dobre, tylko nie zawsze możliwe. W każdym razie nie tak od razu. I to boli. Wiem coś o tym, bo właśnie z tej trudności bierze się rozwlekłość moich postów. Język jest dość ograniczonym medium wyrazu, ale jednak daje pewne możliwości.

Tylko nie zawsze uchodzi nam płazem próba włożenia w jego ciasne ramy tego, co kłębi się w głowie. Czasem z tej próby wychodzi tekst, który oddaje nasz zamysł wyłącznie w naszym wyobrażeniu, bo naprawdę czytelnik nie jest w stanie naszych intencji właściwie odczytać i często widzi tylko skomplikowane oraz nie do końca zrozumiałe zdania. A wydawało się nam,  że stworzyliśmy - na przykład - niezwykle oryginalną i charakterystyczną stylistycznie peryfrazę prostego, banalnego wyrażenia lub zwrotu. Stworzyliśmy, ale jeśli nie wzięliśmy pod uwagę po pierwsze kontekstu, a po drugie na przykład ograniczeń wynikających z utartych (i często banalnych, to prawda) sposobów rozumienia niektórych fraz funkcjonujących w języku, to spowodowaliśmy, że komunikatywność naszego językowego majstersztyku diabli wzięli. A jeszcze zarzucają nam błąd. Życie... I ci niczego nierozumiejący czytelnicy. Eh.

Niekiedy więc musimy językowi ustąpić i pozwolić mu na pewne ograniczenia. Na przykład gramatyczne. Ich umiejętne przekraczanie jest najwyższym stopniem warsztatowego wtajemniczenia i szacunek dla tych, którzy to potrafią. Białoszewscy tacy ;) Licentia poetica to dla nich pestka. Bo język to narzędzie, które nie jest w stanie nawet otrzeć się o to, co twórca przeżywa, co czuje, co chciałby jak najpełniej wyrazić. O takich problemach ze słowem mówią najwięksi pisarze. I jedno, co się w ich wypowiedziach powtarza, to żal, że czegoś nie wykreślili, że coś za bardzo dopowiedzieli. Przedobrzyli. Mistrzowie to mówią, zatem z całą pewnością coś w tym jest.

Może zatem warto trochę  językowi zaufać i pozwolić mu zadziałać prostotą, aby mógł odwdzięczyć się pełnią wyrazu, o której nie musi świadczyć liczba użytych słów. To ku pamięci. Przede wszystkim mojej.

No. Miało być krótko. I jest. Wykreśliłam, co się dało. Zostaję z nadzieją, że nie za wiele i że wszystko, co najważniejsze, przetrwało ;)

Pa!

piątek, 8 maja 2015

Wnętrze minimalistyczne. Łazienka

...z cyklu "Slow homing"


Zero półeczek, zero przejrzystych szyb, zero ozdóbek. Zero słoiczków, kubeczków i innych gąbeczek. Zero tego wszystkiego na wierzchu.


Oto moja łazienkowa dewiza wywiedziona z doświadczeń nabytych w dwóch poprzednich mieszkaniach.

Pierwsza łazienka posiadała "urocze" niewielkie półeczki wbudowane we wnękę przez murarza i obłożone idealnie pasującymi do podłogi płytkami. Wydawały się wybawieniem od konieczności zakupu łazienkowych mebelków i natychmiast zostały wypełnione tym wszystkim, co dziś znajduje się w łazienkowej szafie. Czar prysł już przy pierwszym sprzątaniu. Trzeba było pracowicie zdjąć, umyć i do sucha wytrzeć każdy najmniejszy słoiczek, każdy kubeczek, każdą inną rzecz oraz samą półeczkę. Oprócz półeczek znajdował się tam żeberkowy grzejnik i mnóstwo przeróżnych rurek, niektóre poukrywane w najciaśniejszych wnękach, do których jednak trzeba było za każdym razem dotrzeć, ponieważ w łazience i kurz, i wilgoć, i inne małe brudki... Poza tym bardzo efektowne lustro ze szklaną półką (do polerowania co dzień, gdyż położenie nad umywalką sprzyja zachlapywaniu) i błyszczącymi chromowanymi (znów polerowanie) uchwytami na szklane kubki ze szczoteczkami i pastą. I tak dalej... Czyszczenie tego wszystkiego oraz mycie sanitariatów, pralki (i miejsca za pralką plus różnych jej kabli i wężyków), a także podłogi, zabierało minimum półtorej godziny. Półtorej godziny na sprzątnięcie samej tylko łazienki! A co z resztą podobnie bezmyślnie urządzonego mieszkania?! Co z dwójką plączących się pod nogami, nudzących się i marudzących dzieci? Zgroza!

Druga łazienka była mniejsza, za to podobnie "uroczo" zabudowana. Przez poprzednich właścicieli. Poziom zagracenia podobny, tylko powierzchnia mniejsza, więc sprzątanie wcale nie krótsze, lecz o wiele trudniejsze. Jeszcze większa zgroza.

Kiedy szliśmy na swoje, po głowie kołatała nam się taka myśl: Nigdy więcej! Nigdy więcej odkrytych półeczek! Nigdy więcej niezabudowanych rurek! Nigdy więcej trudno dostępnych zakamarków! I tym podobnych! Ponieważ nawet jeśli dzieci z marudzenia wyrosną, nawet jeśli zaczną w sprzątaniu brać udział, i tak szkoda nerwów na szarpanie się do końca życia (tak, zamierzamy tu mieszkać do końca życia, jakkolwiek przerażająco to brzmi :) z uciążliwościami wynikającymi z bezmyślnego, za to jakże "uroczego", urządzenia wnętrz. Zwłaszcza tych łazienkowych.

I wymyśliliśmy sobie tak:

Podwieszenie. Wisi, co może. Czyli: muszla klozetowa (bardzo higieniczne rozwiązanie), szafa "na wszystko",  szafka podumywalkowa. Tylko brodzik prysznicowy i wanna nie wisi - bo nie może. A szkoda :).

Zabudowanie. Wanny i brodzika, oczywiście, aby uniknąć czołgania się pod nimi przy myciu. Zabudowa musi być łatwa do zdjęcia w celu naprawienia przeciekającej rury, odetkania odpływu i tym podobnych atrakcji.

Wbudowanie. Tafli lustra w płytki nad umywalką. Aby nic nie wystawało i nie wymagało osobnego czyszczenia. I aby nie trzeba było wiercić dziur w ścianie w celu jego zawieszenia. Poza tym tak jest taniej: samo lustro jest tańsze bez ramy i innych ozdób, a pod taflę nie przykleja się płytek (przy tanich płytkach nie ma wielkiej różnicy, ale już przy drogich...).




Ukrycie półek w szafie. Czyli po prostu szafa sięgająca prawie do sufitu - prawie, ponieważ trzeba było zostawić odsłoniętą kratkę wentylacyjną. Szafa nie musi być bardzo szeroka ani bardzo głęboka. Chodzi tylko o ukrycie w niej wszystkich tych półek lub regałów łazienkowych, które stałyby na wierzchu. I się kurzyły. Taki mebel, choć jego nazwa brzmi groźnie i sugeruje spory rozmiar, jest nawet bardziej ekonomiczny pod względem wykorzystania powierzchni, ponieważ zajmuje tylko niewielką część nad podłogą, zaś półki i regały, na których zmieściłoby się to samo, potrzebują jej znacznie więcej. Paradoksalnie więc wysoka szafa z wieloma półkami wewnątrz to rozwiązanie najlepsze z możliwych do małej łazienki. A poza tym gładka powierzchnia jej frontów "uspokaja" niewielkie wnętrze, które "obklejone" różnymi półeczkami, wieszaczkami i regalikami zawsze będzie sprawiać wrażenie zagraconego.




Nieprzejrzysta szyba w kabinie prysznicowej. Łatwo się skusić na przepiękne przejrzyste szkło kabin prysznicowych prezentowanych w salonach łazienek. Gdzie raz dziennie pracowity pracownik pracowicie je poleruje ku uciesze zwiedzających. Dobrze jest jednak pamiętać, że poleruje szkło nieużywane, a więc wodą z mydłem niezachlapane. W warunkach codziennego domowego użytkowania przez całą rodzinę kabina nie będzie się już tak pięknie i błyszcząco prezentować. Nawet z szybą dokładnie z mydła opłukaną będzie zwyczajnie straszyć, jeśli nie wytrzemy kropel wody do sucha i nie wypolerujemy szyb na błysk. Ktoś jest chętny? To naprawdę średnia, delikatnie mówiąc, przyjemność, po ciężkim dniu i relaksującym prysznicu zabierać się za doprowadzanie go do stanu nie wskazującego na totalną flejtuchowatość właścicieli, którą nikt nie chciałby się przed niespodziewanymi gośćmi popisywać. A przecież dla higieny wystarczy kabinę przetrzeć gąbką i spłukać. Co każdy domownik robi sam po sobie, ale niestety nie daje to wizualnego efektu jak po polerowaniu. Dlatego warto poszukać szyby gładkiej wewnątrz (aby krople wody i mydła swobodnie spływały) oraz pofałdowanej na zewnętrznej stronie. Taka kabina nie wygląda na zachlapaną nawet wtedy, gdy na szybie zostaną krople wody.

Jak najmniej detali. 
To znaczy:




  • wieszaczki na ręczniki w formie kołeczków (nie trzeba ich czyścić, bo się nie kurzą i nie brudzą - na jedynej ich powierzchni poziomej wisi ręcznik),




  • wieszaki na ubrania w formie płaskich haczyków zawieszone na drzwiach szafy (świetne do malutkich łazienek),




  • wieszak na papier toaletowy w formie sterczącego patyka bez żadnego pudełka - przykręcony do szafy naprzeciw muszli (tak jest u nas - chodzi o to, by nie dziurawić ścian bez konieczności).

Każdy element ze stali szlachetnej "włoskowanej", na której nie odbijają się żadne ślady. I więcej już nic.

Jak najprostsza w formie armatura. Prosta forma oznacza elegancję i łatwiejsze utrzymanie w czystości.

To już w zasadzie wszystko.

A jeśli chodzi o tę odrobinę szaleństwa... Owszem, zaszaleliśmy z tapetą na jednej ścianie. No dobrze, i na połówce drugiej. Miała być farba wodoodporna, ale i praktycyzm powinien mieć granice :) Wybraliśmy tapetę zmywalną, odporną na działanie wilgoci i obiecującą przyszłe zdarcie ze ściany od jednego pociągnięcia. Zobaczymy... Wszak i farbę trzeba kiedyś umyć, zeszlifować, odnowić... A szaleństwo ;) polegało na przełamaniu dość ascetycznego wystroju kwiatowym wzorem tapety w stylu glamour.




Do tego aluminiowe okucia frontów szafek i takie samo obramowanie naklejone na brzegach lustrzanej tafli. Jest praktycznie, nieabsorbująco, prosto i całkiem elegancko. Jak na nasze standardy.

niedziela, 3 maja 2015

Wnętrze minimalistyczne. Firany i rolety

...z cyklu "Slow homing"


Minimalistyczne, ale takie naprawdę minimalistyczne, podejście zakłada, że człowiek, tym bardziej jego dom, a konkretnie okno, może się najspokojniej w świecie bez firan, a nawet bez rolet, obejść. Dom się bez nich nie zawali, zimno nam bez nich nie będzie, nie siedzimy na nich, nie śpimy, nie myjemy się w nich ani nie gotujemy. I w skrajnym przypadku moglibyśmy bez nich spokojnie egzystować, posiadając to minimum, jakim jest wsparty na czterech ścianach dach nad głową.




Moglibyśmy. Jednak podejście funkcjonalne - a takie w rzeczywistości przyjmują tak zwani minimaliści - zakłada możliwość, a może nawet konieczność, uzupełnienia oddzielającego nas od świata (albo też otwierającego nas na świat) okna o firanę, zasłonę czy też roletę. Nie bez racji.

Chcąc mieć mało kłopotliwe i niewymagające uwagi przesłony w oknach, dobrze jest się zawczasu nad problemem pochylić i - jak wszystko w domu - porządnie przemyśleć oraz zaplanować.

Materiał na firany. Bywają firany z woalu, tiulowe lub z koronki. Prasowania i krochmalenia nie wymagają tylko tiulowe, które się po prostu pierze i na mokro rozwiesza. To plus, ponieważ z reguły firana ma sporą powierzchnię, której każdorazowe prasowanie... napawa mnie przerażeniem. Ale z drugiej strony tiulowe "zbierają" w sobie o wiele więcej kurzu niż inne i trzeba je częściej prać. Coś za coś. Z kolei po firanach z woalu kurz się trochę bardziej niż po innych "ześlizguje" i każdorazowe ich odsłonięcie nie skutkuje napadem kichania. Natomiast ich prasowanie po praniu... ale o tym już było:). Koronkowe to jest luksus, na który mało kogo stać, więc można sądzić, że jak już kogoś stać, to stać go również na zatrudnienie fachowców do ich nieskutkującej zniszczeniem pielęgnacji. Która jest czasochłonna i trudna. Kto dziś umie krochmalić?

Miejsce na firany, sposób mocowania i forma. Niby to oczywiste: miejscem na firany jest okno. Tak, tak... Tylko która jego część konkretnie? Bo można firanę upiąć fantazyjnie (dziś mawia się: wystylizować:) pod sufitem, zyskując rzucającą się w oczy ozdobę nadającą ton całemu wnętrzu. Można skromnie zawiesić tuż nad ramą, ograniczając się do zmarszczenia materiału przy pomocy taśmy ściągającej. I można nakleić patyk do zazdrostki bezpośrednio na ramę, a następnie uszyć prosty panel z tunelem i w ten sposób przesłonić wyłącznie szybę. Wtedy otwarcie okna nie wymaga naruszenia całej misternej konstrukcji, bo firana "otwiera się" wraz z nim.

Mniej więcej takie możliwości. Każda ma zalety oraz wady. Biorąc jednak pod uwagę jak najbardziej minimalistyczne i funkcjonalistyczne założenia, należy przeanalizować kilka z nich.

Założenie pierwsze: jak najzdrowiej dla alergika. Materiał - woal. Forma i sposób mocowania - panel na zazdrostce naklejonej na ramę.
Założenie drugie: jak najmniej pracy. Materiał - tiul. Forma i sposób mocowania - firana na taśmie ściągającej przypięta do karnisza nad oknem.

Połączenie najgorsze dla zdrowia i najbardziej pracochłonne (choć bywa, że najpiękniejsze) - poupinany fantazyjnie hektar woalu zawieszony tuż pod sufitem. Dlaczego? Ponieważ fantazyjne upięcie to najczęściej poziomo "leżące" fałdy, w których już po tygodniu widać osiadły kurz. Skoro kurz, to i pranie. A po praniu prasowanie. Materiału jest dużo, więc podczas prasowania zwisa z deski i równie fantazyjnie jak w oknie, wije się po podłodze, a że się elektryzuje, zbiera każdą drobinę, która - niewidoczna na podłodze - bardzo wyraźnie się prezentuje na świeżo upranej firanie. I spróbujcie ją stamtąd strzepnąć!

Dokładnie w ten sposób analizowałam wszystkie za i przeciw, planując firany w moim nowym domu. Wyszło na to, że założę skromne panele z woalu.




Łatwo się zdejmują, łatwo piorą, łatwo na sznurze do suszenia rozwieszają. Po wyschnięciu wymagają co prawda prasowania, ale ten jeden minus zaakceptowałam, ponieważ mają stosunkowo niewielką powierzchnię i w związku z tym nie sięgają podłogi. Woalu nie da się powiesić na mokro - mimo prania na programie do jedwabiu widoczne są delikatne zagniecenia, więc trzeba suszyć i prasować. Koniecznie chciałam panele, aby uniknąć karniszy nad wnękami okiennymi. To miejsce było mi bowiem potrzebne do zawieszenia rolet.




Rolety. Dawniej wieszano je nad wnękami okiennymi, czyli tam, gdzie się znajdują rolety w moim domu. Później zaczęto przymocowywać ich stelaże do ram. A to wymaga naruszenia struktury całej ramy. Dla mnie nie do przyjęcia. Roleta, choćby nie wiem jak potrzebna i funkcjonalna, to jednak nadal tylko roleta, w pewnym sensie ozdoba. Okno natomiast stanowi integralną, i przez to nienaruszalną, część ściany zewnętrznej. Z założenia ma żyć dłużej niż roleta, którą może przyjdzie mi kaprys wymienić, przenieść w inne miejsce, a wtedy co? Zostanę z dziurami w ramie na wieki. Istnieją stelaże przylepiane do ram, ale wiem z pewnych źródeł, że się nie sprawdzają, gdyż odpadają. Na przykład pod wpływem ciepła latem, kiedy plastikowa rama nagrzewa się od słońca. Zazdrostka z woalem też odpada, ale rzadziej, gdyż prawie nic nie waży. Stale mam zapasowe przylepce. Zatem trzymam się zasady nieniszczenia elementów z założenia trwalszych i ważniejszych przez elementy pełniące funkcje podrzędne, choć także istotne. Staram się zapewnić jak największą funkcjonalność rolet bez naruszania struktury okna. I po takiej analizie wychodzi mi, że najbardziej optymalnym miejscem umocowania ich stelażu jest ściana tuż nad wnęką okienną. Tam gdzie zwykle znajduje się karnisz. W razie czego dziury po mocowaniach da się zalepić gipsem.

Tak właśnie splatają się dwa czynniki decydujące o zawieszeniu firan-paneli na przyklejonych do ram zazdrostkach, które, nie wymagając karnisza, robią tym samym miejsce na zamocowanie rolet.


Roleta balkonowa wyglądem przypomina...

...płytki obudowujące komin naprzeciw niej


Wygląd rolet. Jak najbardziej neutralny, w żadnym razie nie aktualnie modny, nie intensywny w barwie, ponieważ roleta to nie zasłona czy firana i nie zmienia się jej tak często (choć moje firany wiszą, aż się rozpadną). Po opuszczeniu stanowi istotny element wnętrza, więc nie może od niego rażąco odstawać. Ma pasować do każdego rodzaju obrusa, do każdego koloru poduszek, do zmieniających się w czasie bibelotów. I ma się nie brudzić. Co w praktyce oznacza, że kurz ma być na niej możliwie najmniej widoczny. Oraz że "znaki czasu", takie jak stopniowe żółknięcie i blaknięcie, nie będą raniły oczu patrzących, ale wyglądały nad wyraz dyskretnie, czyli będą równomiernie rozłożone na całej powierzchni. Taki efekt w największym stopniu zapewnia materiał bez wzorów, ale też o nie do końca jednolitym kolorze, bardzo delikatny melanż wpadający w szarości lub beże. Brzmi niezbyt ciekawie, ale jeśli ma się nie znudzić (a nie może się znudzić) po roku, a w dodatku pasować do wszystkiego, jest konieczne.

Pewną alternatywą dla rolet są zasłony. Dają więcej swobody aranżacyjnej - można je zmieniać wraz z pokryciem kanapy i w ten sposób co jakiś czas znacząco odmieniać wnętrze. Wymagają jednak prania (i prasowania!) tak częstego jak firany, a przy ich powierzchni to - w porównaniu z przecieraniem z kurzu rolet - za wiele zachodu, jak dla mnie. Dlatego z nich zrezygnowałam.

A rolety dobrałam takie, aby, rozwinięte w dzień, przepuszczały jednak delikatnie światło, zaś wieczorem skutecznie chroniły przez wzrokiem podglądaczy.