czwartek, 27 sierpnia 2015

Mój "Sezon zamkniętych serc" opublikuje Zysk i S-ka Wydawnictwo!

...z cyklu "Uroda życia" (i to jaka!)


Nie będę się rozdrabniać. Albo będę. Troszeczkę.


Styczeń/luty 2010 - grypa, L-4, gorączka, łóżko i pomysł (ale nie zobaczycie tego na zdjęciu :)


Grudzień 2010 - czerwiec 2012 - w wolnych (a raczej ukradzionych) chwilach skrobię po kryjomu, w każdy czwartek spóźniam się do pracy, bo mam na 10.45, a rodzina wybywa z domu o 7.30, więc zakopuję się na kanapie i oddalam w zaświaty.

Lipiec 2012 - stwierdzam, że po kryjomu za wolno mi idzie, przyznaję się Jemu i uroczyście kupujemy fotel do pisania w sypialni. Mam wakacje, więc idzie mi szybko.
W końcu już dwa lata noszę w głowie całość.

27 sierpnia 2012 - publikuję na moim pierwszym blogu ten oto wpis:


Po drodze poprawiam tekst, osiem i pół miesiąca leżę na kanapie, rodzę trzecie dziecko, zakładam blog, który teraz czytacie, poznaję dzięki niemu mnóstwo FANTASTYCZNYCH LUDZI :))), znajduję swoje nowe miejsce w życiu, to znaczy zamieszkuję w obłokach, pojawiam się po ciemnej stronie mocy, czyli na "zgniłym fejsie", poprawiam, czytam, drukuję, poprawiam, czytam, drukuję, zakładam stronę "Sezon zamkniętych serc" na tym samym fejsie, poprawiam, czytam... Mija trzy i pół roku.

 
Luty 2015 - wysyłam do wydawnictw. Na raty, grupami, w sumie do kilkunastu. Pierwsze na liście spisanej z Google'a jest Zysk i S-ka Wydawnictwo. Tak. Właśnie tak. A ja popełniam wszelkie możliwe błędy, przed którymi ostrzegają internety, między innymi zamiast wymaganego wydruku ślę plik, a o tym, że trzeba było jednak wydruk, przypominam sobie trzy miesiące później. I wysyłam po raz drugi, razem z paroma innymi egzemplarzami do oficyn, które także wymagają wydruków.

17 czerwca 2015 - dostaję uprzejme zapytanie:))), czym różni się plik, który przesłałam w lutym, od wydruku dosłanego kilka miesięcy później, gdyż "Sezon" ma pozytywną recenzję i idzie do ostatecznej weryfikacji. Jestem w szoku. Mit o tym, że w wydawnictwach nikt nie czyta niezamówionych tekstów, właśnie runął. Alleluja! Odpowiadam, że jest taki sam, tylko lepszy ;) Logicznie. A jakże. 

Dzień urodzin pod koniec lipca - otrzymuję wiadomość, że Zysk i S-ka Wydawnictwo jest zainteresowane publikacją książki "Sezon zamkniętych serc".

I tak to się skończyło...


...a właściwie zaczęło, bo wydanie tej historii dopiero przede mną.

PS Umowa ciut pognieciona, ale słowo harcerza, to nie ja, to polska poczta!


środa, 26 sierpnia 2015

Klient w śliniaczku

...z cyklu "Rozmówki rodzinne"

 



Pora kolacji. Ona, Ono i On.

Ona
Chodź, posadzę cię na krzesełko i założę ci śliniaczek.

Ono
Nie posiadzię cię na ksiesiejko! Nie ziałozię ci śjiniaćka!

Ona
Zgadza się, nie posadzisz mnie i nie założysz mi.

Ono
Nie źgadzia się! Nie nie posiadziś mnie! Nie nie ziałozisz mi!

Ona
No to jak zjesz kolację? Bluzeczka się pochlapie.

Ono
Nie no to jak źjeś kojaćję! Nie bjuziećka się pochjapie!

Ona
(Sprytnie, jak jej się wydaje).
Czyli nie chcesz jeść kolacji?

Ono
(Skonsternowane, ale tylko przez krótką chwilę).
Nie nie chcesz jeść kojaćji!

Ona
(Desperacko i głośno, co, jak się za chwilę okaże, nie przechodzi bez echa koło jego ucha).
No nie awanturuj się już! Chodźże wreszcie założyć ten śliniaczek!

Ono
Nie no nie awantujuj się juź! Nie chodźzie...

On
A właśnie, że tak. Zakładaj śliniaczek. Klient w śliniaczku jest mniej awanturujący się.

Ona
(Ha! I tu cię mamy! Zatkało, co?).
 
Ono
Nie jeś kjijeńt w śjiniaćku...

I tak dalej...

Jaki jest następny etap rozwoju, kiedy już zaprzeczy się całemu światu?

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Autorefleksja dwulatka

...z cyklu "Rozmówki rodzinne"

 


Kiedyś mówijam pijacha, a tejaź mówię piejucha.
Kiedyś mówijam pijacha, a tejaź mówię piejucha.
Kiedyś mówijam...

sobota, 22 sierpnia 2015

Post scriptum

...z cyklu "Dyrdymałki"

 

Zimno było. Ale to stare czasy. Wspominam, bo bardzo chcę wrócić


Jeszcze o poradach i poradnikach. Krótko. By była jasność. Piszecie, Kochani, w komentarzach, że poradniki w sumie są okej, ale guru już nie. Że o gotowaniu, sprzątaniu, pieniądzach i ogrodach - tak. O naprawianiu cudzej psychiki - nie. A ja dodam słowami przysłowia: "Wszystko można, co nie można, byle wolno i z ostrożna". Oraz kulturalnie. Tyle.


Chętnie czytam o minimalizmie (nawet jeśli niekiedy z piszącym polemizuję, przecież mi wolno), o oszczędzaniu (ciągle szukam nowych możliwości - z konieczności), o porządkowaniu przestrzeni i życia (wciąż podczytuję na wyrywki podarowane mi książki Loreau), o gotowaniu (nie umiem, nie umiem, a muszEM!), o wielu innych sprawach - bo zawsze warto poznać inny punkt widzenia.

Nie jest więc tak, że ja nie cenię poradników i radzących. Cenię. Nie godzę się jedynie z sytuacją, gdy ktoś dla pieniędzy i rozgłosu wyzywa ludzi z okładki, licząc, że nikt nie zwróci na to głośno uwagi, bo będzie się bał posądzenia o brak dystansu i świadomości, że to jedynie chwyt marketingowy.

Jeśli natomiast radzący pisze blog albo wydaje książkę, w której przedstawia własne doświadczenie, wyciąga z niego wnioski i dzieli się nimi z odbiorcą, by też mógł z cudzych błędów i sukcesów skorzystać (nawet za pieniądze, nic w tym złego) - jest super. Dlaczego? Bo piszący "przedstawia", "opowiada o sobie", "dzieli się" - nie poucza, nie obraża, nie narzuca. Nawet jeśli daje instrukcje, robi to tylko na bazie własnego doświadczenia, a nie przedstawia jako objawienie. Chodzi o pozycję, jaką chce zajmować wobec swojej publiczności. Podkreślam to, bo sama mam dwie zakładki, w których mądrzę się na temat bycia rodzicem i planowania domu. Wszystko to są jednak moje własne doświadczenia, a sprawy, o których piszę, to moje życie: od radzenia sobie z rozbitym kolankiem dwulatka po sposób oświetlenia sypialni. To przeżyłam, tego doświadczyłam, takie popełniłam błędy, tak je przemyślałam, takie znalazłam sposoby rozwiązania problemów, takie widzę plusy i minusy tych sposobów. Kwestia pozycji, w jakiej się ustawiam, wydaje mi się tu kluczowa. Mówię: tak to wygląda z tej i z tamtej strony - patrzcie, dopasowujcie do siebie, wybierajcie. Jeśli chcecie i czujecie taką potrzebę.

Podobnie postrzegam blogi, które sama odwiedzam, czytam oraz niekiedy komentuję. Więcej: zauważyłam, że wokół niektórych prowadzących próbują się grupować ich wyznawcy, ale! Ale ci prowadzący (chwała im za to!) błyskawicznie się od takich prób dystansują. Nie podejmują się niechcianej roli guru, w której niektórzy czytelnicy próbują ich obsadzić. O czym to świadczy? O klasie i świadomości autorów, ale też o tym, że jest w narodzie zapotrzebowanie na guru, na to, by nie podejmować trudu pójścia własną ścieżką, podążania za własną refleksją, lecz by czekać na gotowe recepty, na prowadzenie za rękę krok po kroku i na nieustanne konsultowanie każdego posunięcia z "pouczycielem". Którym człowiek ten najczęściej wcale nie chce być. Tak to widzę, takie mam wrażenie, czytając odpowiedzi autorów na "wyznawcze" komentarze. Ale właśnie na tej potrzebie żerują (w wielkiej liczbie) uzurpatorzy, którzy posuwają się do wzbudzania zainteresowania przy pomocy wyzwisk na okładce. I udaje im się to, niestety.

środa, 19 sierpnia 2015

Pseudoporadniki pseudoekspertów, i jak tu się nie zdenerwować ;)

...z cyklu "Dyrdymałki"


Na spacery ostatnio się z mężem urywam. A co! Czy ja muszę tylko czytać i czytać? ;)

 

Jest taka książka. Nazywa się poradnikiem. Jej autor wyzywa ludzi od idiotów. W dziesięciu punktach. O matko. Tytułu nie będzie, reklamy nie będzie, a zresztą jakiej reklamy, ten blog to nie ta liga płatnego pozycjonowania w Google'u. To w ogóle żadna liga. Rzekła zgorzkniała (chwilowo) baba po czterdziestce. W dodatku dotknięta do żywego.

 
Wracając do książki. A może tak: wracając do owego zbioru zadrukowanych kartek w kolorowych okładkach. Do dziesięciorga punktów obraźliwych i generalizujących, przyjmujących arbitralną orzekającą formę komunałów.

Za odkrywcze to one nie są :) Ale na pewno prawdziwe - tak, komunały są prawdziwe, choć głupie. Niemniej widać, że pan autor sam wziął je sobie do serca i wydał książkę, na której chce zarobić fortunę. Albo już zarobił, czyli wykorzystał tę swoją "wiedzę" w praktyce :))) Uważa on bowiem, że ludziom (pardon, idiotom, ignorantom) brak podstawowej wiedzy i powinni ją czym prędzej nabyć. Skąd? No jak to skąd? Cóż za głupie pytanie! Ze zbioru zadrukowanych kartek w kolorowych okładkach. Że niby wiedzy tam tyyyleee!

Powiem tak: to, o czym on pisze, to nie jest wiedza, tylko zwyczajne życiowe kompetencje. Które jedni od wieków posiadają, a inni nie. Przy czym zarówno jedni, jak i drudzy albo książki czytają, albo nie. Zarówno i po równo. Nie w tym rzecz. Zatem w czym?

Wiedza - w moim osobistym pojęciu - jest czymś zupełnie innym. I wielu znam takich, którym ona niczego nie ułatwia, a wręcz przeciwnie. Może oprócz tego, że daje jakąś osobistą satysfakcję. Jakim cudem? Ano takim, że człowiek, który naprawdę wiele wie i wieloma sprawami się interesuje, dostrzega złożoność zjawisk, a w związku z tym rzadko powie, że wie coś na pewno, prawie nigdy nie osądzi niczego ani nikogo arbitralnie. I dlatego mało kto go dostrzeże, za to wielu uzna go za dziwaka, co nie umie "prosto i do rzeczy". Dlatego nie będzie się lansował (o ile ktoś nie wyrobi w nim postawy narcyza, czyli pewnej odmiany buraka pospolitego). Lansowania nie należy mylić z prezentowaniem tego, co się robi. Serio. Lansowanie polega bowiem na stwarzaniu wrażenia, że się coś wartościowego robi, podczas gdy w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Wracając do rzeczy: taki ktoś nigdy nie poczuje się upoważniony do tego, by pouczać innych, wypowiadać się jednoznacznie na jakiś temat albo tym bardziej doradzać jako ekspert bez indywidualnego przeanalizowania problemu. Najwyżej powie, co sam myśli, przy czym na sto sposobów będzie się zastrzegał, że to jego osobista perspektywa, jego własne życiowe doświadczenie, że oczywiście każdy może mieć inne, a tak w ogóle to wszystko zależy od tak wielu zmiennych czynników, że nie sposób niczego stwierdzić na pewno, więc on tylko tak sobie a muzom. I jak z kimś takim ma sobie poradzić tak zwany dziennikarz w tak zwanej telewizji? Kiedy zamiast powiedzieć kilka jasnych zdań, zaczyna snuć wywody, odpływać w dygresje i mnożyć zdania w trybie warunkowym?

W związku z tym wszystkim zawsze będzie zbyt mało wyrazisty, by ktoś zauważył go w morzu ignorancji tych, którzy wiedzy zaledwie liznęli i wydaje się im, że są ekspertami. Ci bowiem prędziutko uznają siebie za guru i ochoczo przystępują do edukowania wszystkich wokół (najlepiej za duże pieniądze, wszak to buduje prestiż), a zwłaszcza do nauczania tych, którzy wiedzą więcej od nich, ale siedzą cicho, bo mają świadomość, że nikt nie ma takiej wiedzy, by pouczać innych, może im co najwyżej spróbować pomóc. W pojęciu pseudoeksperta, jak ktoś siedzi cicho i się ze swoją wiedzą łokciami nie rozpycha, znaczy - nie wie. A jak nie wie, jest materiałem do pouczania. Wystarczy spojrzeć na pseudoekspertów medialnych i porównać ich z uczonymi, którzy poza murami uniwersytetów i kartkami książek głosu nie zabierają. Ponieważ są zbyt mało wyraziści i wciąż tylko dzieliliby włos na czworo. Komu chciałoby się ich słuchać? Kto ma czas ich słowa analizować? I po co? Po to, by nabrać jeszcze większych wątpliwości, zamiast dostać kilka prostych recept (jak w tej książce)?

Nie chcę tu generalizować i pochopnie oceniać żadnej ze wspomnianych grup ani nikogo dotykać personalnie. Może z wyjątkiem pana, który napisał ten jakże odkrywczy i ekspercki poradnik ;)

Uh.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Ile?

...z cyklu "Rozmówki rodzinne"

 

To całe gospodarstwo nie może stać w zabawkach, o nie! Jego miejsce jest w kuchennych szafkach

Późny poranek przy składaniu prania. Dziecię podaje kawę na ławę. Plastikowe filiżanki, takiż imbryk, spodeczki, dzbanuszek. Oraz cukierniczka. I łyżeczki, czyli miarki z mleka w proszku.


Matka milczy. Dziecię mówi.
Matka milczy i skarpetki składa. Dziecię mówi i spod oka spogląda.

Sypie miarką cukier do filigranowej filiżanki.
 
Jaź, dwa, trzi, cziejy, tięć, sieś...

Patrzy podejrzliwie na matkę, pochyla się, spogląda w oczy.

Ije mam jeście jiczić? Sieden? Osien?

sobota, 15 sierpnia 2015

Lepiej być nie może?

...z cyklu "Uroda życia"

 

Wpół do ósmej rano. Jest nieźle. A będzie jeszcze lepiej... A to zdjęcie naprawdę nie jest pozowane. Ono jest "podglądane" - w stylu: Chodź, zrobimy mamie zdjęcie, jak nie widzi. Pełno mam takich - to moje najlepsze :) W sumie to dzięki. Dobrze się zobaczyć z tej drugiej strony


Tak, tak. Wiem, wiem. Nic, tylko uroda życia i uroda życia. Jakby życie ciemnych stron nie miało. No kurczę, moje w tej chwili nie ma. Jak by nie patrzeć - nie ma. Z której go nie podglądać strony - cienia brak. I to nie tylko z powodu upału.


Pełnia szczęścia, bo mnie tam od przybytku głowa nie boli. Roboty dużo i dobrej. Sytuacja rozwojowa. Satysfakcja. Rodzina. Zdrowie.

I wreszcie grzmi. I się błyska. Poobiednia kawa tam, gdzie zwykle. I widok ten, co zwykle. Gdzie byłoby mi piękniej?

Mejle dobre spływają jak dary losu jakieś. Za dnia i w środku nocy. Mojej nocy. To znaczy o 22.39, kiedy akurat wyjątkowo nie śpię, gdyż świętuję przy włączonym radiu i otwartych oknach czyjeś czterdzieści i cztery.

Pełnia szczęścia. I moc możliwości.


Kurczę, jak ja to ogarnę? Losie, litości. Ale nie mówię tego serio, więc wiesz ;) Nawet sobie nie wyobrażasz, jaką piękną klamrą zapiąłeś ostatnią trzylatkę. Co do dnia. Więc dzięki. I to było całkiem na poważnie. Hej!

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Faszerowane pieczarki na grilla albo slow life całą gębą

...z cyklu "Gotuję sobie"


U nas to jest tak: gotować nikomu za bardzo się nie chce. Ale skoro dzieci tyle, trzeba. Taka bieda ;) Wyrodna matka, jeszcze bardziej wyrodny ojciec. Slow life pełną gębą! Mimo wszystko jeść się chce. No i ten rodzicielski obowiązek... ;)


Sobota rano.

Ona
Idzie pracować w odosobnieniu, zatem uroczyście ceduje. Obowiązki. Taki wstęp do niedzielnego obiadu.
Weź no, kup coś na obiad na jutro.

On
Ale co?

Ona
No jak - co? Coś na szybko. Ale żeby nie fast food. Żeby nie było.

On
A.

Przywozi pieczarki wielkie, jakby je w Czarnobylu wyprodukowali, na grilla niby. Okej.

 
Tylko że pieczarki smaku nie mają, więc mus czymś je wypełnić.
Niedzielna pielgrzymka do sklepu murowana. I owocna. A także rodzinna.
Nienawidzę zakupów w niedzielę. Unikam. Mam wyrzuty i wstyd mi patrzeć w oczy ludziom pracującym, kiedy ja z rodziną uśmiechniętą po sklepie pomykam.
Ale czasem tak wyjdzie.
Gdy idąc do pracy, nie mam siły na szczegółowe dyspozycje i zdam się na Jego wenę. Bywa.
A zatem pielgrzymka tak oto była owocna:


I jeszcze tak:


A dalej już polecę pismem obrazkowym, pozwólcie, wszak upał, wszak "po godzinach", wszak weny powoli już brak ;)


Papryka czerwona - sztuk jeden. Albo jedna ;)


Pietrucha zielona - niepoliczalna ;) Dużo.


Dymka ze szczypiorem - ile podniebienie zniesie :)
A co sobie będę żałować, jak mi się kojarzy z boginią bogiń, Nigellą niejaką Lawson ;), która nożyczkami ją z upodobaniem tnie wprost do garnka, co i mnie się marzy, że niby taka sama ze mnie bogini, eh.




A skojarzenia moje pochodzą jeszcze z czasów, gdy weekend był weekendem, to jest sprzed dziecięcia najmłodszego, gdy spało się w sobotę do dziesiątej, a potem się wstawało, tv na program z Nigellą odpalało i z kawką oraz śniadankiem na kanapie na godzinę zalegało.
Było, minęło - się mówi i żyje się dalej. W sobotę pracując, obowiązki cedując ;)


Sól i pieprz ziołowy. I nic więcej. To jest minimalizm przyprawowy w kuchni ;)
Że się tak wyrażę. Ekhem. Bardziej smak składników niż przypraw czuć. Ot co.


MiĘszam ;) Albo nawet i miEszam - do wyboru. Ładnie? E, nie bardzo.
Ale jak mus, to mus, w końcu to farsz.


Umyte. Nóżki wycięte. I zamrożone. Na zaś. Takie coś posolić przed wypełnieniem warto ;)


Farszu starczyło na osiem sztuk, reszta kapeluszy dołączyła do nóżek.
Pozostałe do pieca na jakieś czterdzieści minut w 180 stopniach.


Taka fantazja ułańska, jakby jeszcze warzyw na ten obiad było mało :) Sałata - uwielbiam.


Oczywiście z winegretem, który u mnie robi się tak: olej rzepakowy, ocet winny, troszkę cukru, troszkę soli, troszkę ziołowego pieprzu i taką samą troszkę (albo troszkę więcej) suszonej bazylii. I już. Czasem, jak mnie najdzie, biorę francuską musztardę i miód, mieszam, rozcieńczam olejem i takim czymś zalewam.
Ale nie tym razem.


Wyszło po dwa kapelusze na głowę (nie licząc dziecięcia, bo tym razem dla niego słoiczkowy fast food, raczej nie daję dwulatkowi pieczarek ;)

Ryż ciemny i jasny, do wyboru, tu miks, bo to resztki, a fotka ostatnim przebłyskiem głodnego umysłu pstryknięta, bo reszta talerzy już się w tym momencie do pstrykania nie nadawała. Cokolwiek nadżarta była.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Dwupaki z bublem, czyli tak się nie oszczędza. Tak się oszukuje

...z cyklu "Co w szafie piszczy"





Jeszcze w zimie kupiłam sobie dwie bawełniane bluzki spakowane w jedną paczkę - w małej cenie. Pomyślałam: co tam! Stare już nie takie jare, przekwalifikuje się je na domowe, a nowe będą jak znalazł. Nie wiedziałam, że kupuję od razu domowe. Moja głupota, moja strata. Bywa.


Nie mierzyłam, a na oko wady nie było widać. Więc w zasadzie nie powinnam się dziwić i mieć pretensji. Ale mam. Bo mi żal. Gdyż to, co widać na zdjęciu, nie jest tym, dla czego się skusiłam na zakup. Tamto jest granatowe, mięsiste, cudne, aksamitne w dotyku. Źle uszyte. Nie leży. Więc leży w szafie, ewentualnie jest wkładane do sprzątania albo chlapiącego gotowania. Bo do tego akurat go nie żal. Chociaż tak w ogóle to żal. Zostało drugie - już nie w takim ładnym kolorze, nie tak mięsiste, nie ma tego meszku na powierzchni. Ale za to jako tako leży. Szkoda, że nie jest na odwrót. Za bardzo nie płaczę, bo i tak cena za dwa była niższa niż normalnie za jedno. Dobrze się w tym chodzi. Na zdjęciu urodzinowe włóczenie się po zakamarkach. Czas między jednymi a drugimi upałami.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Sernik Pawła Małeckiego

...z cyklu "Gotuję sobie"


Dzień Sernika był. Nawet międzynarodowy podobno :) To taki sobie upiekłam. Ale przypadkiem, bo o DS dowiedziałam się po fakcie. A upiekłam, bo mi się zachciało. Po prawdzie to miał być na urodziny, jednak sił i czasu zabrakło, więc powstał dwa dni po. A co!

 


Według przepisu Pawła Małeckiego, na kruchym cieście, którego nie trzeba schładzać, wystarczy dwie i pół szklanki mąki, szklankę cukru pudru i łyżeczkę proszku do pieczenia z masłem (u mnie z margaryną, bo  mniej tłusta i nie wycieka z blachy) posiekać, wbić dwa jajka i szybko zagnieść. Potem rozłożyć na blasze i zabrać się za przygotowanie sera.

Sera kupiłam podwójnie (tak samo jak i ciasto zrobiłam z podwójnej porcji), ale dodatków użyłam pojedynczo. No bo widział kto, żeby do dwóch kilogramów twarogu wbijać dwadzieścia żółtek, a potem jeszcze ubijać pianę z dwudziestu białek? A tyle poleca pan Małecki. To znaczy on poleca dziesięć, ale na kilo sera, nie na dwa, więc logicznie by było do dwóch dodać wszystkiego podwójnie. No ale bez przesady.

Przepis na ser jest rewelacyjny. Jeszcze nigdy tak nie robiłam i jeszcze nigdy mi taki puszysty sernik nie wyszedł. A ten tak, i to mimo mojego oszukaństwa ;) A zatem dwa kilo twarogu zmielonego umieściłam w sporym garnku. W drugim zmiksowałam na białą masę z dwiema szklankami cukru dziesięć żółtek (zamiast dwudziestu). Potem tę masę wlałam do sera i wymieszałam. Potem zamiast dwóch torebek cukru waniliowego wlałam jedną buteleczkę olejku. Cukru nie miałam. Potem zamiast szklanki mąki ziemniaczanej nie dałam nic. Bo nie miałam mąki, co się okazało, gdy sięgnęłam do kartonu z różnymi takimi do pieczenia. Zawsze była, w nadmiarze była, ale nie tym razem ;) No więc nic. Ale nic to. Potem jeszcze nie dałam rodzynek ani żadnych innych bakalii, co także radzi pan Paweł, ale ja także akurat nie miałam, gdyż małżonek był uprzejmy zjeść je z waniliowymi lodami, bowiem (odwrotnie niż ja) uważa on, że lody bez bakalii to nie są żadne lody, chyba że akurat nie ma bakalii, to wtedy tak, owszem, okazuje się, że jednak lody bez bakalii są lodami i dadzą się jeść. Ale nie w sytuacji, gdy bakalie są w domu, bo wtedy... Ubiłam sztywną pianę z dziesięciu białek i władowałam do tej serowej masy, po czym delikatnie wszystko wymieszałam, co nie trwało najkrócej, gdyż piana z dziesięciu białek to naprawdę całkiem spora rzecz, a chodzi o to, by nie oklapła w tym serze, tylko go spulchniła.

A potem wsadziłam do pieca nagrzanego do 190 stopni, ale nie włączałam termoobiegu. Gdybym to zrobiła, temperatura musiałaby wynosić o dziesięć stopni mniej. Jednak zrezygnowałam z gorącego powiewu, gdyż przez godzinę spaliłby mi on wierzch sera, którego nie chciałam przykrywać pergaminem w połowie pieczenia, gdyż ten pergamin lubi się mimo wszystko przykleić, a poza tym otwieranie piekarnika w trakcie pieczenia sernika to jest horrendalna głupota, gdyż ten sernik natychmiast opada i żadna siła go już nie podniesie. I tak przez godzinę go piekłam, tylko dwadzieścia minut przed końcem wyłączyłam górną grzałkę.


Wyrósł tak, że chciał uciec z dużej blachy, nawet popękał, ale jak dla mnie to jest malownicze i apetyczne, choć pewnie niektórzy twierdzą, że nieestetyczne i świadczy o ignorancji cukierniczej, ale trudno, to nie mój problem ;)

Stygł w lekko uchylonym piekarniku, i to bardzo długo, bo aż do rana (a piekł się wieczorem), więc opadł naprawdę tylko troszeczkę, wskutek czego na krawędziach fajnie się pofałdował. Fajnie moim zdaniem. Zdaniem cukierniczego ignoranta. Albo ignorantki. Niech będzie.

Mówię Wam, nigdy nie jadłam tak puszystego sernika, chociaż pewnie gdybym dała tych jajek dwa razy tyle, byłby puszysty dwa razy bardziej. Ale co ja tam wiem o sernikach, jak wcale piec nie potrafię ;) Więc jeśli nie jadłam takiego puszystego, to pewnie dlatego. A śniadanie było bardzo, bardzo... Plus kawa.

Pozdrawiam!

niedziela, 2 sierpnia 2015

Niemetafora

...z cyklu "Uroda życia" albo "Dyrdymałki"

 


Bo ile razy można wzdychać, że dwadzieścia metrów ode mnie dzięcioł w drzewo stuka, że furgoczą prawie przy uchu skrzydła leśnych ptaków, gdy się nagle spośród gęstych gałęzi wzbijają? Że wychodzą na łąkę sarnie rodziny, że lis kuma się z bażantem na wyciągnięcie ręki, że piszczą, gwiżdżą, że świergoczą? Że gdy zawieje, to i zaszumi szelestem najróżniejszych liści? Że inny jest szelest tych niewielkich, a cienkich od tych, co grube, ciemne i duże? Że pohukuje spośród gęstego starodrzewu sowa, sówka, puchacz? Że szare kaczki po sadzie sąsiada wędrują, że kwaczą, że kury, że kogut? Że on seriami pieje, a one gdaczą? Że indyki gulgoczą, że leśne zające w gęstą trawę łąki o świcie wybiegają? Że przed chwilą w sadzie sąsiada pacnęło o ziemię jabłko? Że bezssłonecznie i parno?

Że i szum, i warkot, i karetki pogotowia? Że podniesione głosy kłócących się po alkoholu w pobliskiej spelunie, która udaje bar? Że jak to się godzi w jednym miejscu? Mieście?

Godzi się. I metafory się wcale nie domaga. Zwyczajne jest. Bez poetyckich pretensji. Jest. I śniadania spokojnie zjeść nie daje ;) O przeczytaniu kawałka artykułu z tygodnika sprzed ośmiu tygodni nie wspominając.

To patrzę. Znów wzdycham. Oddycham powietrzem pachnącym dojrzewającymi papierówkami, które oblepiają osy. Chciałabym nagrać dźwięki, które słyszę podczas jednej z tych tarasowych sesji. Opisać ich nie potrafię. Kiedy duża sroka siada na gałęzi drzewa, bardzo to słychać, wiecie? I nie zagłuszy tego nawet szum miejskiej komunikacji z drugiej strony mojego domu.

O czym jest ten wpis? Nie wiem. Upijam się - albo upajam - tym, że pylić się chyba już przestało i mogę - wreszcie! - jeść na tarasie, pracować na tarasie, czytać na tarasie, pić kawę na tarasie... Osy też już wyniosły się z gniazda, które zbudowały sobie na podbitce dachu, więc czuję się całkiem bezpiecznie.